Jakub Duszak „Obietnica”

Opowiadania Jakub Duszak - 7 września 2015
obietnica ilustr

Ilustracja: Sebastian Miłosek

1.

Na nogach utrzymywała go już tylko żądza zemsty.

W stylizowanym hełmie wyglądał jak pół człowiek, pół kraken, szykujący się do zadania ostatecznego ciosu drugiemu potworowi, na którego polował. Ciężkim karabinem mierzył w jego plecy, przez cały czas zmrożony świadomością, że jeszcze niedawno on sam był celem. W cieniu drzew wysoka na dwa i pół metra postać ofiary rozbłyskiwała co chwilę bladym światłem elektryzującej siatki. Niesamowita technologia zawiodła. Kłusownik został pozbawiony dynamitu.

Wydał z siebie charkoczący dźwięk, po czym runął na poszycie.

Kraken opuścił lekko lufę. W jego głowie pojawiła się niedorzeczna myśl, że sam chętnie położyłby się obok, jednak wiedział – to jeszcze nie koniec. Postąpił ostrożnie kilka kroków, unosząc na powrót broń. Stanął w bezpiecznej odległości – przynajmniej miał taką nadzieję – i dokładnie przymierzył. Miał ochotę skończyć sprawę, ale zamiast tego spróbował nawiązać łączność:

– Tu zero jeden. – Po pięciu wydających się wiecznością sekundach wewnątrz hełmu rozbrzmiał krystalicznie czysty głos:

– Słyszymy cię, zero jeden. – Dało się wyczuć zaskoczenie, wymieszane z niepewnością i nadzieją.

– Obcy uziemiony. Prawdopodobnie żywy. Co robić?

– Czekać. Wysyłamy helikoptery.

– Tak jest. – Mimo głupich nadziei nie miał co liczyć na inne rozkazy.

Bał się.

– Zero jeden. Zdaj stan kompanii.

– Wszyscy nie żyją – odparł zimno. – Ruszcie się zanim go rozpierdolę.

– Pułkowniku Smart – tym razem odpowiedział sam generał Drayfuss – macie wytrzymać. Bądźcie żołnierzem, posiłki już lecą.

Wtem Obcy obrócił się gwałtownie, wycelował w krakena prawą rękę, zakończoną czymś na kształt puszki. Pułkownik nie dał się zaskoczyć. Wystrzelił. Huk, błysk, świst. Trafił na wysokości łokcia. Oderwana kończyna poszybowała w zarośla. Obcy wydał z siebie wysoki, piszczący dźwięk. Smart miał wrażenie, że krwawią mu uszy. Cztery szybkie kroki. Wycelował. Strzelił. Trafił w miejsce, w którym u człowieka znajduje się wątroba. Kolejny przejmujący pisk.

– Smart! Smart! – darł się w słuchawce Drayfuss. – Co się dzieje?!

Kraken wyłączył komunikator.

Załatwiłem go, pomyślał.

Stwór leżał bez ruchu, ale żołnierz nie opuszczał karabinu. Dyszał ciężko, mierząc w głowę celu.

Gdy obcy wydał z siebie dźwięk – tym razem podobny do radiowego szumu – pułkownik napiął mięśnie jeszcze bardziej, ale nie oddał strzału. Szum przeszedł w zgrzyt, zgrzyt w coś, co mogło być mową, jakimś językiem, a następnie dało się usłyszeć zrozumiałe:

– Nie. – Głos był wysoki, dziecięcy. – Nie. – Mała, trupioblada głowa poruszyła się. Obcy nie posiadał białek, oczy były dwoma czarnymi jak śmierć, nic niewyrażającymi punktami. Przez twarz, od skroni, przez oczodół, aż do miejsca, gdzie powinien być nos ciągnęła się szrama. Smart zastanawiał się, dlaczego oko wciąż jest na swoim miejscu. – Zakończyliście ich. A teraz zakończysz mnie. Ty, larwo. Nie waż się. Wsobny pomiocie. Nie waż się. – Palec drżał na spuście. – Nie waż się.

Z oddali dobiegł cichy, narastający hurkot silników, powoli wydobywając pułkownika z transu.

2.

Sebo Smart siedział na pokładzie helikoptera, obojętnie patrząc w dół, a wiatr studził pot na jego pokrytej czarnym zarostem twarzy. Kilkaset metrów niżej krajobraz przesuwał się miarowo. Pościg odcisnął swoje piętno na wielobarwnej grzywie lasu, znacząc ją gdzieniegdzie wypalonymi plackami.

Niespodziewanie maszyną zabujało i Smart stracił równowagę. Poczuł dłonie zaciskające się na jego lewej ręce.

– Ostrożnie, pułkowniku! – Młody żołnierz z Klanu Chmur patrzył na niego jak syn zamartwiający się o będącego na krawędzi ojca. Takie przynajmniej skojarzenie przyszło Smartowi do głowy.

Tak. Był na krawędzi. Balansował na niej już od dłuższego czasu, praktycznie od początku tej bestialskiej inwazji. W pierwszych dniach stracił Suze wraz z rosnącym w niej dzieckiem, które już nauczył się kochać. Jego matka dawała temu związkowi pełne przyzwolenie. Szczęśliwa do granic, kiedy powiedzieli jej o nowym członku rodziny, nie odstępowała Suze na krok, starając się pomóc na miarę sił. Gdyby nie to, być może jeszcze by żyła.

Najpierw była rozpacz, ale bezwzględna konsekwencja najeźdźców nie pozwoliła jej rozkwitnąć, więc szybko zastąpiła ją wściekła furia, a potem pragnienie zemsty. Nie do końca zaspokojone, gdyż nie zabił tego ostatniego, podporządkował się rozkazom i nie zabił, ale czy miało to jakieś znaczenie?

Może faktycznie teraz wyskoczyć i zapomnieć o wszystkim?

Nie mógł. Coś go tu jednak trzymało, niczym te drżące dłonie młodego żołnierza.

– Za chwilę znajdziemy się nad Nowym Amsterdamem. – Głos pilota przedarł się przez ryk silnika. Smart przyjął bezpieczniejszą pozycję, obawiając się kolejnego, silnego ciosu dla swojej psychiki.

Nowy Amsterdam, kiedyś mały obóz badawczy, pierwszy założony na Trzeciej Ziemi, ewoluował w sporych rozmiarów miasto.

Dom. Zawsze wracał do niego z wielką radością, teraz jednak wolałby być daleko stąd.

Gruz. Dym. Spalone, porozrywane ciała walające się wszędzie. Nieliczne ekipy specjalne oddelegowane do ich uprzątnięcia snuły się odrętwiałe między zniszczonymi budynkami. Z góry można było odnieść wrażenie, że to sami umarli powstali i idą teraz w zupełnie przypadkowych kierunkach, nie znając swego pośmiertnego celu.

Zapomniana Kolonia nie widziała nigdy takiej masakry.

Błękit nieba wyraźnie kontrastował z obrazem poniżej. Smart, wpatrzony w linię horyzontu, odczuł niemałe zaskoczenie, gdy niebo zaczęło się uśmiechać.

Firmament przed nimi został powoli rozcięty przez olbrzymie, szeroko uśmiechnięte usta. Następnie pojawiły się kontury całej głowy, z każdą chwilą coraz jaskrawsze, jakby się rozgrzewały. Wreszcie pułkownik skonstatował, że wciąż deformująca się głowa płonie. Dookoła niej, podobnie do sprężystych, rudych loków, wystrzeliły nagle ogniste macki i nie było już wątpliwości, że mają przed sobą łeb krakena, o wielkich, czarnych jak śmierć oczach.

Sekundę później łeb eksplodował, piekielne kończyny sięgnęły poza granice widnokręgu, zamieniając się w ścianę brutalnego ognia. Koszmar zbliżał się, a za nim wszystko płonęło. Paszcza rozwarła się z rykiem. Próbowali zawrócić. Uciec. Ale monstrum wchłonęło ich, zamieniając świat w torturę. Ryk żywiołu zagłuszał odgłosy silników oraz ludzkie wrzaski, do momentu aż ból je przytłumił, kiedy mięso zaczęło odchodzić od kości…

3.

Zerwał się z krzykiem. Schował twarz w dłoniach. Przeczesał przepocone włosy. Oddychał szybko. Żaluzje rzucały symetryczne cienie na tle pomarańczowego zachodu słońca, zalewającego sypialnię gęstym blaskiem. Próbował przypomnieć sobie szczegóły snu. Spojrzał w stronę okna i zastygł jak zahipnotyzowany. Na sekundę zrobiło mu się gorąco. W kolejnej ocknął się, po czym odetchnął z ulgą i opadł na poduszkę.

W tym samym momencie rozległa się muzyka. Smart wygiął ciało i rozprostowując kości, pozwolił sobie pożeglować za dźwiękami. Chwila się przedłużała. To był jego ulubiony utwór, Pułkownik relaksował się przy nim.

– Drzwi, alarm – powiedział. Muzyka ucichła. – Kto tam?

– Porucznik Laundi. W bardzo „zdrowym” towarzystwie. – Głos wypełniający pokój był serdeczny. – Jest ze mną pielęgniarka – doprecyzował. – Cieszymy się, że się pan obudził, pułkowniku. Najwyraźniej gorączka spadła. Nawet na tyle, że dał pan radę zablokować drzwi. Przyszliśmy tu w trosce o stan pańskiego zdrowia. Siostra musi pana obejrzeć. Poza tym, skoro lepiej się pan czuje, mam do przekazania również pewne rozkazy. Czy zechce pan nas wpuścić?

Ściągnij tekst:
Strony: 1234567

Mogą Cię zainteresować

Nie znaleźliśmy żadnych powiązań.

Do NOT follow this link or you will be banned from the site!