Jakub Duszak „Obietnica”

Opowiadania Cintryjka - 7 września 2015

Smart uniósł pytająco brew.

– Może zaproszę pana do pojazdu.

– Czy to konieczne? Chce mnie pan gdzieś zabrać? Na przejażdżkę? Jeżeli tak, to może oznaczać, że z mojej alienacji nici. Jeżeli nie, to proszę się streszczać. Głusza wzywa.

Porucznik zamyślił się na moment.

– Hmm… No to może tak. Co by się stało, gdybym panu powiedział, że Obcy żyje?

– To zależy, jak pan ma zamiar tę myśl rozwinąć. – Mina i ton nie zdradziły pułkownika, choć to pytanie zalało go sztormową falą podejrzeń i wątpliwości.

Porucznik zapraszającym gestem wskazał na pełzacz.

Po chwili siedzieli w jadącym pojeździe. Posuwali się na wschód, wzdłuż nieregularnej linii drzew. Pułkownikowi przyszło do głowy, że zbyt szybko zdradził zaciekawienie. Dał się złowić. To, w połączeniu z rewelacjami porucznika, gdzieś wewnątrz, na ułamek sekundy, obudziło w nim agresję. Próbowano go oszukać.

– A więc – odezwał się Laundi – Obcy żyje. Oświadczam.

– Tak jak mówiłem, nie zaskakuje mnie to.

– Chce mnie pan przekonać, że o wszystkim wie. Nie rozumiem, po co tak pogrywać? A gdybym kłamał? Osiągnąłby pan efekt zupełnie przeciwny od zamierzonego. Ech… szanuję pana, chcę, żeby to było jasne, ale w związku z powyższym lekko się rozczarowałem. Liczyłem na większą przenikliwość z pańskiej strony.

– Szanuje mnie pan? – zapytał z niedowierzaniem pułkownik. – Gdybym tego nie usłyszał, nigdy bym na to nie wpadł. Na wiele pan sobie pozwala. Przed chwilą była mowa o jakichś rozkazach, teraz wygląda mi to na zwykły handel plotkami, choć nie wiem, czego oczekuje pan w zamian. Pan lub ten, kto pana przysłał. Jeżeli jednak nie przyjechał pan tu poplotkować, to jest pan zdrajcą, poruczniku. Zdradził pan poufne informacje osobie, najwidoczniej, nieupoważnionej. Mało tego, osobiście wątpię, aby pan należał do grona wtajemniczonych, więc to prowadzi do jeszcze jednego niewygodnego dla pana wniosku.

– „Kto?”, „dlaczego?”, te dwa pytania pobrzmiewały między wierszami pańskiej słownej tyrady. I ta tyrada właśnie jest na nie odpowiedzią. Jest pan inteligentny. Groźny. Chyba nie powie mi pan, że nie wie nic o silnym obozie poparcia dla pana, jaki utworzył się wśród pańskich podkomendnych i nie tylko. Kolonia była i jest nadal niezadowolona z rządów Drayfussa i jego rady. Kiedy opadnie pył, wątpliwości pojawią się znowu, ze zdwojoną siłą. Pan jest jeszcze lepszym kandydatem, niż wcześniej. Jest pan teraz bohaterem.

– Jest pan szpiegiem tajnej opozycji, której ja jestem nieświadomym patronem? – Zdziwił się Smart, niemal prychając pogardliwie.

– Drayfuss się boi. Wymyślił sobie, że jest pan w kiepskim stanie psychicznym, i tym argumentem przekonał resztę Rady, aby odsunąć pana…

– Dosyć! – przerwał Smart. – Czego pan chce? Namawia mnie pan do rewolty? Do kandydowania? Ja nie mam ochoty na żadną z tych rzeczy. Przypomnę panu, że przerwał mi pan wyprawę. Samotną wyprawę. Chyba jest jasne, po co człowiek odbywa takie wyprawy. Nie interesują mnie sprawy Kolonii. Chcę odpocząć. Proszę mnie tu zostawić i wytłumaczyć tym wszystkim śmiesznym opozycjonistom, że ich faworyt ma to całe przedsięwzięcie głęboko w dupie!

– To się nie uda, gdyż nie jestem szpiegiem żadnej opozycji. Choć poprę ją, oczywiście jeżeli pan zrozumie pewne kwestie. I mimo że nie chce pan być problemem dla Rady, to już się nim pan stał. Obcy jest oporny, nie mogą z niego nic wydusić, oprócz tego, że chce rozmawiać z panem.

Po plecach pułkownika pociekła strużka potu.

– To pierwszy ich problem – kontynuował Laundi. – Drugim jest to, że rozkazano mi, abym pana pilnował, a ja – uśmiechnął się szeroko i przyjaźnie – mam zamiar pana nawrócić.

Dotarli do miejsca, gdzie las wyraźnie się przerzedzał, po czym, lawirując między drzewami, wjechali weń pełzaczem.

Pułkownik zrozumiał.

Dzikus.

7.

Przedzierając się przez puszczę – pojazd porzucili i zamaskowali już po paru kilometrach – minęli dwa małe obozy Dzikich – kilka drewnianych szałasów. Główny obóz zasługiwał zaś na miano miasta. Tutejsze drzewa były wysokie jak filary niebios. U ich stóp wyrosły budowle mieszkalne, drewniane, poprzetykane bordowym i zgniłozielonym listowiem, gałęziami, a gdzieniegdzie materiałami podprowadzonymi z bardziej cywilizowanych rejonów planety. Konstrukcje, niczym pochłaniająca wszystko plaga mchu, pięły się w górę po potężnych konarach, ku labiryntowi kładek i zwodzonych mostów.

– Witam w Betlejem – odezwał się serdecznie porucznik. – Chodźmy.

Z góry przyglądali się im jacyś ludzie, zapewne strażnicy, ale najwidoczniej rozpoznali Laundiego, gdyż nie niepokoili przybyłych.

– A więc to już za chwilę – odezwał się Smart – poznam tego waszego wodza.

– Zwiemy go Chrzcicielem. Już trzeci raz pana poprawiam.

Pułkownik przemilczał tę uwagę.

Co tu robił? Dlaczego dał się zwabić temu dwulicowemu buszmenowi?

Obojętność Smatra ustąpiła ciekawości. Rozglądał się, zapamiętując szczegóły i próbując wyobrazić sobie, czy dałby radę żyć w tych warunkach, czy zamieniłby mundur na spódniczkę z liści i purpurowej trawy.

– To tutaj. – Laundi zamaszystym gestem wskazał budowlę, ulokowaną między drzewami. Z kwadratowej dziury, wyciętej w podłodze, sięgała ku ziemi solidna drabina. Stał przy niej uzbrojony w dzidę strażnik. Pułkownik nie był w stanie stwierdzić, czy rampy, widoczne za grubymi pniami po obu stronach konstrukcji, również do niej prowadzą, ale obecność strażników przy każdej z nich sugerowała, że tak.

– Być może to wbrew etykiecie, ale pozwoli pan, że wejdę pierwszy. Będę mógł pana zaanonsować.

– Nie pogniewam się.

W pomieszczeniu panował półmrok. Światło wpadało do środka przez otwartą okiennicę, jedną z sześciu, umieszczonych na dwóch dłuższych ścianach. Stali na środku, w pobliżu wejścia. Naprzeciwko nich, na podłodze, oświetlony padającymi z zewnątrz promieniami, siedział półnagi, zarośnięty człowiek. Za jego plecami, przyklejony do ściany, stał jedyny mebel. Tron, pomyślał z lekką pogardą pułkownik.

– Witaj, Chrzcicielu – odezwał się porucznik. Tamten nawet się nie poruszył. – Przedstawiam ci pułkownika Sebo Smarta z klanu Krakena. Gościa, o którego wizytę tak usilnie zabiegałeś.

Smart milczał. Chrzciciel również.

No tak, nie ma sensu wymagać od dzikusa uprzejmości.

Cisza się przedłużała. Irytacja pułkownika stawała się coraz większa.

Chrzciciel niespodziewanie uniósł prawą rękę. Podrapał się po okalającym głowę, pozlepianym kłębie brudnych, szarych włosów opadających w strąkach do ramion, co, zdaniem pułkownika, mogło oznaczać wszystko. Wódz wstał. Ruszył w ich stronę, gestykulując gwałtownie – Laundi, jakby odczytując polecenie, zaczął otwierać pozostałe okiennice. Szaman minął pułkownika, nie zaszczycając go nawet krótkim spojrzeniem. Smart obrócił się. Nie chciał mieć ich obydwu za plecami. W pomieszczeniu pojaśniało i pułkownik mógł odtechnąć świeżym, leśnym powietrzem, wpadającym do środka przez pozbawione szyb otwory. Na podłodze, w okręgu, leżały poduchy – wypchane trawą worki. Chrzciciel i porucznik rozsiedli się na nich. Przed nimi stał okrągły stolik na krótkich nóżkach.

– Proszę spocząć – Laundi wskazał wolne miejsce.

Smart skorzystał z zaproszenia, wzdychając z niechęcią. Gdy, wykorzystując do cna możliwości workowej poduchy, usadowił się wygodnie, Chrzciciel wreszcie przemówił:

– A więc jesteś – jego głos brzmiał jak sypany na blachę popiół. – Jesteś między nami. Moje serce przepełnia radość tak wielka, że nie jestem w stanie jej wyrazić. – Smart czujnie przyglądał się gospodarzowi i dziwił się, że ten nie śmierdzi tak strasznie, jak wygląda. – Nazywam się Marcus, jestem Chrzcicielem. Wybranym na pasterza osobiście przez mojego poprzednika, którego wybrał jego poprzednik, którego to z kolei wybrał pierwszy Chrzciciel, naznaczony mocą Ducha Świętego.

Ściągnij tekst:
Strony: 1234567

Powiązane wpisy

Nie znaleźliśmy żadnych powiązań.

Do NOT follow this link or you will be banned from the site!