Jakub Duszak „Obietnica”

Opowiadania Cintryjka - 7 września 2015

– Zanim nafaszerowali go ołowiem, zdążył kogoś namaścić? – zapytał złośliwie Smart. – Pech.

– Nie on – zaprzeczył Marcus – nie mamy nic wspólnego…

– Wziął się za interpretowanie biblii – przerwał pułkownik – chciał składać w ofierze pierworodnych, ale był na tyle głupi, że kazał ich porywać z osad kolonialnych. Widzę po waszych minach, że znacie tę historię. Szanowny pan porucznik mówił coś o nawracaniu. Jesteście taką samą bandą czubków, jak tamci dwieście lat temu?

– Proszę się powstrzymać od oceny, przynajmniej dopóki wszystkiego pan nie wysłucha. – Kpiący ton Sebo Smarta nie zrobił na Laundim najmniejszego wrażenia. – Nic nas nie łączy z tamtymi wydarzeniami. Poza tym Krwawy Prorok był szaleńcem. Nie ma żadnych przesłanek, by wierzyć, iż dokonał tego wszystkiego na polecenie Boga – Smart uniósł lekko brew – w przeciwieństwie do nas, bo tak, jesteśmy sługami bożymi, zresztą dowie się pan wszystkiego, i to jeszcze dzisiaj. Mało tego, uwierzy pan, gdyż dowody boskiej obecności wśród nas są nieodparte.

Sebo nie odpowiedział. Zastanawiał się, czy wstać i odejść. Sytuacja stawała się irracjonalna.

Siedział na drzewie naprzeciwko dwóch wariatów i rozmawiał z nimi o boskich zamierzeniach.

– Źle rozpoczęliśmy tę rozmowę. – Marcus rozproszył myśli pułkownika podwójnym klaśnięciem. Drzwi za plecami porucznika otworzyły się i do nozdrzy Smarta dotarł zapach gotowanego jedzenia, prowokując bunt w jego żołądku.

Faktycznie, od wczoraj zjadł tylko jeden niewielki posiłek.

Do pomieszczenia weszło dwóch miejscowych. Nieśli wypełnione strawą tace, a buchająca z nich para rozpływała się w powietrzu. Chwilę później niski stolik zapełnił wcale niewybredny posiłek, złożony z koziego mięsa w potrawce i jakichś pomarańczowo-brązowych liści, których Smart nigdy dotąd nie spotkał. Uniósł jeden z nich i spojrzał na porucznika pytająco. Ten w odpowiedzi wepchnął do ust swoją porcje i zaczął żuć z uśmiechem.

– Nie bój się, bracie – rzucił Marcus z głośnym mlaśnięciem.

Smart poddał się ostatecznie, czego przestał żałować już po pierwszych paru kęsach. W międzyczasie wniesiono deser: owoce oraz słodką wodę do popicia. Po skończonym posiłku poczuł się senny, ale Marcus – ten dzikus – dał kolejny pokaz gościnności i na stoliku wyrosły trzy drewniane kubki, wypełnione gorącą kawą.

– Mam nadzieję, że najadłeś się do syta, Wybrany – oznajmił z nieskrywaną troską Marcus.

Tak, Sebo się najadł, a jego samopoczucie znacznie się poprawiło. Mógł nawet spokojnie wysłuchać tych dwóch, postanowił bowiem zmienić taktykę i dobrze się bawić. Zignorował na razie swój nowo nabyty tytuł, mając nadzieję, że dzięki temu zabawa będzie lepsza.

– No dobra, najadłem się, napiłem, jestem niezmiernie wdzięczny. Przyznam, że z początku planowałem ulotnić się po obiedzie, ale chyba jestem wan winien wysłuchanie. Zatem słucham.

Marcus z porucznikiem popatrzyli na siebie, jakby się naradzali, który z nich będzie mówił. Padło na Chrzciciela.

– Otóż, jak zapewne zauważyłeś, bracie, Dzicy nie są tak dzicy, jak to się wam, Kolonistom, wydaje. Potrafimy sobie poradzić, rozmnażamy się, edukujemy, rozwijamy, choć w innym zupełnie kierunku, niż wy tam w tej swojej cywilizacji, a nade wszystko mamy coś, o czym wy dawno zapomnieliście lub staracie się to ignorować.

Chrzciciel zawiesił głos, wszyscy milczeli, napięcie rosło…

– Wiarę! – spuentował wreszcie Marcus. – Mamy Boga! – dodał dobitnie po kolejnej efektownej pauzie.

– Wiarę – powtórzył Smart, trochę sam do siebie. – I tym chcieliście mi się pochwalić?

– Mówiłem już – przypomniał Laundi – będziemy pana nawracać.

– Ach, tak, zapomniałem.

– Przestaniesz zapominać, bracie, przestaniesz. Dzisiaj dostąpisz objawienia i staniesz się jednym z nas. Uwierzysz. Bóg chce tego, bo wybrał cię na swoje narzędzie. Jesteś wykonawcą boskiej woli, jakich wielu w Piśmie.

Smart mógł jedynie zmarszczyć czoło.

– Nic nie dzieje się bez przyzwolenia Najwyższego – kontynuował Marcus. – To, że jesteśmy na tej planecie, również jest częścią jego planu, inaczej nic takiego nie miałoby miejsca. Czytałeś Pismo, bracie? – Smart pokręcił głową. – Wielka szkoda. Bóg obiecuje w nim raj. Ziemię Obiecaną. Zaciągnij się powietrzem, bracie. Rozejrzyj się dookoła. Napij się jeszcze i uszczypnij, bo Bóg dotrzymał obietnicy: to jest nasza Ziemia Obiecana. Nasza obecność tutaj jest częścią jego wielkiego planu, a my w oczywisty sposób mamy obowiązek ten plan wykonać. Musimy trzymać się postanowień Najdoskonalszej Istoty we wszechświecie. Istoty, która jest owym wszechświatem. – Kolejna efektowna pauza i przeciągłe spojrzenie w oczy pułkownika. – Zostałeś wybrany, bracie. – Marcus mówił teraz powoli, jakby się obawiał, że nie zostanie zrozumiany. – Wybrany. Pan poinformował nas o tym poprzez swojego Ducha. Brama musi zostać zniszczona. My musimy pozostać tutaj, aby kontynuować dzieło. Pokuta, jaką na nas zesłano za próby powrotu, nie spełniła swojej roli. Najwidoczniej. Dlatego Pan pozwolił żyć ostatniemu z najeźdźców i powiązał jego los z twoim losem, bracie. Musisz przyprowadzić obcego przed oblicze Pana. To twoje zadanie. Twoje przeznaczenie. I drwina wykrzywiająca twoje usta nic nie znaczy, bo skończyłem już mówić, a resztą zajmie się Duch Święty. – Marcus przeniósł wzrok na porucznika. – Przyprowadź go o odpowiedniej porze.

8.

Jeszcze chwilę temu było jasno. Dzień uciekał przed chłodną nocą niczym przeganiane z sadu ptactwo. Po rozmowie z Chrzcicielem Sebo resztę czasu spędził sam, dając porucznikowi do zrozumienia, że nie ma ochoty na towarzystwo.

Ostatnie słowa Marcusa wyprowadziły go z równowagi; zaciśnięte pięści pułkownika omal nie wylądowały na twarzy Chrzciciela.

Ten dzikus ośmielił się czegoś od niego zażądać. I to czego? Kompletne szaleństwo.

Jednak, gdy trochę ochłonął, zaczął myśleć o Suze, o swojej niespełnionej rodzinie. Niewidzialne pazury niepewności rozdzierały jego duszę na dwoje. Obcy żył. A on powinien to zakończyć. Powinien to zrobić wtedy, w lesie, gdy miał go u swoich stóp. Pieprzyć rozkazy oszustów. Suze by tego chciała. Chyba. Martwiła się o niego, ale przecież on ją zabił. Prawda? Właśnie on. Jeżeli Bóg faktycznie istniał, to istniał również diabeł, który szeptał mu teraz do ucha. Chociaż może to sam Stwórca przekonywał go do swojej woli. Smart roześmiał się, nie bacząc na to, czy ktoś go obserwuje.

Postanowił zostać. Zwykły śmiertelnik nie ma szans w konfrontacji z kaprysami Najwyższego, pomyślał z przekąsem.

Przedzierał się teraz przez puszczę u boku porucznika i Chrzciciela. Szli pierwsi, jako uprzywilejowani, do miejsca, w którym miało się coś wydarzyć. Za nimi podążało całe leśne miasto.

– To już tutaj – odezwał się Laundi. W tym samym momencie Smart dostrzegł niewyraźnie majaczące światła. Chwilę później wyszli na ciemną taflę leśnej polany, długiej i szerokiej jak powierzchnia centrum badawczego w Nowym Amsterdamie.

Po drugiej stronie polany, gdzie było więcej światła, coś się działo. Mijali po drodze mroczne sylwetki. Nie widział ich wcześniej. Przyglądał się im, wytężając wzrok, i zauważył, że obok każdej stoi jakiś czarny, sięgający pasa kształt.

Z jednego z owych kształtów buchnął nagle ogień.

Kotły.

Po chwili cała polana upstrzona była rzadko rozsianymi, ognistymi piegami. Ktoś coś krzyknął, ktoś gdzieś odpowiedział. Z kotłów wykipiał dym. Owionął pułkownika, gryząc płuca i ściskając gardło. Wszyscy dookoła zaciągali się nim jak niedoszli topielcy upragnionym powietrzem.

Ściągnij tekst:
Strony: 1234567

Powiązane wpisy

Nie znaleźliśmy żadnych powiązań.

Do NOT follow this link or you will be banned from the site!