Jarosław Misiak „Dolina Sępów”

Opowiadania nimfa bagienna - 8 października 2014
dolina sepow

Grafika: A.Mason

 

Niebo nad Doliną Sępów było czyste i koszmarnie wyblakłe. Gdzieś za szczytami gór gromadziły się chmury, lecz tutaj ziemia została wydana na pastwę bezwzględnego słońca. Jim Cordes odwrócił twarz od żaru i splunął pod nogi gęstą śliną. Miał nadzieję, że jeszcze dzisiaj spadnie deszcz, w przeciwnym razie wszystko wokół zacznie wariować, a zwierzęta przeniosą się w pobliże rzeki. Skrzywił się na myśl o pozostaniu samemu na tym przeklętym odludziu. Bał się złowieszczej ciszy, która nieraz wypełniała dolinę po zapadnięciu zmroku. Wskoczył z rezygnacją do jeepa i ruszył w kierunku domu. Nagle zmienił zamiar, zjechał z drogi na usiane olbrzymimi głazami strome zbocze. Samochód lawirował między kamieniami, w jakiś niepojęty sposób unikając zderzenia lub przynajmniej otarcia się o skałę. Nie było to jednak czymś niezwykłym. Cordes sam odnalazł ten szlak i wykorzystywał go zawsze, gdy w grę wchodził pośpiech. Teraz dla odmiany podążał w górę traktem wgryzającym się niczym tunel w las kolczastych krzewów. Gdyby silnik jeepa odmówił w tym miejscu posłuszeństwa, mężczyzna musiałby zadać sobie wiele trudu, aby przed zachodem słońca wyciągnąć samochód na otwartą przestrzeń. Nie wiedział nawet, dokąd się tak spieszy, ale miał przeczucie, że warto podjąć ryzyko. Musiał ryzykować, jeśli chciał pożyć w Dolinie Sępów jeszcze parę lat. A Jim Cordes z całą pewnością nie zamierzał umierać. Nie tutaj.

W miarę zbliżania się do przełęczy o wyszukanej nazwie Gardło Sępa jeep wspinał się na coraz większa wysokość. Cmentarzysko kamiennych bloków pozostało w dole, podobne do makiety z muzeum prehistorii. Tumany kurzu wzbijające się spod opon ograniczały widoczność, jednak szara wstęga prowadzącej przez przełęcz szosy z minuty na minutę rozwijała się wyraźniej przed oczami Jima. Mężczyzna zatrzymał wreszcie samochód. Dalej szlak zagradzało skalne rumowisko – zresztą stąd miał wystarczająco rozległy widok.

Ilekroć obserwował dolinę z tego punktu, odnosił wrażenie, że w jej krajobrazie jest coś nienaturalnego. Tak jakby potężny, obcy żywioł zaprojektował ją dla tylko sobie znanych celów. W sposobie rozmieszczenia skupisk zieleni czy układzie granitowych kolosów tkwił głębszy, niezrozumiały dla człowieka sens. Także drzewa rosły tutaj inaczej. Ich korzenie trzymały mocniej niż można byłoby przypuszczać, a gałęzie przybierały często surrealistyczne kształty, przypominające do złudzenia zdeformowane kończyny ludzi albo zwierząt.

Jim wierzył, że w dolinie nic nie jest dziełem przypadku. Jedynie naprawdę głupi ludzie mogliby uważać, że ich życiem rządzi ślepy traf. W wielkich miastach, do których Cordes nadal tęsknił, łatwo ulegało się iluzjom, ale tutaj nawet piasek zdawał się mieć swoje przeznaczenie. Kiedy Jim ogarnął wzrokiem rozciągającą się przed nim panoramę, zauważył dym unoszący się z wiatrem w stronę gór. Nie potrafił zlokalizować jego źródła ani ustalić odległości, jaka dzieliła go od pożaru. Być może płonęła sucha trawa na leśnej polanie albo ogniem zajął się cały las, wówczas jednak ogień szybko przedostałby się na wierzchołki drzew. Mężczyzna obserwował w napięciu, jak delikatna zrazu smuga gęstnieje, nabiera koloru i w końcu w niebo strzelają kłęby sinego dymu. To nie trawa – teraz był tego całkowicie pewny. Nie musiał sięgać po lornetkę, aby stwierdzić, co stało się na szosie. Wiedział już, skąd ten jego pośpiech, ale od tej wiedzy nie przybyło mu czasu do stracenia. Potrzebował około piętnastu minut, żeby dotrzeć do miejsca wypadku. Jeżeli będzie miał szczęście i nie podzieli losu tamtych, dotrze wcześniej.

***

Autobus dogasał u podnóża skarpy, z której zwisały żałosne strzępy balustrady. Ogień buzował jeszcze wewnątrz blaszanego pudła, płomienie trawiły tapicerkę, odzież pasażerów oraz ich wypchane torby. W powietrzu rozchodził się smród spalonego mięsa. Czerwony lakier, którym pokryty był niegdyś samochód, skapywał z karoserii, malując na ziemi krwawe blizny. Kierowca stracił panowanie nad kierownicą w fatalnym momencie. Metalowa barierka zabezpieczająca zakręt przestała istnieć. Całkiem możliwe, że kierowca zagadał się po prostu z jakąś ładną, długonogą blondynką, którą przez całą drogę podglądał w lusterku. Rozmawiali o życiu szczęśliwych ludzi, pogodzie albo o planach, których już nigdy nie zrealizują. Dziewczyna krzyknęła, kiedy samochód spadał z dziesięciometrowej skarpy. Mijały sekundy. Niektórzy jeszcze żyli, próbowali wydostać się na zewnątrz, i wtedy wybuchł zbiornik z paliwem. Większość pasażerów została w środku.

Jim policzył ciała rozrzucone bezładnie wokół dymiącego wraku. Sześć osób, zapewne martwych, ale na szczęście nietkniętych przez ogień. Ci, którzy wypadli z autobusu podczas wypadku, i ci, którzy zdążyli się z niego wygrzebać, zanim nastąpił wybuch. Cordes przyglądał się zwłokom z zawodową ciekawością. Zaczął od ciała mężczyzny ubranego w uniform lokalnej firmy transportowo-komunikacyjnej. Kierowca był łysawym, grubym facetem, z jego twarzy i klatki piersiowej sterczały odłamki szkła. Jim miał kłopot z wrzuceniem go do jeepa. Najchętniej zostawiłby ciało w spokoju, lecz nigdy nie przerywał raz zaczętej roboty. Z młodą dziewczyną o egzotycznej urodzie poszło mu za to błyskawicznie. Posadził ją na miejscu z przodu jeepa, gdzie z odrzuconą do tyłu głową wyglądała na zmęczoną upałem turystkę. Zabrał jeszcze zwłoki mężczyzny i kobiety, które ułożył obok kierowcy i przykrył płachtą brezentu. Na pobojowisku pozostały już tylko dwa trupy. Jeden z nich był usmażony do połowy, a ze zwęglonego korpusu sterczały groteskowo nogi w niemodnych tweedowych spodniach i starannie wypastowanych pantoflach. Jim zarzucił na plecy zmasakrowanego chłopaka. Wydawało mu się, że ten drgnął, ale na razie postanowił o tym nie myśleć. Pisk opon hamującego samochodu złapał Cordesa stojącego nad jeepem z przewieszonym przez ramię ciałem. Jim nie spojrzał nawet w tamtą stronę. Dał się wprawdzie zaskoczyć, jednak nie zamierzał tanio sprzedać skóry. Powie policjantom, że chciał jechać do szpitala, a potem spróbuje im uciec.

– Ty cholerny skurwysynu! – usłyszał znajomy głos Snooby’ego. – Zostaw go, ty sępie!

Odwrócił głowę i zobaczył starego, miotającego się w bezsilnej wściekłości nad krawędzią skarpy.

– Cześć, Snooby – odpowiedział Jim niemal radośnie. Odchylił brezent i wepchnął chudzielca między brzuch kierowcy a brzeg paki Znowu odniósł wrażenie, że chłopak się poruszył.

– Ty bękarcie! – ryczał Snooby. – Myślisz, że uda ci się wkupić w ich łaski?!

Jim poprawił płachtę, położył na niej zapasowe koło i popatrzył z uśmiechem na Snooby’ego.

– Nie masz dziś szczęścia, staruszku. Powinieneś mieć żal wyłącznie do siebie. Ty zawsze partaczysz robotę.

Snooby zaniemówił z oburzenia.

– Żebyś nie myślał źle o poczciwym wujku Jimie – ciągnął Cordes – zostawiłem dla ciebie prezent. Wskazał palcem nadpalone zwłoki. – Przypomina nieco frytkę, ale nogi ma w porządku. Są twoje. Obie!

Ściągnij tekst:
Strony: 1234567

Powiązane wpisy

Jarosław Misiak „Wzgórze H 224”
Opowiadania - 11 grudnia 2015

Czas, przestrzeń i ludzkie zmysły potrafią zakpić z nas i doprowadzić do szaleństwa. Jarosław Misiak i jego…

Jarosław Misiak „Trup albo koszmarny ciężar śmierci”
Opowiadania - 7 sierpnia 2014

Adam umarł nagle. Zdarzyło się to w środku nocy, podczas snu; gdy rzeczywistość i tak istnieje tylko na niby.…

Do NOT follow this link or you will be banned from the site!