Jarosław Misiak „Wzgórze H 224” (2)

Opowiadania Jarosław Misiak - 11 grudnia 2015

Pozostali żołnierze przybiegli oglądać widowisko. Jeden, drugi… Wszyscy. Pomogli mu wyczołgać się z kryjówki. Ich obojętne twarze nie wyrażały zgorszenia. Były podobne do woskowych odlewów utrwalających oblicza ludzi, którzy już od dawna nie żyją.

– Kurwa, obudź się! – Sierżant wymierzył mu policzek, a potem chwycił chłopaka za włosy i przyciągnął do siebie jego głowę. – To twoje flaki powinienem zeskrobywać z kamieni. Ty cholerny, parszywy tchórzu!

Ich twarze zbliżyły się ku sobie niby w zapowiedzi pocałunku. „Jeśli mnie poliże, odgryzę mu język” – postanowił szeregowiec.

– Zapamiętaj moje słowa. – Na skroni Sierżanta pulsowała niebieska, nabrzmiała żyła.

Chłopak nie odrywał od niej wzroku. Tak dobrze byłoby wyszarpać ją zębami spod chropowatej skóry. Sierżant odepchnął go i zwrócił się do reszty oddziału.

– Możecie się trochę przespać, zasłużyliście na odpoczynek. – Na jego twarzy pojawił się złośliwy uśmiech. – A ty pójdziesz na punkt obserwacyjny – polecił szeregowemu.

– Tak jest – odparł chłopak.

– Nie sądzę, żeby miało się coś stać – dodał Sierżant – ale lepiej mieć oczy otwarte. Weź się w garść, synu.

– Tak jest, sierżancie.

Dowódca odszedł, nie wspominając żołnierzy z bunkra oraz zwiadowców. Stąd i tak nie było ucieczki.

Punkt obserwacyjny znajdował się w ruinach parterowego domku, w którym przed wojną mieszkali właściciele dwóch groźnych psów. Szeregowiec pamiętał, że kiedyś obok domu stały budy opatrzone tabliczkami z imionami tych zwierząt. Na drewnianym ogrodzeniu wymalowano ostrzeżenie: „UWAGA! ZŁE PSY”. Budynek został zniszczony pierwszego albo drugiego dnia walk. Był to jedyny cywilny obiekt na wzgórzu. Zachowało się po nim miejsce przysypane stertą gruzu, gdzieś na dnie rumowiska leżały przerdzewiałe psie wizytówki. Deszcz przestał padać. Żołnierz ukrył się w ruinach, skąd obserwował przez lornetkę okopy wroga. Jak zwykle po tamtej stronie panował absolutny bezruch. Co najwyżej jakiś teatr cieni,pojawiających się na mgnienie oka i natychmiast znikających. Tylko zamaskowane stanowiska artylerii, umocnienia i gniazda karabinów maszynowych pozwalały domyślać się obecności wojska.

Psy nazywały się Kerberos oraz Hypnos. Groźnie, ale ładnie.

Szeregowiec zauważył, że oddziały oblegające wzgórze zachowują się niezwykle statycznie. W zasadzie nikt dotąd nie widział, aby „cienie” przegrupowywały swoje szyki, nikt też nie słyszał odgłosów dochodzących z ich pozycji. Zawsze Sierżant pierwszy spostrzegał przygotowania do ataku i rzeczywiście po chwili baterie wroga rozpoczynały regularny ostrzał. Na początku, gdy obroną dowodzili oficerowie, wydawało się, że wzgórze jest nie do utrzymania. W trakcie kilkunastogodzinnej krwawej bitwy obrońcy ponieśli ciężkie straty i dowodzenie nad garstką ocalałych objął Sierżant. Było oczywiste, że to już koniec. Wówczas wróg zmienił taktykę. Szeregowiec nazywał to po cichu „dziwną wojną”. Mimo wielu okazji do opanowania H 224 oblężenie ciągnęło się w nieskończoność. Po co atakować coś, czego nie chce się zdobyć?

Nie ma na świecie armii, która przez wiele tygodni marnuje amunicję i czas, nie starając się nawet wyrwać przeciwnikowi kawałka ziemi. Lepiej stracić paru ludzi niż zrzucać na konającego przeciwnika tony kosztownego żelastwa. Działania nieekonomiczne i bezcelowe są w wojennym kodeksie jednym z grzechów głównych. Taktyki wroga nie uzasadniało bohaterstwo, a chęć oszczędzenia kilku nic niewartych żołnierzy za tak wysoką, realną cenę w ogóle nie wchodziła w grę. Żołnierze są przecież po to, żeby ginąć. A więc dlaczego ta cała gra?

– Oni nie wiedzą, na co nas stać. Boją się, że szykujemy niespodziankę, dlatego próbują zmusić nas do kapitulacji – twierdził Sierżant.

Bzdura. Po tylu dniach walki nie mogli się aż tak mylić.

– Gdy nadejdzie pomoc i okaże się, że wzgórze obroniła mała grupka bohaterów, otrzymamy najwyższe odznaczenia – marzył Sierżant. – A oni będą smażyć się w piekle dla idiotów – śmiał się.

Bzdura. Ordery-bajery pobrzękują na piersi, w której bije serce, a piekło jest dla martwych. Tobie, Sierżancie, mogą włożyć medal do ust niczym obola. Albo niech ci go wepchną w dupę, z baretką dyndającą na wietrze jak ogonek. Zresztą z pewnością by się pomylili.

Odsiecz nie nadejdzie. Ile dni będzie to jeszcze trwało?

Szeregowiec rozglądał się dokoła, mając nadzieję, że ktoś wreszcie zechce zmienić nieznośny stan rozciągniętej w czasie agonii. Co oni tam robią? Może wojna się skończyła i zwycięzcy zabawiają się kosztem pokonanych? Jakiś napuszony generał oprowadza wycieczki, turyści słono płacą, aby ujrzeć przez lunetę osobliwy spektakl śmierci. Dzieciom i kobietom przysługują zniżki, za to w oficjalne święta państwowe każdy może sycić się widokiem rozlewanej krwi za darmo.

Chłopak odłożył lornetkę – nie była mu potrzebna. Najchętniej zamknąłby oczy i uciekł w sen. We śnie zdarzało się, że wróg atakował wzgórze. On trafiał do niewoli, czasem ginął, a wtedy unosił się wysoko ponad ziemią. Lot kończył się w okopach.

„Tutaj jest twoje miejsce” – mówił Sierżant ze snu i chłopak otwierał oczy.

– Tutaj jest twoje miejsce – mówił Sierżant.

To było koszmarne: H 224 we śnie – H 224 na jawie.

Na wzgórzu nie było żadnych kwiatów. Nie chciały rosnąć, mimo że wojna dostarczała ziemi wystarczającej ilości nawozu. Widać Najważniejszemu Generałowi zabrakło fantazji. Szeregowiec wyobraził sobie różę, z której codziennie opada jeden płatek. Kocha, lubi, szanuje… Dezercja, kapitulacja, śmierć…

– Nie poddamy się sukinsynom, chłopcy – zapewniał Sierżant.

Szlag by go trafił.

Chłopak wydostał się nagle z wirówki różanych płatków. Słyszał podniesiony głos Sierżanta, jakieś ożywienie zapanowało wśród obrońców H 224. Opuścił swój posterunek i rzucił się biegiem w kierunku wrzawy. Nie wierzył własnym oczom. Z nocnego zwiadu wrócili zaginieni zwiadowcy. Ich twarze były szalone. Mówili i gestykulowali, cieszyli się, a pozostali żołnierze nie potrafili pojąć sensu tej radości.

– To niemożliwe. – Sierżant kręcił głową. – Oni zwariowali. To zwyczajny szok.

– Tam nikogo nie ma! – upierali się. – Przeszliśmy przez ich pozycje, ale nikt do nas nie strzelał.

– Kiedy obejrzeliśmy się – opowiadał starszy z żołnierzy – nie było bunkrów ani dział. Pustka. Za nami pustka, a z przodu coś cholernie dziwnego.

– Jak tam było? – wyrwało się szeregowemu.

– Stul pysk! – Pan i władca spojrzał na niego z wściekłością. – Dałem ci rozkaz – ciągnął. – Powinieneś meldować o najmniejszym ruchu na stoku. Przez ciebie mógł nas wystrzelać pojedynczy snajper! Mam już ciebie dość, parszywy, nieprzydatny gnoju!

– Panie sierżancie – przerwał zwiadowca. – Tam nikogo nie ma! To wszystko jest zbiorową halucynacją.

Ściągnij tekst:
Strony: 12345678

Mogą Cię zainteresować

Jarosław Misiak „Trup albo koszmarny ciężar śmierci”
Opowiadania Jarosław Misiak - 7 sierpnia 2014

Około jedenastej dał sobie spokój z próbami przesuwania przedmiotów i do południa gapił się posępnie…

Jarosław Misiak „Dolina Sępów”
Opowiadania Jarosław Misiak - 8 października 2014

Zaniósł się głośnym śmiechem. Uruchomił silnik i z rękoma zaciśniętymi na kierownicy czekał na reakcję Snooby’ego.…

Do NOT follow this link or you will be banned from the site!