Jarosław Misiak „Wzgórze H 224” (3)

Opowiadania Jarosław Misiak - 11 grudnia 2015

– A trupy? – Sierżant nie dawał za wygraną. – Trupy, bomby, flaki też są halucynacją?

– Ale…

– Zamknąć się! – wrzasnął. – Być może ogłuszył was wybuch i doznaliście szoku. Jeżeli tak, to wasze zasrane szczęście. Jeśli jednak wpadliście w ich łapy, a teraz knujecie jakieś świństwo, to radzę wam: zapomnijcie o tym.

– Na litość boską, o czym pan mówi?! – wykrzyknął jeden z żołnierzy.

– W nocy był kolejny atak. Nic o tym nie wiedzieliście? – Sierżant patrzył na nich z jawną pogardą, – Zginęło trzech naszych. Nie zapytaliście, co się z nimi stało, ale pewnie macie powody do omijania tego tematu. Może przyczyniliście się do tej całej masakry, na przykład nakierowaliście artylerię na nasze bunkry?

– Ty gadzie! – nie wytrzymał młodszy zwiadowca. – Odpowiesz za to! – Usiłował dosięgnąć Sierżanta pięścią, ale drugi z oskarżonych zdołał go w porę powstrzymać.

– Nie warto – powiedział. – On chce mieć powód do użycia broni. Doskonale wie, że to podłe kłamstwo.

– Spieprzajcie stąd! – W oczach Sierżanta zabłysła nienawiść. – No już!

Dwaj żołnierze spoglądali na Sierżanta z niepewnością.

– No już! – powtórzył.

Gdy ruszyli powoli po nagim zboczu H 224, szeregowcowi wydawało się, że już kiedyś uczestniczył w identycznym wydarzeniu. Dawno, dawno temu…

Musiał jeszcze poznać odpowiedź na najważniejsze pytanie. Musiał to wiedzieć, choćby pozostało mu zaledwie pięć minut życia. Pokonał strach przed gniewem Sierżanta.

– Co jest za linią frontu?! – zawołał.

Starszy zwiadowca odwrócił się, zaskoczony pytaniem.

– Ściana. Najzwyklejsza w świecie biała ściana.

Żołnierze poszli dalej. Chłopak chciał życzyć im powodzenia, lecz przeszkodził mu tęgi kapral.

– Powariowali – stwierdził. – Zupełnie zbzikowali.

Lufa karabinu maszynowego Sierżanta uniosła się na wysokość pleców odchodzących zwiadowców.

– Idźcie do swoich, zdrajcy – syknął, naciskając spust.

Dwa ciała staczały się po zboczu, strącając kamienie i maleńkie lawiny żwiru. Zwłoki zatrzymały się dopiero na strzępach zasieków, za którymi kończyła się stroma część stoku. Czterech żołnierzy gapiło się bez słowa na plamy krwi; jutro ich nie będzie, znów zanosiło się na burzę.

– Uważaj, bo możesz być następny – zagroził Sierżant, ale chłopak przestał się go bać. Myślał o białej ścianie oraz o plamach ludzkiej krwi. Czy warto? Próba wydostania się stąd równała się samobójstwu. Teren między ich szańcem a pierwszą linią nieprzyjacielskich umocnień był całkowicie odkryty, Sierżant zastrzeli go bez wahania – dla niego dezerter jest czarnym karaluchem na świątecznym obrusie.

Mógł poczekać do nocy. Uśpi jakoś czujność Sierżanta, wyczołga się z okopów i ucieknie. Ile czasu minie, zanim dotrze do ściany?

Szeregowiec wychylił się nad nasypem obłożonym po obu stronach workami z piaskiem. Tam w dole nic się nie zmieniło. Zasieki, szańce, podziurawione bunkry, a bliżej dwa trupy, których skrwawione mięso ściągnie wkrótce chmary much. Usłyszał strzał, kula wgryzła się w piach tuż obok jego głowy. Snajper chybił. Zsuwając się z powrotem do okopu, chłopak wybuchnął śmiechem. Ile czasu minie, zanim dotrze do ściany?!

Śmiał się, robiąc krótkie przerwy na zaczerpnięcie powietrza. Leżał na plecach z rozłożonymi rękami i śmiał się, dopóki wyczerpany spazmem organizm nie odmówił posłuszeństwa. Potem zaczął coś bełkotać. Ciekawe, czy Sierżant miał przed wojną żonę i dzieci?

– Przepraszam za spóźnienie, kochanie. Poszedłem na wojnę i musiałem dopilnować, żeby wszyscy zginęli – powie Sierżant w domu.

Ciekawe, czy żona Sierżanta też jest Sierżantem? I czy jego dzieci są Sierżantami?

Młody szeregowiec nie mógł się już śmiać, dlatego zaczął płakać. Kiedy nie mógł dłużej płakać, zamknął oczy. Popadł w stan półsennego odrętwienia. Ocknął się, słysząc chichot jednego z kaprali. Wieczór zapowiadał się rozrywkowo. Kapral, chichocząc, nieustannie wołał Sierżanta i chłopak uznał, że warto zobaczyć, o co chodzi. Oto zbliżał się wódz. Kapral stał odwrócony do niego plecami, ale chłopak widział, że w ręku trzyma pistolet. Wódz zatrzymał się dwa kroki za kapralem. Ten błyskawicznie włożył lufę do ust. To, co zostało z jego mózgu, bryznęło w twarz Sierżanta.

– Kurwa mać! – Sierżant odskoczył. – Kurwa mać. – Wytarł rękawem twarz, lecz lepka maź ochlapała również jego włosy, a stamtąd nie dało się jej tak łatwo usunąć. Przybiegł zaalarmowany hukiem drugi z kaprali.

– Co się stało? – zapytał, przecierając przekrwione oczy.

– Śmierć się stała – odparł szeregowiec.

Sierżant przeszył chłopaka drapieżnym spojrzeniem.

– Sprzątnij to – rozkazał.

– Jestem zbyt zmęczony. – Szeregowiec ziewnął i wycofał się do okopu.

Wódz na moment zaniemówił.

– Proszę to sprzątnąć – zwrócił się do kaprala z przekrwionymi oczami, już uprzejmiej.

– Nic z tego – odpowiedział tamten bezczelnie. – Jestem zmęczony i głodny. Idę coś zjeść.

Szeregowiec pomyślał, że żarcie przed snem jest niezdrowe. Postanowił, że powie o tym kapralowi później, na razie sam musiał się trochę przespać. Noc upływała w spokoju, burza przeszła bokiem, zaś artyleria wroga nie wtrącała się w ogólną zmowę milczenia. Jedynie chrapanie szeregowca łamało pakt, którego sygnatariuszami były wojna, niebo oraz H 224. Rano chłopak obudził się z oczyszczoną z ostatnich złudzeń świadomością prowadzonego na egzekucję skazańca. Nadchodził kres jego wojny – finałowy akt farsy dobiegał upragnionego końca. Autor sztuki czekał w loży na klęskę aktorów, a oni przekręcali idiotyczne kwestie, pomstując w duchu na niewidzialnego fuszera. Porównanie do teatru zawsze musi wypaść banalnie.

Najedzony kapral wyszedł przed szaniec w slipkach i podkoszulku.

– Wracaj! – zawołał Sierżant bez przekonania.

Kapral ułożył mundur w regulaminową kostkę, dorzucił na wierzch bieliznę, a potem kopniakiem posłał całość w dół. Kapral tańczył. Z trudem utrzymywał równowagę na stromiźnie, mimo to obracał się coraz szybciej, usiłując uchwycić rytm skocznego walczyka. Upadł i wstał. Przeprosił widzów za przerwę w występie i ponownie ruszył do tańca. Miał poobcierane do krwi kolana, z lewego biodra zwisały pasemka skóry.

– On nie wróci – powiedział szeregowiec.

Sierżant pokiwał głową. W jego niskiej, masywnej sylwetce było coś odpychającego. Wyglądał tak, jakby natura chciała w jednym osobniku zamanifestować możliwości skrajnie złego doboru proporcji ludzkiego ciała.

– Trzech to i tak za mało do brydża – stwierdził ze stoickim spokojem.

– Chyba że gra się z dziadkiem – zripostował chłopak.

Sierżant się roześmiał się. Rozbawiła go karciana konwersacja w obliczu nieuchronnej klęski. Toporna konstrukcja składająca się z króciutkich nóg, zwalistego korpusu i głowy z nienaturalnie rozwiniętą szczęką ożywiła się na chwilę odrobiną wewnętrznego ciepła. Były jeszcze ręce, które służyły Sierżantowi wyłącznie do kontaktowania się z karabinem. Te ręce nie nadawały się do pieszczenia kobiet. Wszystko u Sierżanta było za duże albo za małe i do tego nieludzko wykoślawione. A w środku znajdowało się podobno serce.

Ściągnij tekst:
Strony: 12345678

Mogą Cię zainteresować

Jarosław Misiak „Trup albo koszmarny ciężar śmierci”
Opowiadania Jarosław Misiak - 7 sierpnia 2014

Adam wyobraził sobie trupy ludzi i zwierząt wydane na pastwę słońca. Wszystko, co martwe…

Jarosław Misiak „Dolina Sępów”
Opowiadania Jarosław Misiak - 8 października 2014

– Zgadza się. – Jim sięgnął po papierosa. – I tamtych mężczyzn również? –…

Do NOT follow this link or you will be banned from the site!