Jarosław Misiak „Wzgórze H 224” (4)

Opowiadania Jarosław Misiak - 11 grudnia 2015

Padł strzał. Kapral dostał w brzuch. Zaczynał akurat łapać właściwy rytm walca, gdy snajperska kula poprosiła go do ostatniego tańca. Nie mógł odmówić. Upadł na plecy i tym razem nie próbował wstać. Podrygiwał niczym olbrzymia ryba wyrzucona na brzeg przez kapryśną falę. Stękał. Trwało to już parę minut.

– Dlaczego pan go nie dobije? – zapytał szeregowiec.

– A może ty to zrobisz? – Sierżant spojrzał z ironią na chłopaka.

Kapralowi udało się odwrócić głowę w ich stronę. Wywracał oczami, rzęził. Cierpiał. Dlaczego by nie zabić ryby, która cierpi? Ranny wydał z siebie najzupełniej ludzki skowyt. Bolało. Chłopak wycelował w jego skroń. Miał nadzieję, że ręka nie drgnie mu w najważniejszym momencie.

– Zostaw to – usłyszał. Seria z karabinu wprawiła w ruch ciało konającego żołnierza. Zdawało się, że ołów posiadał cudowną moc wskrzeszania życia. Czar prysnął, kiedy Sierżant zdjął palec ze spustu. Magiczna moc działała przecież odwrotnie.

– Kiepski z niego tancerz – powiedział cicho Sierżant.

Nie odkładał broni. Patrzył przed siebie ponad polem walki i ponad dalekimi, nierzeczywistymi wzgórzami. Czego tam szukał?

Zapadła cisza. Dwaj żołnierze na H 224 byli teraz sobie równi. Obaj jeszcze żyli i nic poza tym nie miało znaczenia.

– I co dalej? – zapytał młody szeregowiec, ale nie dosłyszał odpowiedzi. Sierżant powoli odwracał się w jego stronę. Nie odłożył broni, grał swoją rolę do samego końca. Chłopak zrozumiał, że na H 224 poza śmiercią i ułudą życia wciąż istniało ludzkie szaleństwo.

Z całej siły uderzył pistoletem w środek twarzy Sierżanta. Coś pękło, jednak potężny mężczyzna zaledwie się zachwiał. Szeregowy poprawił i dopiero wtedy Sierżant runął na ziemię, wypuszczając z rąk karabin. Próbował wstać, lecz chłopak rąbnął kolbą w jego szeroką pierś. Sierżant znieruchomiał. Szeregowy przystawił lufę między otwarte, pełne nienawiści oczy. Nie potrafił zdobyć się na strzał, chociaż wiedział, że w odwrotnej sytuacji Sierżant nie miałby skrupułów.

– Jesteś zwykłym gnojem – wychrypiał ranny, spluwając krwią.

Na jego głowę spadł miażdżący cios. Rozległo się głośne trzaśnięcie.

– W piekle także potrzebują dowódców. – Szeregowiec odrzucił broń.

Bał się nawet spojrzeć na dzieło swoich rąk. Było zresztą mało prawdopodobne, aby Sierżant zdołał przeżyć uderzenie.

Obrona H 224 przeszła do historii. Młody żołnierz opuszczał niegościnne miejsce z ulgą, która pozwalała mu znieść uczucie niepewności i strachu. Co teraz? Wiedział przynajmniej, że odchodzi stąd na zawsze. Znajdował się już całkiem blisko obozu nieprzyjaciół i nikt dotychczas nie starał się go zabić. Jak zachowają się zwycięzcy? Czy będą tak samo okrutni jak wystrzeliwane przez nich pociski? Żołnierz odczuwał coraz większe napięcie. Na dodatek pęcherz moczowy wyczerpał limit pojemności. Nieszczęście zaczęło się w nefronach, następne były kielichy nerkowe, miedniczka nerkowa i moczowód. Pęcherz moczowy wypełnił się maksymalnie, na szczęście zewnętrzny zwieracz cewki moczowej był mięśniem zależnym od woli. Parcie ciągle rosło, podczas gdy wola słabła. Szeregowiec nie miał wyboru. Nie mógł ośmieszyć się zmoczeniem spodni na oczach swoich pogromców. Odwrócił się, rozpiął spodnie i ze wstydem wypróżnił pęcherz. Tamci w okopach musieli mieć ubaw.

Starsze kobiety mdleją z wrażenia, ich mężowie są dziwnie zażenowani, córki wytężają wzrok, a córeczki zadają kłopotliwe pytania. Ludzie wskazują ekshibicjonistę palcami – komentują, gorszą się, drwią… Show na żywo!!! Brawo!!!

Tamci w okopach byli chyba żołnierzami – mogli go najwyżej pojmać albo zabić.

Chłopak dotarł do wysuniętych stanowisk nieprzyjaciela. Zanim uszedł kilka metrów pierwsza linia umocnień przestała istnieć. Każdy następny krok unicestwiał kolejne fragmenty oblężniczej architektury. Za plecami pozostawała jałowa równina, doskonałe tło dla sennego koszmaru. Szeregowiec przyspieszył. Zaczął biec, lecz pustka podążała wraz z nim. Gdy gwałtownie zawrócił, równina wycofała się, oddając przestrzeni utracone kształty. A więc to tak. Czy podobnie czuła się Alicja, odkrywając świat po drugiej stronie lustra? Być może. Skomplikowana maszyneria przeznaczona do zadawania śmierci i cierpienia okazała się marnym śmieciem, odpadem chorej wyobraźni albo nieznanym rodzajem wojennej halucynacji. Co w takim razie było prawdą? Szeregowiec zatrzymał się przed nieprzeniknioną, białą ścianą. Znalazł się w punkcie zero, dalej pustka nie miała już czego pożerać. Ściana mogła być pułapką – wyrafinowanym lepem na ludzkie insekty.

Chłopak miał ochotę rzucić się na mur całym ciałem, lecz zamiast tego ostrożnie wyciągnął przed siebie rękę. W porządku, ściana również nie była tym, na co wyglądała. Za drugą próbą żołnierz przybliżył do niej twarz. Nie zdziwił się wcale, że mur nie stawia najmniejszego oporu. Są przecież na świecie rzeczy, o których nie śniło się prostym szeregowcom. Na przykład artyleria wroga. Widział setki razy, co potrafi uczynić z człowiekiem wybuchający w pobliżu pocisk. Nie ma potem czego zbierać. Tymczasem wystarczy podejść do takiego zabójczego działa, a ono momentalnie znika…

Chłopak miał pewność co do jednego – aby wydostać się z krainy, która nie istniała, powinien sforsować ścianę, której nie było. Przywołał w pamięci zwiadowców. Oni zmarnowali szansę, podziurawione ciała pewnie już zaczęły gnić, a w oczodołach wkrótce zalęgnie się robactwo. Wchodząc w ścianę mgły, myślał o swoich oczach: były raczej ładne, musiał uratować je dla tysiąca nieznanych kobiet oraz tysiąca nowych krajobrazów. Gdyby zginął dzisiaj na polu walki, to w ostatnim impulsie życia nie znalazłby nawet okruchów ludzkich wspomnień. Tego bał się najbardziej. Wszystko, co zdarzyło się przed wojną, przepadło gdzieś w tajemniczej otchłani bez dna. Wojna przeżarła świadomość, zamieniając sny w przedłużenie, a czasem dopełnienie koszmaru jawy. Na H 224 żołnierze, którzy umierali we śnie, nigdy nie odchodzili w błogiej nieświadomości. Dlatego szeregowiec musiał za wszelką cenę ocalić oczy.

Kiedy szedł przez ścianę, nie odczuwał niczego nadzwyczajnego. Na wszelki wypadek wziął wcześniej głęboki wdech i zamknął oczy; postanowił nie oddychać, dopóki nie opuści niebezpiecznej strefy. Przypuszczał, że jeszcze nie wydostał się na zewnątrz, orientując się po natężeniu światła i niczym niezmąconej ciszy. Jaskrawość przesączała się przez powieki i wnikała w głąb mózgu, lecz nie było to przykrym doznaniem. Właściwie ostre światło przynosiło uczucie przyjemnego ciepła. Chłopakowi zaczęło brakować tchu, chciał zerwać się do biegu, gdy natrafił rękami na przeszkodę. Znalazł się więc w ślepym zaułku. Krztusząc się, zaczerpnął powietrza i czekał z trwogą na oznaki działania trującego gazu. Nic złego się nie wydarzyło. Zauważył, że światło przestało wreszcie sondować wnętrze jego czaszki. Poczuł na plecach podmuch wiatru, wychwycił pierwsze dźwięki, których na razie nie potrafił rozpoznać.

Ściągnij tekst:
Strony: 12345678

Powiązane wpisy

Jarosław Misiak „Dolina Sępów”
Opowiadania - 8 października 2014

Jessice udało się przetrzeć drut, którym miała skrępowane ręce. Mogła się wreszcie podrapać,…

Jarosław Misiak „Trup albo koszmarny ciężar śmierci”
Opowiadania - 7 sierpnia 2014

– „Od spodu jest spalona” – zauważył Adam, zniżając się do kilku centymetrów…

Do NOT follow this link or you will be banned from the site!