Mapa Ukrainy
ISSN: 2658-2740

Joanna Góra „Nasza wspólna misja”

Opowiadania Joanna Góra - 14 sierpnia 2020

Fahrenheit objął patronatem tegoroczną edycję konkursu literackiego „Jaskier” organizowanego przez Cech Fantastyki SkierCon. W tym roku napłynęło rekordowo dużo prac a jury miało niełatwe zadanie wyboru tych najlepszych. Po burzliwych obradach przyznano nagrody główne w dwóch kategoriach wiekowych a wyróżnienia aż w trzech. Przez kolejne tygodnie będziemy prezentować najlepsze opowiadania na łamach naszego portalu. Dzisiaj przedstawiamy laureatkę z kategorii wiekowej 16–20 lat i jej zwycięską pracę. Gratulujemy!

 

Joanna Góra jest uczennicą technikum weterynaryjnego oraz nastolatką o wielu pasjach. Oprócz pisania, interesuje się także muzyką, a w szczególności grą na instrumentach. Jej specjalnością są wszelkiego rodzaju gitary. Jeżeli chodzi o pisarstwo, najlepiej czuje się w klimatach grozy i zjawisk paranormalnych. Jej ulubionym autorem jest Stephen King.

 

NASZA WSPÓLNA MISJA

 

W Aerdrii istniały jedynie drogi długie i kręte, o czym przekonała się zarówno księżniczka Anna, jak i Emilia, która od dzieciństwa wiernie jej służyła. Drzewa, które otaczały wyboiste ścieżki, były obdarzone niezwykłą mocą, żadna z nich nie dziwiła się więc, że to właśnie one stały się przedmiotem tak tragicznego w skutkach sporu.

Jasnofioletowa kora tych roślin lśniła zarówno w blasku słońca, jak i księżyca. Liście koron również skrzyły się w promieniach, jednak w sposób przywodzący na myśl lodowe sople, zwisające zimą z krawędzi dachu, lub kryształowe sztylety, brzęczące przy najmniejszym podmuchu wiatru. Gdy zaś zdecydowałeś się objąć ramionami smukły pień, przykładając ucho do jego powierzchni, słyszałeś natarczywe szepty w niezrozumiałym języku, pochodzące z samego serca ziemi.

Ludzie, którzy dziesiątki lat temu przybyli do Aerdrii, od samego początku szanowali te rośliny, badając je z zapalczywą ciekawością. Darzyli je czcią i miłością, co nie oznaczało, że nie wykorzystywali ich do swoich własnych, przyziemnych celów. Ludzka miłość do natury nie mogła się bowiem równać z elficką. Elfy w końcu nie potrzebowały drewnianych szczap, żeby zapewnić sobie ciepło ogniska, wystarczała im jedynie odpowiednia inkantacja spływająca z pobłogosławionych magią ust.

Na początku elfy nie przejmowały się zbytnio ludźmi, którzy, przeprawiając się przez wysokie góry, przybyli do Aerdrii. Było bardzo prawdopodobne, że nie przetrwają dłużej niż kilka dekad, tak samo jak wiele innych ludów docierających zza gór. Czym było te kilkadziesiąt lat w porównaniu z nieskończonością elfickiego życia? Ludzie jednak nie wymarli, a wręcz przeciwnie – rozmnożyli się licznie i przetrzebiali lasy, żeby wybudować nowe schronienia dla swoich potomków.

To troska o las sprawiła, że elfy postanowiły przyłożyć rękę do zagłady ludzkiego plemienia. Dla ludzi magiczna moc lasów Aerdrii przestała mieć znaczenie, gdy w ich prężnie rozwijającym się królestwie wszystkie dzieci do dwunastego roku życia zaczęły umierać z dnia na dzień, bez żadnej oznaki choroby. Niemowlęta, które zasypiały w kołyskach, nigdy się nie budziły, a noworodki po prostu przychodziły na świat martwe. Sytuacja ta trwała przez kilka miesięcy, podczas których ludzkie królestwo Aerdrii spowiła mgła rozpaczy. W społeczeństwie nie pozostało ani jedno dziecko, które przeżyłoby rzuconą na nie klątwę.

Elfy jednak zaczynały coraz częściej wątpić w słuszność swojej decyzji. Widziały, że las Aerdrii, tak jak ludzkie królestwo, pogrążył się w rozpaczy i opustoszał. Co kilka chwil z magicznej korony któregoś drzewa spadał pojedynczy listek, a potem następny, roztrzaskując się na miliony skrzących drobin o twarde podłoże. Dostrzegając to, magiczne istoty udały się do ludzkiego królestwa, by szukać porozumienia u człowieczego władcy.

Ojciec Anny przyjął elfickich gości z należytymi honorami i nawet po usłyszeniu wiadomości, że to ich lud stoi za plagą w królestwie, nie wybuchnął gniewem ani nie przeklął emisariuszy. Był dobrym władcą i Anna szczególnie w tamtym momencie podziwiała jego roztropność, bo sama wewnętrznie gotowała się ze złości, a sztylet przytroczony do jej biodra wyjątkowo jej ciążył, dając znać o swojej obecności. Nie zrobiła jednak nic, co nie byłoby zgodne z rozkazem ojca.

Elfy przybyły, by pertraktować. Wprawdzie wszystkie ludzkie dzieci Aerdrii zostały zgładzone, jednak co z tymi, które jeszcze się nie narodziły? Bez nich za kilkadziesiąt lat miasto opustoszeje, a wyniosłe budowle przypadną w udziale szczurom i kornikom. Ojciec Anny musiał myśleć przede wszystkim o tym, dlatego przystał na warunki elfów, a właściwie to zgodził się postępować zgodnie z ich zaleceniami, ponieważ przybysze oprócz wybaczenia za popełniony błąd nie prosili o zbyt wiele. Chcieli naprawić swój czyn, uchylając ludziom rąbka posiadanych magicznych tajemnic.

Właśnie z tego powodu jedyna córka ludzkiego króla wędrowała od niespełna miesiąca przez magiczne lasy krainy, mogąc polegać tylko na sobie i Emilii, która towarzyszyła jej niemal od kołyski. W elfickiej kulturze o wiele prościej było coś uczynić, niż przywrócić to do stanu pierwotnego, co Anna z sarkazmem zauważyła, słuchając szczegółów wyprawy, w jaką wysyłały ją magiczne stworzenia, zastrzegając jednocześnie, że ma być ona zrealizowana w całkowitej zgodności z ich wytycznymi.

Po kilku tygodniach przemierzania dzikich terenów, w większości jeszcze niezbadanych przez ludzi mieszkających w królestwie, dwójka nastoletnich podróżniczek zbliżała się nareszcie do kresu swojej drogi. Monotonny leśny krajobraz splatał się już w ich oczach, niczym widok w kalejdoskopie, jednak rośliny porastające ścieżkę, którą kroczyły, zdawały się ustępować im drogi. W końcu dotarły do ostatniego punktu zaznaczonego na mapie podarowanej przez elfickich wysłanników i przystanęły, ocierając pot z czół.

Przed nimi widniało wejście do jaskini, tak wysokie, że mogły wkroczyć do jej wnętrza, nie pochylając się, i tak szerokie, że zmieściliby się w nim idący w szeregu czterej rośli mężczyźni. Ziejąca ciemnością jama nie była niczym zatarasowana, jakby wręcz wabiła rzadkich w okolicy wędrowców do środka. Z najwyższego punktu łukowatego sklepienia zwisała jednak długa, pojedyncza nić śnieżnobiałej pajęczyny.

– To na pewno tu – stwierdziła Emilia. – Nie wierzę, że kazali nam tutaj przyjść na samym końcu. To całkiem niedaleko pierwszych przyczółków straży.

Anna spojrzała na swoją towarzyszkę, która stała do niej tyłem. Chociaż były w tym samym wieku, Emilia wyglądała niemal jak dziewczynka, która powinna zginąć w magicznym pomorze razem z innymi dziećmi. Kasztanowe włosy spływały falami po jej smukłych, drobnych plecach. Obcisłe spodnie z licznymi kieszeniami podkreślały wyjątkową chudość jej nóg, sprawiających wrażenie, iż mógłby je złamać najlżejszy podmuch wiatru. Z torby przewieszonej na ramieniu Emilia wyjęła kwiat magnolii, który wyglądał niczym odlany z wosku. W słonecznym świetle magnolia była blada i matowa, jednak w ciemności mieniła się blaskiem setek świetlików uwięzionych w jej delikatnych płatkach. Podobnie jak mapa, kwiat stanowił dar od elfów. Anna musiała przyznać, że niesamowicie piękny.

– Pójdę przodem – powiedziała Emilia, podchodząc do jaskini z wyciągniętym na dłoni kwiatem.

Anna miała ochotę zatrzymać ją i powiedzieć, że to ona powinna iść pierwsza, ponieważ była sprawniejsza w walce i lepiej poradziłaby sobie z niebezpieczeństwem mogącym czyhać w mroku. Powstrzymała się jednak, bo była także księżniczką i dlatego, choć nie godziła się z tym łatwo, jej życie było wyjątkowo cenne. Przez siedemnaście lat zdążyła się już do tego przyzwyczaić.

Gdy bawiły się wspólnie w ogrodzie, to Emilia podchodziła pierwsza do stajennych kotów, by sprawdzić, czy są oswojone i czy nie podrapią małej księżniczki ostrymi pazurami. W stodole, która miała zawsze przyjemnie chłodny stryszek, to Emilia najpierw wchodziła po wysłużonej, nieużywanej przez nikogo oprócz nich drabinie, by upewnić się, czy na górze nie roi się od robactwa oraz czy przegniłe szczeble nie pękną pod jej ciężarem. Dorośli przez wiele lat przestrzegali je przez udawaniem się do tej zapomnianej przez bogów i ludzi rupieciarni, jednak one przedkładały zawsze perspektywę spędzenia czasu z dala od nadętych dworzan nad groźbę złamanej nogi. Anna doskonale znała widok gibkich pleców drugiej dziewczyny, za którymi podążała także tym razem.

Wewnątrz panowała całkowita cisza, zakłócana jedynie przez ich chrzęszczące kroki i głębokie oddechy. Emilia, za pomocą trzymanego w dłoni kwiatu, oświetlała cal po calu każdą ze ścian jaskini.

– Myślisz, że jest bardzo głęboka? – zapytała królewska służąca półszeptem.

– Nawet jeśli, to nie będziemy musiały już daleko iść – odpowiedziała jej Anna. – Zobacz. – Wskazała palcem gęstą pajęczą sieć, której skrawek został oświetlony przez zaklętą elficką magnolię.

Emilia sapnęła z zaskoczenia i natychmiast omiotła zimnym blaskiem dalszą część ich odkrycia. Śnieżnobiałe nici, splecione ciasno niczym wytrzymała tkanina, spływały od kamiennego sklepienia w dół, zakrywając niemal całe przejście w korytarzu. Na środku tej plątaniny, która przypominała kształtem koślawy trapez, widniał jasnoczerwony odwłok, pokryty ciemnymi plamkami.

Dziewczęta zatrzymały się, przyglądając pajęczakowi naprzeciw, a ten zdawał się robić to samo, jakby zadziwiony widokiem kogoś obcego w swoim siedlisku. Ani jedna z jego długich kończyn nie drgnęła nawet o milimetr. Nie miały pojęcia, czy stworzenie przeczuwało, że to właśnie z jego powodu się tu pojawiły, czy może jeszcze miało nadzieję, że bez zbędnych kłopotów miną je, idąc w swoją stronę. Anna sądziła jednak, że instynkt podpowiadał mu, jak jest naprawdę.

Przez ostatni miesiąc ona i Emilia wędrowały po całej krainie, zbierając najróżniejsze przedmioty, jakie zleciły im zdobyć elfy. W plecaku Anny znajdowały się pachnące solą bulwy ziemniaka z samego wybrzeża, fragment korzenia jedynego rosnącego po tej stronie gór dębu i mnóstwo różnorakich ziół, których nazw dziewczyna nie potrafiła spamiętać. Podróżniczki skrupulatnie zdobywały kolejne ingrediencje z elfickiej listy, potrzebne do sporządzenia obiecanej mikstury o zbawiennym działaniu, dzięki której ludzkie królestwo miało zostać uwolnione od klątwy.

Gdy rozniosła się wieść o wyprawie księżniczki, wśród społeczności bliskiej dworowi, z początku słuchającej tych nowin z wielką podejrzliwością, zaczęła rodzić się nadzieja. Niedługo nowina dotarła nawet do najdalszych chłopskich chat, w których żałoba po straconych potomkach nie dobiegła jeszcze końca, by ustąpić codzienności. Anna wiedziała, że nawet ci, których rodzin nie dotknęło śmiertelne żniwo, będą czekać na jej powrót. W ich oczach będzie to zwycięstwo nad magicznymi siłami – symbol ludzkiej potęgi i tego, że kraina została wreszcie ujarzmiona.

A ona i Emilia stały właśnie naprzeciw ostatniego punktu widniejącego na długiej liście niezbędnych składników, zapisanej pochyłym pismem elfiej dłoni. Pająk wielkości ludzkiej głowy, przypominający wyglądem skrzyżowanie biedronki z nartnikiem, nadal trwał w idealnym bezruchu. Anna kątem oka widziała twarz swojej towarzyszki, na której malowała się ulga i spokój. Tylko jedna z nich wiedziała, że oprócz szczękoczułek tego pajęczaka, do sporządzenia elfickiego eliksiru potrzebny jest jeszcze jeden składnik, którego nie umieszczono na liście. Serce księżniczki zaczęły obciążać kamienie wyrzutów sumienia, które starała się trzymać od siebie jak najdalej od samego początku podróży, teraz jednak nie mogła ich już dłużej ignorować.

– Jest duży – przerwała ciszę Emilia, przyglądając się stworzeniu na sieci. – Na pewno nie jest groźny?

– Tak mówiły elfy – odpowiedziała księżniczka. – Myślę, że po takim czasie nie powinnyśmy już wątpić w ich słowa.

Jej towarzyszka skinęła głową, a Anna zsunęła swój plecak z ramion, otwierając jedną z kieszeni, która od samego początku wyprawy pozostawała zamknięta. Wyjęła z niej owalny owoc cytryny i zaraz potem zwinnym ruchem przecięła go na pół. Z soczystego miąższu spłynęło na ziemię i jej rękę kilka kropel kwaśnego soku, wżerając się ze szczypaniem w płytkie zranienia. W powietrzu pojawiła się nikła woń cytrusa.

Nagle, całkowicie niespodziewanie, Anna poczuła na swoim ramieniu dłoń drugiej dziewczyny. Wzdrygnęła się lekko, spoglądając na nią pytającym wzrokiem.

– Jeśli to naprawdę zadziała – powiedziała Emilia entuzjastycznym tonem, wskazując ruchem głowy na trzymany przez Annę owoc – to przecież już prawie koniec. Jeszcze kilka dni drogi i wrócimy do domu!

Jej oczy lśniły w półmroku niczym małe iskierki, a na twarzy odbijał się nieregularny blask przemieszczających się wewnątrz magicznej magnolii świetlików. Na jej słowa serce Anny zaczęło bić w niesamowicie szybkim rytmie – najchętniej rozpłakałaby się jak mała dziewczynka i opowiedziała przyjaciółce o wszystkim, co ukryły przed nią elfy i władca jej królestwa. Nie mogła jednak tego zrobić. Była już na tyle dojrzała, a może i na tyle pozbawiona emocji, że opanowała cisnący się na twarz grymas i jedynie zacisnęła usta w cienką linię, po chwili zmuszając się do uśmiechu.

– Tak, już niedługo wrócimy – wypowiedziała to kłamstwo bez wahania, a oblicze Emilii wyrażało zagadkowe zadziwienie. Przez chwilę Anna pomyślała, że służka na pewno już czegoś się domyśla, jednak zaraz potem dziewczyna także się uśmiechnęła.

Wyjęła z rąk Anny połówkę rozciętego owocu i, jak to już było w zwyczaju, jako pierwsza zbliżyła się o kilka kroków do tkwiącego przed nimi w bezruchu pajęczaka. Zatrzymując się niecały metr od niego, zacisnęła palce na żółtej skórce i wycisnęła sporą ilość cytrynowego soku na podłogę. Pokropiła nim także boczne ściany jaskini, lecz stworzenie nieopodal niej nawet nie drgnęło.

Emilia wycofała się powoli, stając ponownie obok księżniczki.

– Według wiedzy elfów, mała ilość tego zapachu działa na niego halucynogennie, a w takiej dawce powinna… – Anna nie zdążyła dokończyć, ponieważ, przy akompaniamencie nieprzyjemnego chrzęstu, pajęczak zleciał ze swojej plecionki, upadając do góry odnóżami, którymi jeszcze ruszał, jednakże bardzo powoli i z coraz większym trudem.

Gdy znieruchomiał całkowicie, Emilia położyła ściskaną przez cały czas magnolię na ziemi, a niemal pustą w środku cytrynę odrzuciła za siebie, w kierunku wyjścia z jaskini. Anna po chwili zrobiła to samo ze swoją nienaruszoną połówką. Emilia wyjęła sztylet z przypasanej do biodra pochwy. Anna wiedziała, że także powinna to za chwilę uczynić, jednak w jej myślach rozpoczeła się właśnie ostateczna bitwa między tym, co należało, a co chciała uczynić. Niczego nieświadoma Emilia nie traciła jednak czasu i zbliżyła się do nieruchomego już stworzenia, przyglądając się jego ciału.

– Tylko uważaj na szczękoczułki – ostrzegła ją Anna beznamiętnym tonem. – Możesz odciąć nawet całą głowę, byleby ich nie uszkodzić.

W półmroku księżniczka dostrzegła, jak towarzyszka przytakuje, kucając tyłem do niej przy cennym pajęczaku i sprawnym ruchem odcinając spory fragment jego ciała, wraz upragnionymi szczękoczółkami. Anna wiedziała, że oto właśnie nastąpił właściwy moment. Z całego serca nie chciała tego robić, jednak, nawet nie wiedzieć kiedy, szaleńcza burza w jej umyśle ustąpiła i nagle jej myśli stały się przejrzyste i niemal boleśnie jasne. Podjęła decyzję. Jak w transie ujęła swój sztylet w zimne palce i bezgłośnie zbliżyła się do przyjaciółki. Nie chciała myśleć o tym, co robi, po prostu pozwoliła pokierować swoimi rękoma jakiemuś obcemu, tkwiącemu w niej instynktowi.

Dłoń, w której pewnie dzierżyła ostrze, zbliżyła do szyi Emilii i bez oporu wbiła w jej miękką skórę. Dziewczyna natychmiast upuściła własny sztylet, który spadł, miażdżąc odwłok pajęczaka. Obie ręce skierowała do gardła, próbując wyrwać tkwiące w nim ostrze, jakby nie była zupełnie świadoma, że na to już za późno. Szarpiąc się, odwróciła się, chcąc poznać napastnika. Anna w ogóle nie chciała jej na to pozwolić, jednak w końcu dziewczyna, która służyła jej od urodzenia, wyrwała się z jej uchwytu i obdarzyła księżniczkę spojrzeniem rozszerzonych w przedśmiertnym szoku błękitnych oczu.

Właśnie wtedy Anna zapragnęła, aby Emilia już umarła, żeby się dłużej tak na nią nie patrzyła, nie wzrokiem, który mówił jej, że złamała wszystkie obowiązujące w świecie prawości zasady. Ale zrobiła to dla dobra swojego królestwa, prawda? Emilia przecież od urodzenia poświęcona była służbie na jej dworze. W ostatnim miesiącu, podczas swojej wielkiej podróży, spędziły razem mnóstwo pięknych chwil. Księżniczka zadbała, żeby tak było. Dlaczego więc w zamian otrzymywała ten pełen smutku wzrok?

Anna przyłożyła dłonie do twarzy, odsuwając się od ofiary, ujmującej w podobnym geście swoją szyję, z której tryskała krew. Zaatakowana próbowała wstać i przez chwilę Anna myślała, że jej się to uda, jednak moment później Emilia runęła na ziemię. Wydała z siebie bulgoczący charkot, który był jej ostatnim odgłosem, po czym jej pierś znieruchomiała, a dłonie bezwładnie zsunęły się z okolic gardła.

Anna stała przez kilka chwil w całkowitym bezruchu, otoczona ciałami – pajęczakowatego stworzenia i swojej przyjaciółki, której własnymi rękami zadała śmierć. Świetliki, uwięzione w płatkach kwiatu magnolii spoczywającej na podłodze, rzucały ruchome cienie na wnętrze jaskini. Anna zapragnęła jak najszybciej opuścić to miejsce. Zaszła już jednak zbyt daleko, by porzucić swoje zadanie. Musiała wypełnić je do samego końca.

Odciętą przez Emilię część ciała pajęczaka umieściła we wnętrzu szklanego słoja, zapełnionego do połowy innymi, zdobytymi wcześniej ingrediencjami. Gdy pochyliła się nad ciałem przyjaciółki, jej piersią wstrząsnął szloch, nie przerwała jednak wykonywanej czynności. W myślach powtarzała sobie nieustannie, że robi to dla dobra królestwa i było jej odrobinę łatwiej, mimo że łzy cienkimi kroplami spływały jej po twarzy.

Ostrożnie, niemal z namaszczeniem, zdjęła należącą do zmarłej torbę i umieściła ją na swoim ramieniu. Później jednym sprawnym ruchem rozpłatała klatkę piersiową Emilii, przecinając za jednym razem materiał ubrania i skórę. Zakręciło jej się w głowie, gdy zanurzyła dłonie w ciepłych, parujących wnętrznościach. Miała ochotę zwymiotować, jednak nie zrobiła tego. W końcu w jej zakrwawionych rękach znalazło się serce Emilii, które zdawało się lekko pulsować.

W Annie zrodził się strach, jednak bez wahania rozcięła trzymany narząd na pół, tak jak wcześniej zrobiła to z cytryną, której zapach został zastąpiony w jaskini przez woń świeżej krwi. Do przygotowanej wcześniej małej fiolki wlała krew, wyciekającą wartkim strumieniem z rozkurczonych komór, zapełniając w ten sam sposób jeszcze dwa naczynia. Na oślep spakowała wszystko do torby i wstała chwiejnie. Ze wzrokiem przysłoniętym przez łzy zaczęła iść w kierunku wyjścia z jaskini, zostawiając za plecami ciało swojej zmarłej przyjaciółki.

Gdy znalazła się na zewnątrz, światło słońca oślepiło ją, przywracając odrobinę trzeźwości umysłu. Z kieszeni swoich spodni, bliźniaczo podobnych do tych, które nosiła Emilia, wyjęła szarawe nasiono wielkości najmniejszego paznokcia. Umieściła je niezdarnie w ziemi, tuż przy wejściu do jamy, a ono pod wpływem jej łez natychmiast zaczęło kiełkować. Anna jednak ruszyła już dalej, nie przyglądając się, jak za jej plecami wyrasta rozłożyste drzewo o korze i liściach w kolorze ciemnego fioletu, zagradzając całkowicie drogę prowadzącą do wnętrza jaskini.

Księżniczka szła, nie zbaczając drogi, aż słońce nie ukryło się całkowicie za horyzontem, w dalszą drogę ruszyła zaś nazajutrz wraz z jego pierwszymi promieniami. W ten sposób wędrowała przez pięć dni, jedząc niewiele i pijąc jedynie wodę zaczerpniętą za pomocą dłoni z mijanych strumyków.

Do pierwszych ludzkich gospodarstw dotarła wieczorem piątego dnia, a mieszkańcy od razu ją rozpoznali. Anna nie pamiętała niemal nic od chwili przekroczenia granic królestwa. W jednej chwili jadła pierwszą od dawna prawdziwą wieczerzę przy chłopskim stole, a w następnej, nie wiedzieć kiedy, znajdowała się już w królewskich komnatach, razem z ojcem stojąc w pobliżu wejścia na balkon, z którego lada chwila wspólnie mieli przemówić do poddanych.

Z zewnątrz dało się słyszeć radosne okrzyki i pełne uwielbienia głosy skandujące jej imię. Poczuła, jakby nagle wybudziła się z transu. Udało im się? Razem z Emilią wróciły do domu? Szybko jednak przypomniała sobie o wszystkim i spojrzała z boleścią na ojca.

– Ona… – Nie dokończyła i objęta przez króla, rozpłakała się jak małe dziecko, którym tak niedawno jeszcze była.

Gdy się już uspokoiła, ojciec powoli poprowadził ją w kierunku balkonu. Odgłosy zebranego na dziedzińcu tłumu stały się bardziej wyraziste. W oczach setek ludzi spoglądających w górę płonęła nadzieja. Księżniczka wróciła i przywiozła lek na koszmar, który trwał miesiącami. Co mogło bardziej upiększyć im perspektywę jutra?

Po policzku Anny skapnęła niekontrolowanie słona kropla. Za nią pojawiły się kolejne, a po chwili twarz dziewczyny wykrzywiła się w niekontrolowanym, zrozpaczonym grymasie. Tłum uznał to za łzy radości.

Wrzawa wybuchła na dobre.

 

Joanna Góra

 




Pobierz tekst:

Mogą Cię zainteresować

Komiksowe zapowiedzi na lipiec’23
Komiks MAT - 5 lipca 2023

Dla uczniów i (większości) studentów wakacje w pełni. Dla pozostałych – czas…

Ewa Zwolińska „Tam, gdzie kwitną magnolie”
Opowiadania Ewa Zwolińska - 16 października 2020

Fahrenheit objął patronatem tegoroczną edycję konkursu literackiego „Jaskier” organizowanego przez Cech Fantastyki…

Komiksowe zapowiedzi na listopad’23
Komiks MAT - 6 listopada 2023

Godziny w zegarkach przestawione; ma to być, zapowiadania już chyba czwarty czy…

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Fahrenheit