Krzysztof Pacyński „O czym myślą andaluzyjskie foki?”

Opowiadania Krzysztof Pacyński - 17 sierpnia 2015

fokaDialog z komputerem z rana jak śmietana. Tym bardziej jeśli „zamieszkująca” go SI ma nader barwne słownictwo… Krzysztof Pacyński, Winka i foka witają na pokładzie statku kosmicznego!

Jak co dzień Winka zbudziła się równo z dźwiękiem budzika. Dzięki połkniętymi przed snem pigułkom stymulacyjnym zupełnie nie odczuwała właściwego porankom znużenia, kiedy organizm nie może się zdecydować, czy to jeszcze sen, czy już jawa. Mimo upływu wielu lat od wprowadzenia na rynek, pigułki – a szczególnie ich wersja z opóźnionym działaniem – w dalszym ciągu wzbudzały kontrowersje. Zachwalane z jednej strony jako idealne rozwiązanie dla kosmonautów, z drugiej miały powodować zaburzenia prawidłowych funkcji wypoczynku, polegających na powtarzaniu się noc w noc tego samego snu. Winka mogłaby z powodzeniem świadczyć na korzyść oskarżenia: odkąd zaczęła przyjmować specyfik, nie mogła uwolnić się od tej samej bezsensownej, abstrakcyjnej wizji. Co prawda jej sny zawsze były abstrakcyjne, ale nigdy takie same. I takie głupie.

Ostrożnie usiadła na koi, starając się nie prostować zbyt gwałtownie. Sufit kabiny znajdował się tak nisko, że nawet gnom miałby problemy ze staniem w pozycji zasadniczej, a co dopiero –czternastoletnia młoda dama.

Powiodła wokół obojętnym spojrzeniem. Właściwie słowo „klitka” byłoby tu bardziej na miejscu. Poza koją, miniaturowych rozmiarów biurkiem i szafką, nie dałoby się tu wcisnąć nawet myszki. Ubikacja i prysznic znajdowały się po przeciwnej stronie długiego korytarza.

Z początku zastanawiała się, dlaczego na tak wielkim statku jak ten jest zbyt mało miejsca na pomieszczenia osobiste dla załogi. Ojciec jej to szybko wytłumaczył: większość powierzchni, prócz maszynerii, zajmują specjalistyczne urządzenia kartograficzne. Nawet postęp miniaturyzacji nie zdołał w istotny sposób wpłynąć na zredukowanie ich rozmiarów.

– Kiedyś te wszystkie urządzenia będą wielkości osobistego komputera – przewidywał, a jego zwykle ściągnięta twarz rozjaśniała się jak zawsze, gdy mówił o pracy. – Niestety – dodawał zaraz ponuro. – My tego nie dożyjemy.

To akurat było Wince zupełnie obojętne. Brak przestrzeni osobistej stanowił najmniejszy z jej problemów dopóty, dopóki tkwiła na pokładzie tej latającej puszki.

Właśnie dopinała poranny kombinezon i miała udać się do łazienki, gdy dobiegł ją znajomy głos.

– Dzień dobry, Malwino.

Głos był mechaniczny i pozbawiony jakichkolwiek ludzkich odcieni, ale dziewczyna i tak uśmiechnęła się szeroko. Był to głos jej… jedynego przyjaciela? Nie, zawsze odrzucała od siebie taką myśl. A to dlatego, że prawda bywa bolesna.

– Dzień dobry, Programie – odpowiedziała.

Tak się do niego zwracała: po prostu „Programie”. W końcu używanie pełnego imienia czy raczej nazwy brzmiałoby co najmniej nienaturalnie.

Program Obsługi Systemu, przez niektórych mylony z systemem jako takim, pracował intensywnie, o czym mogło świadczyć miganie zielonego światełka na standardowej konsoli kabiny.

– Jak się dzisiaj czujesz, Malwino? – zapytał.

Nigdy nie zwracał się do niej inaczej, jak pełnym imieniem, którego nie trawiła. Usilne prośby, by raczył przestawić się na formę zdrobniałą, ignorował jako nielogiczne.

Ale cóż, zbyt ceniła sobie jego… towarzystwo, aby dłużej zwracać na to uwagę.

– Bardzo dobrze – odpowiedziała jak co rano, nie zawsze zgodnie z prawdą. – A ty?

– Funkcjonowanie prawidłowe – padła rzeczowa odpowiedź. – Działania szkodliwych programów: nie wykryto.

Good for you – odpowiedziała po angielsku. Program rozumiał więcej języków, niż ona będzie w stanie się nauczyć. Nawet esperanto, Bóg jeden raczy wiedzieć po co.

– Przypominam, że powinnaś zanieść ojcu śniadanie – powiedział.

– Jak tylko wezmę prysznic – obiecała.

– Oczywiście. I pamiętaj o Foce.

Foce. Nawet przy swoich ograniczonych możliwościach intonacji wypowiadał to słowo dużą literą.

*

Kabina ojca miała większy metraż, ale Winka nie odczuwała z tego powodu zazdrości. Zwyczajnie nie było powodu. Ojciec dysponował mniej więcej taką samą przestrzenią osobistą co ona. Resztę zajmowały książki, zbiory mikrofilmów i przenośnych dysków pamięci. Półtora wieku miniaturyzacji i digitalizacji, a zjawisko ścisku, którego dni niegdyś uważano za policzone, miało się doskonale.

– Przyniosłam śniadanie, tato – zagaiła, podając standardowy zestaw kosmiczny: skondensowane jajka i suchary. Co prawda pokładowa spiżarnia mieściła wystarczającą ilość zapasów, prawdziwych zapasów, aby mogła przygotować coś bardziej odpowiedniego, ale ojciec był tak zapracowany, że nie zauważyłby różnicy. Nawet herbata, którą zwykł sobie przyrządzać, zanim zasiadał za biurkiem, pozostała nietknięta.

– Dziękuję – rzucił, nie podnosząc głowy znad odczytów.

Już miała wyjść, ale zawahała się.

– Może by…

– Nie przeszkadzaj mi.

Winka odwróciła szybko wzrok. Idiotka, pomyślała. Po co znowu próbowałam? Zawsze kończy się tak samo. Znała przecież definicje obłędu według Einsteina: obłędem jest „powtarzać w kółko tę samą czynność, oczekując za każdym razem innych rezultatów”. Jedno z pozornie żartobliwych powiedzonek, jakich zdążyła nauczyć ją mama.

Mama nigdy nie zwracała się do niej inaczej, jak tylko „Winka”.

*

Akwarium znajdowało się na najniższym poziomie pokładu, który był jednocześnie najciemniejszy. Oficjalnie uzasadniano to potrzebą oszczędności energii. Ciemności, tłumaczono, fokom nie przeszkadzają. Przecież nie mają dostępu do światła, kiedy pływają w głębinach oceanów. O tym, że foki są stworzeniami lądowo-wodnymi jakoś nie wspominano.

– Dzień dobry, foczko – przywitała się. Mimo usiłowań nie udało jej się wymyślić dla zwierzątka imienia.

Akwarium nie bardzo zasługiwało na to miano. Był to bowiem wielki, szczelnie zamknięty kontener ze stale doprowadzanym powietrzem. Pomijając niewielkie okienka po bokach, do środka dawało się zajrzeć tylko od góry, przez szklany sufit. Gdy foka chciała spędzić trochę czasu „na lądzie”, musiała zadowolić się dwiema stosunkowo niewielkimi półeczkami.

Gówniane to oświetlenie, pomyślała nie wiadomo po raz który dziewczyna, wspinając się z wiadrem po drabince. Smętnie dotychczas krążąca foka wyraźnie się ożywiła.

Foka oraz warunki jej bytowania budziły w Wince sprzeczne uczucia. Z jednej strony, gdyby tylko mogła, natychmiast zwróciłaby jej wolność i cieszyła się, że zwierzątko nie musi dłużej męczyć się w kontenerze w ciemnym pomieszczeniu. Z drugiej jednak foka, obok Programu, była jej jedynym towarzyszem na pokładzie statku badań kartograficznych Kepler. Prawda, każda większa jednostka kosmiczna musi mieć na pokładzie fokę andaluzyjską, jednakże Winka zbyt wiele czasu spędziła z tym rozkosznym ssakiem morskim, aby postrzegać ją w kategoriach wyposażenia.

Rozochocona posiłkiem foka zatoczyła koło, gotowa na zabawę.

– Przykro mi, foczko – powiedziała Winka. – Muszę iść na lekcję, ale wrócę do ciebie i spędzimy więcej czasu razem, zgoda?

Może nawet przebierze się w kombinezon wodny i wejdzie do zbiornika. Powietrze powinno się do tej pory nagrzać po standardowej redukcji temperatury w nocy.

Ściągnij tekst:
Strony: 1234567

Mogą Cię zainteresować

Dorota Pacyńska „Lista pomocnicza, czyli gufnoburza for ever lajk rules”

Żeby było jasne: w ocenie wydawnictw vanity, upublicznionej przy okazji tzw. listy pomocniczej…

Red-Akcje 1.09.2015

Błoto, deszcz czy słoneczna spiekota, wszędzie słychać wesoły bredni szum, to panoszy się…

Tak swobodnie oddycha się teraz w odrodzonym Arkanarze!
451 Fahrenheita Fahrenheit Crew - 18 kwietnia 2013

Drodzy Czytelnicy! Cóż stało się! Duch korporacyjny, który opanował już co się da…

Do NOT follow this link or you will be banned from the site!