ISSN: 2658-2740

Maciej Liziniewicz „Zegar, czyli opowieść starego lekarza”

Opowiadania Maciej Liziniewicz - 23 kwietnia 2021

Przedstawiamy Wam opowiadanie Macieja Liziniewicza, autora bardzo dobrego cyklu wydanego przez Wydawnictwo Dolnośląskie, z którego ukazały się „Czas pomsty” i „Mroczny zew”. Jeśli jesteście ciekawi jak autor radzi sobie z fantasy historyczną w krótszej formie, teraz macie okazję się przekonać. A jeśli dotąd jeszcze nie mieliście z nim do czynienia, liczymy, że to udane opowiadanie zachęci Was do sięgnięcia po powieści.

 

Zegar, czyli opowieść starego lekarza

Zapadł już listopadowy zmierzch. Miotane chłodnym wiatrem grube krople wystukiwały monotonny koncert na ścianach kamienic i brukach prowincjonalnego miasteczka. Opustoszały uliczki, tylko gdzieniegdzie oświetlone latarniami. Ostatni spóźnieni przechodnie, z postawionymi na sztorc kołnierzami szyneli, truchtem zmierzali do swych domostw, z nadzieją na ciepłą izbę i filiżankę herbaty. Przeskakując kałuże, mijali smutne kikuty drzew nasadzonych wokół ryneczku, by potem znikać w łukowatych bramach. Szmer wiatru zagłuszał skrzypienie pordzewiałych zawiasów, mieszając się czasem ze zdawkowym powitaniem stróża, albo czyimś przekleństwem. Ot, zapadał zwyczajny, niczym się niewyróżniający, listopadowy wieczór, nadając poszarzałym domostwom wygląd jeszcze bardziej smętny i senny niż zwykle.

Tymczasem w znajdującym się na pierwszym piętrze jednej z kamienic mieszkaniu, należącym do doktora medycyny Hipolita Rudeckiego, pochyleni nad stołem czterej leciwi już mężczyźni z zajęciem oddawali się grze w karty. Zdawali się niepomni na listopadową słotę i zapadający zmierzch. Trudno zresztą byłoby im myśleć o czymś tak przyziemnym, jak jesienna niepogoda, wobec toczącej się, nadzwyczaj zajmującej partii wista. Na dodatek w saloniku panowało przyjemne ciepło bijące od rozgrzanego kaflowego pieca. Wypełniona rubinową nalewką karafka i rozstawione kieliszki świadczyły o tym, iż nie tylko płonące polana były przyczyną widocznych na twarzach graczy rumieńców.

Prócz gospodarza przy karcianym stoliku zasiadali trzej jego wieloletni znajomi. Można by rzec – przyjaciele, gdyby nie fakt, iż z wiekiem pan Hipolit nauczył się z większą ostrożnością używać słów, których rzeczywiste znaczenie wypełnił już życiowym doświadczeniem. Dlatego mimo wyraźnej zażyłości, a nawet zaufania, jaki miał wobec gości, nie określał ich mianem innym, niż znajomych. Nie gniewał się jednak, kiedy oni, mniej widać wrażliwi na znaczenie wyrazów, nazywali go przyjacielem.

Grającym w parze z gospodarzem był miejscowy proboszcz, ksiądz Wincenty Pelc. Człowiek zażywny, krągłej postury i, jak często bywa u osób obdarzonych bujnymi kształtami, niezwykle wesoły. Przypominałby nawet sienkiewiczowskiego Zagłobę, gdyby nie fakt, że z nieznanych przyczyn los pozbawił go całkowicie włosów. Duchowny wszem i wobec dowodził, iż przypadłości tej nabawił się przed laty w wyniku opadu wulkanicznych pyłów z Krakatau. Doktor Rudecki dawniej próbował uświadamiać mu, iż pomiędzy jego obecnym wyglądem a odległą erupcją nie ma i być nie może żadnego związku, lecz zupełnie bez skutku. Zaniechał więc pan Hipolit zbędnych wysiłków, tym bardziej, że prócz owego mankamentu urody, ksiądz Pelc jawił się okazem zdrowia i energii.

Obok proboszcza siedział mężczyzna, który wydawał się jego całkowitym przeciwieństwem: chudy i wysoki, a przy tym obdarzony nad wyraz bujną czupryną i gęstymi bokobrodami. Choć przyprószyła je siwizna, to wiek w żadnym stopniu nie przerzedził włosów lokalnego sędziego Piotra Iwanowicza Wrońskiego, Rosjanina, który tak długo przebywał wśród Polaków, że w końcu sam prawie uznał się za jednego z nich. Szczerze dowodził, iż dzieciństwo i młodość w Petersburgu to czasy dla niego tak odległe, iż właściwie już zapomniane. Pojął zresztą za żonę Polkę, co tylko dopełniło jego nieuchronnej naturalizacji. Językiem zaś tutejszym władał równie biegle jak ojczystym.

Ostatnim z czwórki, a zarazem partnerem w grze sędziego Wrońskiego, był główny inżynier w lokalnych browarze i gorzelni należących do hrabiego Uszyńskiego, Józef Rzymkowski. Postawny, krępy, mocno zbudowany, dumny ze swego mieszczańskiego pochodzenia oraz tego, że wykształcenia i pozycji dorobił się wyłącznie własną ciężką pracą. Jego ojciec był ledwie nadwiślańskim piaskarzem, na tyle jednak rozważnym, iż nie poskąpił grosza na wykształcenie syna. Teraz pan Józef sam był już dziadkiem, a jego wnuki, jak głosił z dumą, uczyły się w najlepszych warszawskich szkołach. Syna zaś, także inżyniera, wciąż wprowadzał w tajniki browarnictwa i gorzelnictwa przemysłowego, jakoś nie mogąc rozstać się ze stanowiskiem, do którego przywykł od lat kilkudziesięciu. Było to zresztą jednym z powodów niesnasek inżyniera Rzymkowskiego z jedynakiem. Zwykle bowiem tak jest, iż mężczyźni o mocnych charakterach bywają najlepszymi z dziadków, niekoniecznie potrafiąc znaleźć wspólny język z własnymi dziećmi.

Doktor Rudecki był około siedemdziesięcioletnim eleganckim mężczyzną średniego wzrostu. Jego głowę znaczyła szeroka już łysina, a okrągłą, przyjazną twarz zdobiły gęste, zadbane wąsy. Uśmiechał się spod nich przyjaźnie, co rusz spoglądając to w karty, to na pozostałych graczy. Mrużył przy tym filuternie wąskie, nieco skośne oczy, wcale nie ukrywając, iż właśnie zmierza wraz z księdzem proboszczem ku zwycięstwu. Potwierdzały to zresztą markotne miny sędziego Wrońskiego i inżyniera Rzymkowskiego, spoglądających ku sobie nawzajem z niemym wyrzutem. Szczególnie pan Józef niekontent był z rozgrywki, gdyż dotychczas to zwykle on, swym ścisłym umysłem, potrafił przeniknąć zamiary przeciwników i skutecznie je niweczyć. Przywykły do tryumfów i pokonywania przeszkód, z trudem radził sobie z porażkami, nawet jeśli dotyczyły drobiazgów takich, jak karciana gra.

Po jakimś czasie radosny chichot księdza proboszcza i głębokie, ponure niemal, westchnienie Rzymkowskiego oznajmiły koniec ostatniej partii. Sędzia Wroński beznamiętnym ruchem zebrał karty ze stołu, starannie układając je w równy stosik. Odłożywszy go na gładki, intarsjowany blat, spojrzał pytająco na pozostałych mężczyzn. Nie mogąc wyczytać z ich twarzy odpowiedzi, zapytał wprost:
– Cóż? Jeszcze jedną partyjkę, panowie?
– A co? Ma pan sędzia ochotę na kolejną porażkę? – Duchowny, uśmiechając się szeroko, pochylił się ku siedzącemu obok Piotrowi Iwanowiczowi tak, aż zatrzeszczały guziki sutanny opiętej na wydatnym brzuchu.
– Ksiądz dobrodziej nad wyraz ufny w swoje dzisiejsze szczęście, jak widzę – zamiast sędziego kwaśno skwitował Rzymkowski.
– Ooo! Nie szczęście, panie inżynierze! Nie szczęście! – Uśmiech ani na sekundę nie zgasł na twarzy zażywnego księdza. – Niech pan pamięta, że wist, to przede wszystkim pamięć, umiejętność liczenia i taktyka!
– Oraz dobra karta. – Adwersarz nie dał się zbić z tropu.
– Karta dobra, jeśli gracz dobrze jej używa! Ot co!
– Aaa… – Rzymkowski machnął ręką. – Wielebny to za każdym razem powtarza, tylko nie wtedy, kiedy samemu ponosi porażkę.
– Dziś ledwie raz się zdarzyło! Nie ma w tym przypadku, ani też szczęścia! – Proboszcz postukał się palcem w głowę. – O! Tu jest najważniejsze! Skupienie i koncentracja! Umysł! Pan zaś, inżynierze, wyglądasz mi dziś na rozkojarzonego! Ot co!

Mogą Cię zainteresować

„WIEDŹMIN. Historia fenomenu” ukaże się już 3 czerwca
Aktualności Fahrenheit Crew - 12 maja 2020

Po odzewie fanów oraz mediów Wydawnictwo Dolnośląskie zdecydowało się na przyśpieszenie premiery…

Tomasz Gnat „Braciszkowie niebożątka”
Patronaty F-ta Tomasz Gnat - 28 listopada 2019

W mieście, gdzie słowa i myśli stają się ciałem, grupa bohaterów mimo…

Adam Flamma „WIEDŹMIN. Historia fenomenu”
Patronaty F-ta Adam Flamma - 19 marca 2020

Już niebawem nakładem Wydawnictwa Dolnośląskiego ukaże się książka „WIEDŹMIN. Historia fenomenu”. To…

Fahrenheit