Maciej Musialik „Kirrimowie spłacają dług”

kirrimowie-obrazek

 

Czy da się odeprzeć atak zorientowanych na sukces piratów, jeśli nawet ciskanie we wrogą jednostkę kontenerami nie pomaga? A to już zależy od tego, kto z nami podróżuje na gapę.

 

Mostkiem wstrząsnęła eksplozja.

Kapitan Ostrogoff złapał oburącz za obudowę pulpitu, by nie upaść. Kolejny wybuch szarpnął jednak podłogą w przeciwnym kierunku i mężczyzna o mały włos nie przekoziołkował nad wyświetlaczami. Jego ulubiony kubek z napisem „Mała czarna”, zazwyczaj stojący na poręczy kapitańskiego fotela, śmignął przez pomieszczenie i roztrzaskał się o ekran skanera. Resztki zimnego napoju skropiły siedzącego nieopodal nawigatora.

– Mieli nie strzelać! – ryknął dowódca, choć jego niewielka postura nie wskazywała, iż może wydobyć z siebie głos o takiej sile. Zamaszystym ruchem głowy odrzucił z czoła kaskadę grzywę siwiejących włosów. – Roger, mów do mnie!

Nawigator, desperacko wczepiony w błyskającą przed nim aparaturę, odkrzyknął:

– Dwa statki, klasa koliber. Jeden daleko z tyłu, drugi podchodzi z boku.

– Będą chcieli wejść na pokład? – rzucił kapitan w kierunku jeszcze jednego mężczyzny, który trzymał się na uboczu. Ten odziany był w jednolity, zielonkawy mundur, nosił okulary w czarnych oprawkach, a jego głowę wieńczyła schludnie przyczesana fryzura. I choć Luc był najemnikiem, Ostrogoff ciągle nie mógł oprzeć się wrażeniu, iż ma przed sobą księgowego.

– Może spróbują, ale to ryzykowny manewr. Musielibyśmy im na niego pozwolić. Chyba że chcą to zrobić na pijawkę – stwierdził spytany.

– Czyli jak?

– Niektóre pirackie statki mają specjalne rękawy wokół włazów. Jeśli pilot jest dobry, mógłby przyssać taki rękaw do naszego wejścia. Gdyby tamci w środku zdążyli się do nas przebić, zanim byśmy ich od siebie oderwali, zrobiłby się tu niezły pasztet.

– Po moim trupie! – odparł dowódca. – Nie znoszę podrobów.

– Ale prawdę mówiąc, nie sądzę, by spróbowali – kontynuował Luc, próbując utrzymać się na nogach, bo statkiem ponownie szarpnęło. – Ci tutaj wyglądają mi raczej na negocjatorów.

– Nazywasz pan to negocjacjami? – wykrzyknął Ostrogoff, ogarniając gestem wszechobecny bałagan. – Więc co dranie robią, jak się wkurzą?

– To samo, ale skuteczniej. A ci chcą nas tylko przycisnąć do muru.

Kapitan westchnął ciężko i przeklął pod nosem.

– Więc co pan radzisz?

– Jak to co? Skończmy robić za tarczę strzelniczą i zwiewajmy stąd. Jeśli wykonamy skok, nie polecą za nami.

– Żeby to było takie proste.

– Przecież jest – zdziwił się Luc. – Jesteśmy na granicy układu, mamy otwartą przestrzeń i prawidłowe koordynaty. Czego chcieć więcej?

– Innego napędu – odparł Ostrogoff, uchylając się przed panelem, który oderwał się z sufitu i gruchnął na podłogę. – Mamy tu zmodyfikowanego Bergmana 8. Jeśli odpalimy skok w tak bliskiej odległości od innych jednostek, zawirowania pociągną je za nami. W najgorszym wypadku mogą nawet doprowadzić do kolizji, a nie wiem, ile „Persefona” jeszcze wytrzyma.

Najemnik pobladł.

– Dlaczego dopiero teraz się o tym dowiaduję? – Nerwowym ruchem wydobył z kieszeni komunikator, by połączyć się ze wspólnikiem, który od chwili wykrycia intruzów zajmował stanowisko w tylnej części statku.

– Co tam? – odezwał się tubalny głos.

– Jacques, do ciężkiej cholery, wiedziałeś, że mają tu napęd Bergmana?

– A mają?

– Tak, do diabła! A mówiłem, żeby zrobić obchód statku przed odlotem! Durnie z centrali potrafią tylko poganiać, a jeśli chodzi o bezpieczeństwo, mają wszystko gdzieś! Nie dość, że wpakowali mnie w ten… – najemnik ugryzł się w język. Przypomniał sobie, że kapitan wciąż stoi obok. Nie powinien wiedzieć wszystkiego. Zdecydowanie nie powinien. – Niech to szlag!

– Niedobrze – spokojnie skwitował rozmówca. Luc znał kompana od niedawna, ale zdążył już nabrać przekonania, iż z równowagi byłby go w stanie wyprowadzić chyba tylko wybuch supernowej.

– Żebyś wiedział, że niedobrze – odparł wzburzony. – Lepiej mocno się czegoś trzymaj. – Rozłączył się i spojrzał na Ostrogoffa. – Będziemy musieli manewrować.

– Tyle sam wiem! – obruszył się kapitan. – Ale pamiętaj pan, że „Persefona” to transportowiec, a nie statek do akrobacji. Jasna cholera, jak ja chciałbym czasem dowodzić niszczycielem! Przypaliłbym te pirackie tyłki, aż miło!

Niestety, do jednostki wojskowej sporo „Persefonie” brakowało. Jej pięćsetmetrowy kadłub, przypominający gigantyczne, stalowe cygaro, nadawał się co najwyżej do taranowania mniejszych pojazdów. Byłoby zapewne inaczej, gdyby międzyplanetarne ustawy nie zabraniały instalowania na frachtowcach broni. Takie jednostki stanowiły w efekcie łatwy cel. Co gorsza, pirackie ataki na ogół miały miejsce w kilku układach planetarnych, których dyplomaci nie posiadali wystarczającej siły przebicia, by przeforsować zmianę przepisów na mniej restrykcyjne. Od czasu do czasu Rada Zjednoczonych Systemów w geście dobrej woli wysyłała w te rejony pojedyncze krążowniki, ale nie były one w stanie strzec wszystkich sektorów na raz. Najczęściej więc ich zadanie kończyło się na robieniu dobrego wrażenia.

Duże korporacje przewozowe zwracały się więc o pomoc do najemników.
W niebezpiecznych rejonach znanego kosmosu zaczęły nawet działać firmy specjalizujące się w wynajmowaniu obstawy transportowcom. Bezbronne statki dostawały eskortę ścigaczy, a na ich pokładach stacjonowali uzbrojeni najemnicy, mający odeprzeć ewentualny abordaż.

Z pozoru wyglądało to na kres kosmicznego piractwa. Z pozoru, bo nie każdego przewoźnika stać było na takie zabezpieczenie. Ci mniej zamożni wynajmowali pojedynczych ochroniarzy. W krytycznych sytuacjach byli oni jednak równie bezsilni, co załoga – jeżeli wróg miał przewagę, mogli służyć już tylko radą i dobrym słowem. Zanim sam stał się jednym z nich, Luc zwykł uważać taką robotę za wyjątkowo parszywą fuchę.

Teraz zaś zaczynał dochodzić do wniosku, że jest parszywa w sposób monumentalny.

– Przygotować się do zwrotu – zarządził kapitan. – Prawa burta, czterdzieści stopni, dwadzieścia stopni w górę. Zrobimy draniom małą niespodziankę.

– Zrozumiano! – odparł nawigator. – O cholera!

– Co jest?

– Ta dalsza jednostka wystrzeliła coś dużego! Kontakt za dwadzieścia sekund!

Luc skoczył do przodu i zajrzał nawigatorowi przez ramię.

– A niech ich ciężka cholera! – wykrzyknął, czując, jak uginają się pod nim nogi. – Skąd u diabła mieli Hefajstosa?

– Mów pan jaśniej! – wrzasnął kapitan. – Co to jest Hefajstos?

– Pocisk do przebijania pancerzy, używają go na krążownikach.

Ostrogoff zrobił się czerwony z furii.

– Niech ich drzwi od śluzy ścisną! Mieli negocjować! Po kiego grzyba chcą nas przewiercić na wylot?

– Nie wiem – bąknął Luc. – Sam jestem zdziwiony.

Ściągnij tekst: