Maciej Musialik „Kirrimowie spłacają dług” (2)

Opowiadania Maciej Musialik - 26 sierpnia 2015

– Więc w następnym życiu zmień pan robotę! – huknął dowódca.

– Uderzenie za dziesięć sekund – łamiącym się głosem poinformował nawigator.

– Na mój sygnał… – zaczął Ostrogoff.

„Mogłem zostać bibliotekarzem” – pomyślał Luc. „Siedziałbym teraz w jakimś spokojnym miejscu”.

– Pięć sekund!

– Uwaga…

„Albo sprzedawcą waty cukrowej…”

– Trzy sekundy!

– Teraz! – krzyknął kapitan.

Statek zaczął skręcać.

***

– A jeśli otworzą ogień? – spytał kapitan poprzedniego dnia, wbijając w Luca uważne spojrzenie.

No tak, to pytanie musiało w końcu paść.

– Nawet jeśli to zrobią, nie użyją ciężkiej broni – odparł najemnik. – Będą się bali uszkodzić statek. To piraci, a nie szaleńcy. Niezależnie od tego, czy chodzi im o okup, czy przechwycenie ładunku, będą musieli wejść na pokład, by go wyegzekwować.

– Wolałbym, żeby te ścierwojady nigdzie nie wchodziły.

– Ja też, ale musimy być przygotowani na każdą ewentualność. Mój kolega może to potwierdzić – Luc skinął głową w stronę kompana, który stał obok i w milczeniu przysłuchiwał się rozmowie.

– To prawda – niskim głosem przyznał Jacques. Towarzysz był wzrostu Luca, ale ze dwa razy odeń szerszy. Żołdacki uniform trzeszczał na jego ramionach jak naciągnięta plandeka. Przy drugim najemniku i jego tyczkowatej posturze wyglądał jak czołg zaparkowany obok latarni. Był też brodaty i – zapewne dla kontrastu – kompletnie łysy.

– Jakoś nie czuję się spokojniejszy – skrzywił się Ostrogoff.

– Zadbamy i o to – pojednawczo odparł Luc. – Przede wszystkim musi pan mieć świadomość, że walka na pokładzie jest ostatecznością. Piraci nie mają hipernapędów, więc wystarczy, że wyprowadzi się „Persefonę” do czystego sektora, i można uciekać w diabły.

– Wiem o tym, ale jeśli zaatakują za wcześnie?

– Siła wyższa – mruknął Jacques.

– Siła wyższa? – obruszył się kapitan. Wycelował palec w stronę pobliskiego okna, za którym widać było odległe skrzydło stacji orbitalnej, w której się znajdowali. Przy jednym z doków tkwił przysadzisty kadłub „Persefony”. Dookoła krzątały się próżniowe ładowarki prowadzące załadunek. – Mam wylecieć stąd z trzema tysiącami kontenerów! Wiecie, ile może mnie kosztować wasza siła wyższa? Każda cholerna tona jest na wagę złota! Jeśli coś stanie się ładunkowi, pracodawca usmaży najpierw mnie, a potem was. Na wolnym ogniu.

– Pański pracodawca wynajął nas właśnie po to, by w miarę możliwości obeszło się bez kulinarnych atrakcji – skwitował Luc. – Na pewne rzeczy nawet my nie mamy jednak wpływu. Postaramy się zabezpieczyć „Persefonę” na wypadek abordażu i będziemy służyć radą, ale tego, jak szybko po starcie piraci wpakują nam w plecy rakietę, nie potrafimy przewidzieć. Walka z tymi patałachami to w dużej mierze improwizacja.

– Że też dałem się namówić na zlecenie w tym rejonie – Ostrogoff z niesmakiem pokręcił głową.

– Przyznaję, układ Torino-Catanga nie należy do najprzyjaźniejszych. Ale i tu prowadzi się handel. Więc skoro inni mogą, pan też sobie poradzi.

– Nie bierz mnie pan pod włos – kapitan pogroził Lucowi palcem, uśmiechając się jadowicie.

– Jakże bym śmiał – odrzekł najemnik.

Układ Torino-Catanga składał się z dwóch planet krążących wokół niewielkiego słońca. Torino była niewielka i skalista. Miała jednak tak bogate złoża, że wydobywano na niej niemal całą tablicę Mendelejewa. W jej miastach kwitł przemysł i handel, a na orbitalnych stacjach dokowały dziesiątki transportowców, czekających na towar. „Persefona” była jednym z tych statków.

I wszystko byłoby pięknie, gdyby nie Catanga. Jej rozległe, piaszczyste pustkowia nie mogły zaoferować ludziom nic poza głodem i odwodnieniem. Mieszkańcy żyli w miastach przypominających oazy i w większości trudnili się polowaniem na węże i kopaniem studni głębinowych. Pora deszczowa nastawała na Catandze raz na kilkanaście miesięcy. Wtedy to rozkwitała bujna roślinność, której owoce zbierano i przechowywano jako zapasy na czas kolejnej suszy. Bywało jednak, że deszcze spóźniały się, a zapasy ulegały wyczerpaniu. Catangianie umierali wtedy tysiącami, i nawet humanitarna pomoc z Torino niewiele zmieniała. Często zresztą nie było jej wcale, gdyż sąsiedzi traktowali oschłych ludzi pustyni z wyższością lub przynajmniej z dystansem.

Szybko więc stało się dla Catangian jasne, że nie dostaną nic, jeśli sami sobie tego nie wezmą. Co bardziej charyzmatyczni z nich jęli organizować bojówki, które z szemranych źródeł zdobywały stare ścigacze i orbitalne ciągniki, a następnie przerabiały je na prymitywne statki bojowe. Takim sprzętem poczęli nękać transportowce przelatujące przez system w drodze z Torino.

I prędko doszli do wniosku, że interes się opłaca.

– Macie jeszcze jakieś genialne pomysły? – Ostrogoff skrzyżował ręce na piersi.

Luc zamyślił się na chwilę.

– Trzeba dozbroić statek – stwierdził wreszcie.

– Niby czym? Mrożonymi warzywami?

– Wszystkim, co da się przerobić na broń.

– Gaśnice – niewzruszonym tonem wtrącił Jacques.

– Że co? – skrzywił się kapitan.

Z pomocą pospieszył Luc:

– Niektóre statki mają w burtach zamocowane miotacze piany na wypadek, gdyby gdzieś na zewnątrz wybuchł pożar. Zdziwiłby się pan, jakie efekty przynosi napełnienie ich na przykład jakąś lepką, napromieniowaną breją. Widziałem transportowiec, który oślepił w ten sposób piracką jednostkę, a potem dał nogę.

– Nic z tego – Ostrogoff pokręcił głową. – „Persefona” nie ma takiego sprzętu.

– W takim razie wymyślimy coś innego… Jeśli dranie podejdą blisko, można ich potraktować pustym kontenerem.

– Co takiego? Nie, nie, nie, chwileczkę – kapitan zamachał rękami, chcąc powstrzymać kolejne pomysły. – Cóż to za absurdalne metody? Nie będziemy w nikogo rzucać kontenerami. Ani pustymi, ani tym bardziej pełnymi. Jeśli na statku nie ma normalnej broni, to znaczy, że nie mamy ciskać w sukinkotów czym popadnie, tylko jak najszybciej się stamtąd zwijać. Rozumiecie?

– Oczywiście – odparł Luc. – Aczkolwiek słyszałem o przypadku, w którym dobrze wycelowany kontener…

– Dość! – zagrzmiał Ostrogoff. – Jeśli natychmiast nie przestaniecie, dzwonię do Centrali i obwieszczam, że rezygnuję z waszych usług! Doceniam dobre chęci, ale zacznijcie wreszcie rozważać realne opcje, bo za chwilę mi zaproponujecie, żebym ostrzelał piratów wykałaczkami!

– To akurat nie byłby najlepszy pomysł – przekornie zaczął Luc, ale, widząc minę zleceniodawcy, natychmiast dodał: – Oczywiście, rozumiemy sytuację.

– To dobrze. Bo w tej chwili obawiam się tylko tego, co może się stać, jeśli tamci otworzą ogień.

– Spokojna głowa – rzekł najemnik. – Coś się wymyśli.

***

Pocisk przeszedł pod kadłubem, ocierając się o poszycie. We wnętrzu statku dało się słyszeć odległy, ale przenikliwy zgrzyt. Wszyscy czekali na niechybną eksplozję, ale ta nie nastąpiła.

Ściągnij tekst:
Strony: 12345678910

Mogą Cię zainteresować

Fantazmaty. Tom II
Aktualności Fahrenheit Crew - 12 listopada 2018

Oto kolejny tom fantastycznych opowieści od Fantazmatów.

Do NOT follow this link or you will be banned from the site!