Maciej Musialik „Kirrimowie spłacają dług”

Opowiadania Cordeliane - 26 sierpnia 2015

– Dobra – westchnął, czując na barkach ciężar dorównujący chyba całej „Persefonie”. Razem z ładunkiem. – Niech mi pan pokaże, gdzie on jest.

***

Po wyjściu z gabinetu Ostrogoffa Luc i Jacques usiedli przy barze w pobliskiej kantynie i zamówili kolejkę torińskiej zielonej whisky. „Persefona” wyruszała następnego dnia, formalnie nie byli więc jeszcze na służbie. Zamierzali skorzystać z ostatniej okazji do wlania w gardło czegoś mocniejszego.

– Ile transportów już ochraniałeś? – zagaił Luc, powoli sącząc trunek i dyskretnie obserwując urodziwą barmankę.

– Przestałem liczyć – odparł kompan, odstawiając pustą szklankę na kontuar. Obsługująca ich dziewczyna natychmiast uzupełniła poziom napoju.

– Można stracić rachubę, co? Pewnie nie raz było gorąco.

– Fakt – odrzekł Jacques z właściwą sobie zwięzłością. – Parę razy oberwało się z miotacza – dodał po chwili.

– Serio? – pobladł Luc.

– No ba. Arturia, Primo Pascali czy systemy Belurii to nie są przyjemne miejsca. A ty gdzie wcześniej latałeś?

– Ja, cóż… – spochmurniał Luc. – Tu i tam – przez chwilę bił się z myślami. – Wiesz, muszę ci się do czegoś przyznać. Powinieneś to wiedzieć, jeśli mamy razem pracować.

– Tak?

– To głupio zabrzmi, ale nie byłem wcześniej na takiej robocie.

Jacques wlepił w towarzysza uważne spojrzenie. Powoli uniósł brwi.

– Nie jesteś najemnikiem?

– Nie. Tak. Znaczy się, teraz już jestem. Pracuję w agencji wynajmującej ochroniarzy, ale nigdy wcześniej nie latałem na akcje. Siedziałem w centrali i zajmowałem się planowaniem. Przydziały, zasoby ludzkie i te sprawy, rozumiesz.

Nawet jeśli Jacques rozumiał, wyraz jego twarzy nie zmienił się ani o jotę.

– Więc co tu robisz?

– Firma miała kłopoty, nie wywiązała się z kilku umów i przewoźnik się wściekł. Powiedział, że anuluje wszystkie kontrakty naszych ochroniarzy i poszczuje nas prawnikami.

– Słyszałem coś o tym.

– Ponieważ nie chcieliśmy stracić kontrahenta – kontynuował Luc – agencja zaczęła chuchać i dmuchać na wszystkie jego aktualne zlecenia. No i nagle okazało się, że jeden ze statków nie ma dostatecznej obstawy i przypisany jest do niego tylko jeden najemnik.

– Ja.

– Tak, ty. No i zaczęto na gwałt szukać drugiego. Jak na złość, wszyscy dostępni ludzie byli już zakontraktowani gdzie indziej. A potem ktoś wygrzebał w papierach, że parę lat temu przeszedłem szkolenie strzeleckie. No i wpadłem jak śliwka w kompot.

Jacques zamyślił się.

– Czyli strzelać umiesz? – spytał w końcu.

– Skąd! – machnął ręką Luc. – Miałem kiepskie wyniki. Ale jakoś zaliczyłem, bo każdy pracownik centrali musiał mieć pieczątkę w papierach. Od tamtej pory nie miałem miotacza w dłoni. Znam się trochę na taktyce, rozróżniam rodzaje sprzętu, ale, do cholery, nie potrafię walczyć!

Brodaty najemnik bez słowa chwycił stojącą przed nim szklankę i pochłonął całą jej zawartość jednym haustem.

– Przydzielili mi żółtodzioba, motyla noga – rzekł do siebie.

Było to bodaj najgorsze przekleństwo, jakie Luc usłyszał z jego ust.

– Głupio mi, że tak wyszło, ale nie miałem wyboru.

– Nie mogłeś odmówić?

– Mogłem, ale wtedy wylaliby mnie na zbity pysk bez odprawy i wystawili paskudne referencje. Więc pomyślałem, że zaryzykuję, a nuż lot będzie spokojny.

– W tym sektorze mało jest spokojnych lotów – odparł Jacques. – Ale może, jeśli będziemy mieć szczęście…

– A jeśli nie będziemy?

– Wtedy trzymaj się blisko mnie i celuj tylko tam, gdzie ja.

– To wszystko?

– Tak. A poza tym możesz dalej odgrywać fachowca – brodaty najemnik wyszczerzył się w uśmiechu. – U Ostrogoffa nieźle ci szło.

***

Jacques leżał nieruchomo pod jedną z grodzi. Na głowie sterczał mu guz rozmiarów Kilimandżaro. Tuż obok spoczywał miotacz.

Luc pochylał się nad kompanem i z uporem klepał go to w jeden policzek, to w drugi.

– Może sole trzeźwiące by pomogły? – zaproponował mechanik.

– A ma pan jakieś?

– Nie…

Najemnik przewrócił oczami i wyprostował się.

– Więc chyba nic z tego – sapnął. – Musimy poradzić sobie sami.

– Ale jak?

– Tak samo, jak w większym składzie. Trzeba będzie odeprzeć atak.

Luc nie chciał tego mówić, ale wiedział, że nie ma wyboru. Czy mu się to podobało, czy nie, musiał robić to, do czego został tu oddelegowany. Wątpił, by piraci zamierzali słuchać czyichkolwiek tłumaczeń. Jeśli wejdą na pokład, najpewniej wpakują każdemu, począwszy od najemnika, a na kapitanie skończywszy, kulkę w łeb. Taka alternatywa zdolna była obudzić wojownika w największym pacyfiście.

– Ale czym? – mechanik rozejrzał się bezradnie.

– Mamy dwa miotacze. Jeden chwilowo jest wolny, więc ktoś będzie mógł go wziąć. Wie pan, gdzie jest spust?

– Ja? Ale… Ja się nie znam na broni! Nie mam pojęcia o wojaczce!

„To jest nas dwóch” – pomyślał Luc. Tę refleksję zachował jednak dla siebie.

– Więc będzie się pan musiał podszkolić – odparł, spoglądając na zegarek. – Mamy dziesięć minut. Chyba wystarczy na trening, co? – podniósł broń Jacques’a i wręczył ją przestraszonemu rozmówcy. – Niech pan tu zaczeka, przyniosę swoją pukawkę. Została w kajucie.

Po czym potruchtał między stosami kontenerów w stronę wyjścia z ładowni.

Wtem wydało mu się, że tuż obok dostrzegł jakiś ruch.

Gwałtownie przystanął. Zwierzę rozmiarów kota przebiegło w poprzek bocznej alejki i znikło gdzieś za rogiem.

– Co u licha? – mruknął najemnik, ale wnet przypomniał sobie, że na niektórych transportowcach wciąż jeszcze stosuje się naturalne metody tępienia gryzoni. Buszujący po ładowni sierściuch nie powinien go dziwić. Ech, a może tak na wypadek abordażu zacząć hodować tygrysy? Luc uśmiechnął się do tego pomysłu i właśnie wtedy jego wzrok padł na duży kształt majaczący w głębi zaułka.

Stał tam masywny podnośnik, służący do przemieszczania kontenerów podczas załadunku w stanie nieważkości.

W głowie najemnika zaświtał nowy pomysł. Mężczyzna odwrócił się na pięcie i pognał do miejsca, gdzie zostawił mechanika. Zastał go na dziarskim przechadzaniu się z podniesionym miotaczem i celowaniu do wyimaginowanych przeciwników.

– O, to pan – speszył się człowieczek, z zakłopotaniem opuszczając broń. – Nie przyniósł pan swojej zabawki?

– Nie – odparł Luc. – Znalazłem coś lepszego.

***

W kokpicie pirackiej jednostki siedziało trzech mężczyzn. Z trudem mogli się poruszać, bowiem pomieszczenie wypełnione było podręczną bronią, pudłami z wyposażeniem i przypominało raczej zagracony magazyn. Wtem najważniejszy z Catangiańczyków wstał i przecisnął się w stronę kompanów.

Ściągnij tekst:
Strony: 12345678910

Powiązane wpisy

Fantazmaty. Tom II
Aktualności - 12 listopada 2018

Oto kolejny tom fantastycznych opowieści od Fantazmatów.

Do NOT follow this link or you will be banned from the site!