Maciej Musialik „Kirrimowie spłacają dług”

Opowiadania Cordeliane - 26 sierpnia 2015

W tym czasie statek, który dotąd trzymał się z tyłu, też zaczął zbliżać się do „Persefony”.

Kapitan wpatrywał się odczyty z ponurą miną. Potem spojrzał na pozostałych.

– Jesteśmy w punkcie wyjścia – mruknął. – Albo i gorzej. Teraz przestaną się z nami cackać.

– Jak dotąd wcale tego nie robili, a jeszcze żyjemy – zauważył Luc. Sam jednak czuł wzbierającą bezradność. Nowy statek musiał krążyć gdzieś w tym sektorze. Może przyleciał sam, a może tamci wezwali go na pomoc. A co, jeśli w okolicy jest ich jeszcze więcej?

– Co oni robią? – spytał Gilbert, wskazując na piratów za rufą.

– Pewnie spróbują przebić się do środka – odparł Ostrogoff. – Ci z przodu mają nas w szachu. Uzbroili wszystkie rakiety, jakie mieli na pokładzie. Nawet gdybyśmy spróbowali ich ominąć, a potem wykonać skok, wpakowaliby nam w burtę taką salwę, że „Persefona” rozpadłaby się przy rozpędzaniu.

– No to po nas – jęknął mechanik, kładąc dłoń na czole, jakby pragnął sam siebie uspokoić.

– Mam pomysł – odezwał się Luc. – Po prostu dajmy im to, czego chcą.

– Ale nie wiemy, co to jest!

– Idę o zakład, że gdy już to znajdziemy, nie będziemy mieć wątpliwości.

***

Prawdę powiedziawszy, Luc nie miał pojęcia, jak zabrać się za poszukiwania. Wolał jednak działać niż tkwić bezczynnie na mostku w oczekiwaniu na kolejny atak. Zarzucił więc miotacz na plecy i pospieszył do ładowni. Tam skręcił w pierwszy lepszy zaułek między kontenerami, i potruchtał przed siebie, licząc na to, że coś rzuci mu się w oczy. Od czasu do czasu stukał w wielkie skrzynie kolbą, jakby chcąc sprawdzić, czy za każdym razem odpowie mu to samo, metaliczne echo.

Ale odpowiadało.

Tu i tam najemnik zerkał na etykietę z opisem towaru, ale nie trafił na nic szczególnego. Lampy, meble, narzędzia, ciuchy, zabawki, ceramika. Przekrój przez cały eksport Torino. Złośliwi żartowali czasem, że każdy dorosły Torińczyk musi w swoim życiu zrobić buty, kosiarkę i stolik do kawy. Jak na złość, „Persefona” zdawała się przewozić dzieła co najmniej połowy populacji planety. Co gorsza, jeśli gdzieś tutaj naprawdę znajdowało się coś, za co warto było zabić, to czy etykieta by o tym mówiła?

Luc zaklął pod nosem, nie przerywając pospiesznego marszu. Zaczynał się niecierpliwić i pewnie w końcu wróciłby na mostek, gdyby znów nie spotkał zwierzęcia.

To było to samo stworzenie, co poprzednio. Z tą różnicą, że teraz widział je dużo wyraźniej. Siedziało na środku alejki, w którą wszedł, i przyglądało mu się bystrymi oczkami.

Dopiero teraz Luc dostrzegł, że choć dorównywało rozmiarami kotu, na pewno nim nie było. Miało długi, wąski pysk, ogon zakończony kitką i sierść w niebieskie, opalizujące pręgi.

Limir.

Najemnik nigdy wcześniej nie widział żywego okazu. Limirów było niewiele i można było je spotkać tylko w kilku zakątkach Catangi. I to wyłącznie tam, gdzie ostatnie enklawy zieleni nie poddały się naporowi piasku. Stworzenia te były przez ludzi pustyni uważane za święte – tyle zapamiętał Luc z któregoś z popularnonaukowych programów, które tak lubił, gdy jeszcze nie musiał udawać zabijaki.

Ale to oczywiście nie wyjaśniało, co ów niespodziewany gość robi w ładowni „Persefony”. Najemnikowi przebiegło przez głowę, czy byłby w stanie schwytać zwierzę.

Limir jakby usłyszał tę myśl. Niespodziewanie wstał i czmychnął w głąb zaułka.

– Hej, stój! – wyrwało się Lucowi. Poprawił pas, na którym wisiał miotacz, i ruszył w pościg.

Stworzenie skręciło w prawo, minęło kilka kontenerów, po czym pomknęło w zaułek po lewej. Najemnik gnał za nim, sam właściwie nie wiedząc, po co to robi.

Nie zdążył tego jednak przemyśleć, bo oto wypadł zza rogu i natknął się na niespodziewany widok.

W przejściu stał człowiek. I na tysiąc jeden procent nie był członkiem załogi. Miał ze dwa metry wzrostu, ciemnobrązową skórę i głowę ogoloną na łyso. Odziany był w długą, turkusową szatę, mieniącą się niczym sierść limira.

Pochylił się, wyciągając rękę do zwierzęcia, które w mgnieniu oka wdrapało się po niej i usadowiło na ramieniu mężczyzny. Ten uśmiechnął się i wyprostował. A następnie spojrzał na Luca.

Najemnik, który przez chwilę stał jak wmurowany, obserwując tę niecodzienną scenę, teraz drgnął jak oparzony. Gwałtownym ruchem porwał miotacz z pleców i wymierzył go w kierunku intruza.

– Stać! – wykrzyknął. I natychmiast poczuł się jak dureń, bo nieznajomy ani myślał się ruszać. Tkwił w miejscu, uśmiechając się tajemniczo.

– Kim pan jest? – spytał groźnie Luc, by do reszty nie stracić rezonu. – Co pan tu robi?

– Spaceruję – odparł tamten. A następnie odwrócił się na pięcie i jął oddalać.

Tego było już dla Luca zbyt wiele. Uniósł miotacz nad głowę i wypuścił krótką serię prosto w sufit ładowni. Echo wystrzałów było ogłuszające. Gdzieś w górze zadźwięczały rykoszety. Najemnik nie bał się o uszkodzenie poszycia – ręczna broń nie mogła zaszkodzić statkowi.

– Stać! – wrzasnął, mając nadzieję, iż tamten nie będzie zgrywał bohatera.

Nie zgrywał. Ba, sprawiał wrażenie kogoś, dla kogo wszelka bohaterszczyzna była pojęciem abstrakcyjnym.

Przystanął, odwracając się w stronę Luca.

– W czym mogę pomóc? – spytał, jak gdyby nigdy nic.

Najemnik podszedł doń, nie opuszczając broni. Trzymał ją mocno, by nie było widać, iż drżą mu ręce.

– Lubisz spacery? – spytał. – To pójdziesz ze mną.

***

Powrót na mostek z jeńcem trzymanym na muszce wywołał niemałą konsternację. Kapitan zrobił wielkie oczy, Gilbert pobladł, a nawigator wbił się palcami w pulpit, jakby zamierzał wyrwać go z podłogi, by się nim bronić.

Nieznajomy tymczasem rozejrzał się po panującym dookoła bałaganie. Jego wzrok padł na wciąż nieprzytomnego Jacques’a.

– Wasz towarzysz ucierpiał? – spytał.

– A co ci do tego? – fuknął nań Ostrogoff. – Gadaj, coś za jeden!

– To Kirrim – poinformował mechanik.

– Kto?

– To po catangiańsku. Kirrim, czyli człowiek piasku.

– Skąd to wiesz?

– Czytałem o nich – Gilbert wzruszył ramionami. – Jedna czwarta populacji Catangi to Kirrimowie. Ale są też inne plemiona…

– Dobra, dobra, nie interesują mnie szczegóły. Chcę wiedzieć, co drań tu robi!

Nieznajomy przysłuchiwał się tej rozmowie z zainteresowaniem. Dobrotliwy uśmiech nie schodził mu z twarzy. Limir trwał przycupnięty na ramieniu mężczyzny i czujnym wzrokiem wpatrywał się w kapitana.

Ściągnij tekst:
Strony: 12345678910

Powiązane wpisy

Fantazmaty. Tom II
Aktualności - 12 listopada 2018

Oto kolejny tom fantastycznych opowieści od Fantazmatów.

Do NOT follow this link or you will be banned from the site!