Maciej Musialik „Kirrimowie spłacają dług”

Opowiadania Cordeliane - 26 sierpnia 2015

– Najwyraźniej podróżuje na gapę – stwierdził mechanik. – Żebym tylko wiedział, gdzie się schował, jak przed startem robiliśmy obchód ładowni!

– Może wylazł z kontenera? – zaproponował kapitan.

– Wykluczone, wszystkie są zaplombowane.

– Nie wiem jak wy – zaczął Luc – ale ja mam dziwne wrażenie, że to właśnie jego mogą szukać ci na zewnątrz.

– Obawiam się, że to prawda – niespodziewanie rzekł Kirrim.

Wszyscy spojrzeli na niego przenikliwie. Na mostku zapadła przeraźliwa cisza.

– A niech mnie – przerwał ją Ostrogoff. – To by wiele wyjaśniało! Gadaj, coś przeskrobał?

Kirrim spoważniał.

– Sęk w tym, że nic – westchnął.

– Nie wierzę – uciął kapitan.

– Ale to prawda.

– Nawet jeśli, to nie zmienia to faktu, że piraci mają ochotę przerobić nas na mielone tylko dlatego, że cię transportujemy. Muszą cię pierońsko nie lubić.

Luc postanowił zastosować odmienną taktykę.

– Skoro nic nie przeskrobałeś, to musisz stanowić dla nich jakąś wartość z innego powodu. Może chodzi o coś, co wiesz?

– Nie do końca, ale… – zaczął Kirrim. Przerwał mu okrzyk nawigatora.

– Mamy następnego!

– Cooo? – najeżył się Ostrogoff.

– Właśnie wleciał do sektora. Dogania nas. Duży jest, skurkowaniec.

– To na pewno piracki statek?

– Już skanuję bazę danych.

Wszyscy przesunęli się w stronę ekranów, by lepiej widzieć odczyty. Po chwili na jednym z wyświetlaczy pojawił się zarys obcego statku wraz ze słupkami danych na jego temat.

– Czy ja dobrze widzę? – kapitan aż przetarł oczy ze zdumienia. – To wojskowy niszczyciel?

– Na to wygląda.

– Skąd dokładnie leci?

– Najprawdopodobniej z Catangi.

– To oni mają flotę wojenną? A niech ich prąd popieści! Wygląda na to, że jesteśmy uratowani!

Nawigator pokiwał głową z uśmiechem.

– Odsiecz! – cieszył się Ostrogoff. – Ech, ile ja bym dał, żeby zobaczyć teraz miny tych pirackich psich synów!

Gilbert również wyglądał na zadowolonego. Luc dostrzegł jednak zafrasowaną minę Kirrima i poczuł, że jeszcze za wcześnie, by cieszyć się z czegokolwiek.

Pozostali również szybko to sobie uświadomili. Głównie dlatego, że na widok tak silnej jednostki pirackie statki nie uciekły spłoszone, jak to miały w zwyczaju. Niszczyciel był coraz bliżej, a one wciąż warowały przy „Persefonie”, jak gdyby nigdy nic. Nie było szans, by ich skanery nie wykryły statku o takich rozmiarach, a jednak nie uciekały. Luc byłby mniej zdziwiony, gdyby piraci rzucili się do nierównej walki, ale to zakrawało na jeszcze większy absurd.

Albo zmowę.

– To niemożliwe! – wykrzyknął Ostrogoff, zdając sobie sprawę, czego są świadkami. – Kompletnie, jak w pysk strzelił, niemożliwe! – chwycił się za włosy, jakby pragnął wyrwać sobie kilka garści, i odwrócił się do Kirrima. – To wojskowa jednostka! – jęknął z rozpaczą. – Coś ty tam, człowieku, nawyprawiał? Przewodziłeś chromolonej rewolucji?

Pasażer na gapę nie odpowiedział, ale na jego twarzy odmalowała się bezradność.

Luca rozbolała głowa. Nawet jak na wyjątkowo pechowy lot – doświadczyli już zbyt wielu wrażeń.

– Miał pan rację, kapitanie – westchnął, odwieszając broń na ramię – to odsiecz. Ale nie nasza. Cóż, przynajmniej wiemy, dlaczego piraci wstrzymywali kolejny atak. Czekali na wsparcie ogniowe.

– Ze strony armii – Ostrogoff pokręcił głową z niedowierzaniem. – Gorzej już chyba nie będzie, co?

– Chyba nie – przyznał najemnik i spojrzał na Kirrima. – Jak się nazywasz?

– Aterrun Ykm Ubban, z klanu Szesnastu Skorpionów – odparł tamten z poważną miną.

– A więc, drogi Aterrunie, ponieważ za kilka chwil najprawdopodobniej wszyscy zginiemy z twojego powodu, racz nam wyjaśnić, o co tu, do ciężkiej cholery, chodzi.

Kirrim trawił coś przez chwilę w myślach, po czym skinął głową.

– Zgoda. Chodźcie, coś wam pokażę.

Następnie ruszył do wyjścia z mostka. Kapitan skinął na Luca i Gilberta.

– Idźcie z nim i meldujcie mi o wszystkim.

– Zgoda – odparli tamci i ruszyli w ślad za gapowiczem.

Ledwie zdążyli jednak zrobić krok za drzwi, a stanęli jak wryci.

Korytarz prowadzący do dalszej części statku blokowało czterech mężczyzn. Byli równie wysocy i ciemnoskórzy, co Aterrun. Nosili też identyczne szaty.

I nie byłoby problemu, gdyby nie fakt, iż mierzyli do obstawy swego kompana z potężnych łuków. To zdecydowanie nie były dziecięce zabawki. Luc miał nieprzyjemne wrażenie, że strzała wypuszczona z takiego potwora z łatwością mogłaby przebić jego, gródź, komputery na mostku kapitańskim i zatrzymać się dopiero na poszyciu dziobowym „Persefony”. Oczywiście była to gruba przesada, ale profilaktycznie wolał nie wykonywać zbyt gwałtownych ruchów.

Kątem oka zauważył, że mechanik wyszedł z podobnego założenia.

Tymczasem Ykm Ubban przystanął tuż przed łucznikami. Wtedy zza uzbrojonych Kirrimów wyłonił się starszy mężczyzna. Był niski i nie tak łysy jak pozostali – z ramienia zwieszał mu się warkocz długich, siwych włosów. Skinął Aterrunowi głową, a potem obaj zwrócili się do Gilberta i najemnika.

– To Merrun Ykm Ubban – gapowicz przedstawił starca – mój ojciec.

– Bardzo nam… miło – wydukał Luc.

Z bliska dostrzegł, że twarz tamtego jest pomarszczona jak suszona śliwka. Nie wiedział, jak długo żyją mieszkańcy Catangi, ale ten tutaj wyglądał, jakby chodził po tym świecie od co najmniej półtora stulecia.

Gdy jednak się odezwał, głos miał pewny, a ton – zdecydowany.

– Nie ma czasu na kurtuazję – rzekł. – Chcę mówić z waszym kapitanem.

***

– Chwila, moment – nastroszył się Ostrogoff. – Byliście gdzie?

– W ładowni – ponownie oznajmił Merrun. Jego uzbrojeni towarzysze stali tuż za nim. Opuścili jednak łuki, co Luc przyjął z prawdziwą ulgą. Sytuacja na mostku i tak była wystarczająco napięta.

– W ładowni… – kapitan pokręcił głową, po czym zwrócił się do Gilberta z miną wyrażającą teatralne zdziwienie. – Byli w ładowni!

– Tak, właśnie tam – wtrącił Aterrun, przysłuchujący się rozmowie.

– A można spytać, gdzie? Bo chyba nie trzymaliście się za ręce, udając kontener?

– Nie. Byliśmy w jednym z nich.

– To niemożliwe. Wszystkie są zapieczętowane, sam widziałem. Nie ma możliwości otwarcia go od wewnątrz.

– Mieliśmy zamaskowane wyjście. Na wszelki wypadek.

– To jakaś cholerna teoria spiskowa – kapitan załamał ręce i jął chodzić w kółko, nie zważając na rozmówców. – Po co to wszystko? Dlaczego, do kroćset, ktoś was przemyca?

– Musicie nas zrozumieć – zaczął Luc, spoglądając to na Aterruna, to na jego ojca. – To dla nas zupełne zaskoczenie. Ale jeżeli mamy wyjść z tego cało…

Ściągnij tekst:
Strony: 12345678910

Powiązane wpisy

Fantazmaty. Tom II
Aktualności - 12 listopada 2018

Oto kolejny tom fantastycznych opowieści od Fantazmatów.

Do NOT follow this link or you will be banned from the site!