Maciej Musialik „Kirrimowie spłacają dług”

Opowiadania Cordeliane - 26 sierpnia 2015

Najemnik chciał spytać o to Merruna, ale nie zdążył.

– Pięć rakiet od rufy! – wykrzyknął nawigator. – Uderzenie za dwadzieścia sekund! Złapcie się czegoś!

***

Dowódca catangiańskiego niszczyciela wpatrywał się w monitory przedstawiające uciekający transportowiec.

– Kiedy będą w zasięgu ognia? – spytał pierwszego oficera.

– Za pół minuty, kapitanie. Szybko się zbliżamy.

– W porządku, wyrzutnie w stan gotowości. Dlaczego widzę tylko dwa pirackie statki?

– Trzeci próbował dostać się do luku, ale staranowali go kontenerem.

– A to ci numer – dowódca uśmiechnął się pod nosem. – Czy dlatego pozostali przestali atakować?

– Czekają na nas, mają za słabą siłę ognia. A Zgromadzenie kazało przechwycić ładunek lub zniszczyć cały statek.

– Wiem, co kazało Zgromadzenie. Jak tam odległość?

– Wchodzimy w zasięg.

– Świetnie. Odpalić pierwszą salwę!

***

Próbowali zrobić unik, ale nie udało się.

Najpierw oberwał napęd. W wyniku ataku jeden z czterech silników „Persefony” praktycznie przestał istnieć. Gdyby nie wzmacniane grodzie, eksplozja najpewniej uszkodziłaby ładownię, ale nikt nie miał wątpliwości, że ponowne trafienie w rufę statku skończy się tragicznie.
Na domiar złego rakiety uszkodziły generatory. Wszystkie światła na statku przygasły, po czym przeszły na zasilanie awaryjne. Mostek zalała złowieszcza, czerwona poświata. Twarze wszystkich zgromadzonych na nim ludzi wyglądały jak oblicza skąpanych we krwi upiorów. Jedynie ekrany nawigacyjne wciąż jarzyły się błękitnym, niebiańskim światłem. To, co pokazywały, nie wyglądało jednak zbyt optymistycznie.

– Straciliśmy pięćdziesiąt procent mocy.

– Jak ładunek? – spytał Ostrogoff.

– Na razie nietknięty – odparł nawigator. – Ale przy takiej sile ognia raczej nie przetrwamy drugiego ataku.

– Rozumiem.

Ale przetrwali. Pięć kolejnych rakiet rozorało prawą burtę, zniszczyło kolejny silnik i przebiło się do śluzy towarowej. Pirackie statki oddaliły się na bezpieczną odległość i stamtąd obserwowały tę egzekucję.

– Niszczyciel nas okrąża! – poinformował nawigator.

– Mamy możliwość manewru?

– Nie, silniki korekcyjne poszły w diabły.

– Więc możemy tylko czekać, aż tamci nas dobiją – Luc poczuł, jak opuszczają go wszystkie siły. „To koniec” – pomyślał. „I tak za długo mieliśmy fart”.

Potem jednak spojrzał na Kirrimów i coś go zaniepokoiło. Tamci zgromadzili się w kącie i nad czymś debatowali. Z uszkodzonej instalacji nad ich głowami raz po raz sypały się iskry, ale oni zdawali się nie zwracać na to uwagi.

Wtem Aterrun oderwał się od ich grupy, odstawił limira na podłogę i podszedł do kapitana.

– Mamy prośbę – oznajmił mu.

– Mianowicie?

– Czegokolwiek będzie pan świadkiem, proszę nam nie przerywać.

– Co takiego? – Ostrogoff miał niewyraźną minę. – Wybacz pan, ale nie rozumiem.

– Za kilka chwil się to zmieni – odrzekł Kirrim i ruszył z powrotem do swoich.

Po drodze zaczepił go Luc.

– Co chcecie zrobić?

– To, co trzeba – odparł Aterrun.

– Już wcześniej chciałem was spytać… Co takiego zrobiliście na Catandze, że ściga was nawet wojsko? Nie chodzi tylko o wasz sprzeciw, prawda?

Kirrim wbił w najemnika czujne spojrzenie. W tym czerwonym świetle przez chwilę wyglądał jak szaleniec przyglądający się nowej ofierze. Potem jednak uśmiechnął się blado.

– Chyba nie myślałeś, że moglibyśmy nie pomścić naszych zmarłych braci?

– A niech mnie, zabiliście kogoś z tamtych?

– Tylko tylu, ilu wymagała tradycja.

– Czyli? – ze zgrozą wychrypiał Luc.

– Na ilu starczyło nam sił – odparł Aterrun. – Kirrimowie zawsze płacą swe długi.

Po czym ruszył w stronę swoich.

Najemnik odprowadził go wzrokiem, nie wiedząc, co myśleć. Ludzie ci byli dlań zagadką. Z dezorientacją obserwował, jak członkowie klanu Szesnastu Skorpionów odkładają łuki i ustawiają się wokół starego Merruna, twarzami do siebie. Kapitan, nawigator i Gilbert również przyglądali się temu z niepokojem.

Tymczasem Kirrimowie chwycili się za ramiona i przez chwilę tkwili w kompletnym bezruchu.

A potem zaczęli tańczyć.

Krok w prawo, ugięcie kolan, podskok. Z sześciu gardeł wydobył się cichy, pierwotny pomruk. Groźna, złowieszcza wibracja. Krok w lewo, ugięcie kolan, skinienie głową.

Luc czuł, jak jeżą mu się włosy na karku, a w skroniach huczy krew. Obrazek, który się przed nim rozgrywał, był tak surrealistyczny, że w innych okolicznościach zapewne by go rozbawił. Ale nie tym razem.

Krok w prawo, ugięcie kolan.

Pomruk.

Jak przez grubą warstwę waty, najemnik usłyszał głos nawigatora.

– Idzie trzecia salwa!

***

Na mostku niszczyciela panowała cisza, mącona jedynie przez pikanie skanerów.

Pięć rakiet było już w drodze do celu. Przy odrobinie szczęścia nie będzie trzeba odpalać następnych. Z każdą sekundą zbliżały się do feralnego transportowca. Kapitan wpatrywał się w ekran, po którym sunęły punkty symbolizujące wystrzelone pociski.

– Dziesięć sekund do uderzenia – beznamiętnym głosem poinformował nawigator.

– Świetnie – mruknął dowódca. – Dokończymy to i wracajmy do domu.

– Pięć sekund. Nie, chwileczkę…

– Co jest?

– Pociski… one zniknęły – nawigator spojrzał na kapitana bezradnie, po czym ponownie wbił nos w monitor.

– Jak to „zniknęły”? To niemożliwe!

Ale rzeczywiście, punkty z ekranu gdzieś przepadły.

– Może to błąd skanerów? – dopytywał się dowódca. – Co mówią odczyty?

– Gdyby to był błąd, rakiety już by dotarły do celu, ale nie wyłapaliśmy żadnej eksplozji… A niech mnie! Ostatnie zapisy z czujników wskazują na jakieś wyładowanie elektryczne!

– Chcesz mi powiedzieć, że nasze pociski trafił piorun? – warknął dowódca. – W przestrzeni kosmicznej?

Mina nawigatora nie wskazywała na to, iż zna od odpowiedź na zadane pytanie.

Z pomocą przyszedł mu inny żołnierz, który z przejęciem zerwał się znad pobliskiego stanowiska radarowego.

– Kapitanie, powinien pan to zobaczyć!

– Co tam znowu?

– Sam nie wiem, ale dziwnie to wygląda.

***

– Powinniście to zobaczyć! – wykrzyknął nawigator.

– Tak? – zbliżył się Ostrogoff. Luc przywędrował w ślad za nim.

– Nie wiem, jak to możliwe, ale pociski wyparowały.

– Co? Niby jak?

– Chyba eksplodowały po drodze. Ale nie to jest najlepsze, niech pan spojrzy tutaj – nawigator wskazał palcem na schemat ich sektora. – Widzi pan tę plamę?

– Widzę, całkiem spora. Ile ma w rzeczywistości?

– Jakieś dwa kilometry wszerz. Pojawiła się praktycznie znikąd i sunie w naszym kierunku.

– Nieźle, ale co to jest?

– Cóż… – zająknął się nawigator. – Wygląda na to, że… chmura.

Ostrogoff głośno przełknął ślinę i z niepokojem spojrzał przez ramię na wciąż tańczących Kirrimów.

Ściągnij tekst:
Strony: 12345678910

Powiązane wpisy

Fantazmaty. Tom II
Aktualności - 12 listopada 2018

Oto kolejny tom fantastycznych opowieści od Fantazmatów.

Do NOT follow this link or you will be banned from the site!