Magdalena Kucenty „Co się stało z Mią Blue?” (2)

Sto­ją­ce­go obok Saula wy­raź­nie ze­mdli­ło. Pra­wie dwa metry chło­pa, le­d­wie się­ga­ła mu do pier­si, a chwiał się ni­czym trawa na wie­trze. Po­bla­dły, co kon­tra­sto­wa­ło z jego kru­czo­czar­ny­mi wło­sa­mi, by ustać, mu­siał o­przeć się o mur naj­bliż­sze­go bu­dyn­ku. Z jego miny można było wy­wnio­sko­wać, że zaraz zwró­ci śniadanie na swój no­wiut­ki płaszcz.

Kira za­cią­gnę­ła się smro­dem niby naj­cu­dow­niej­szym z aro­ma­tów i wy­buch­nę­ła grom­kim śmie­chem. Wie­dzia­ła, że męż­czy­zna pra­co­wał w Biu­rze już od wielu lat, cho­ciaż part­ne­ra­mi zo­sta­li do­pie­ro parę mie­się­cy temu. A to znaczyło, że musiał należeć do tych nie­ule­cza­nie wraż­li­wych.

– Co ty, zie­le­nie­jesz na widok roz­be­be­szo­nej skóry? – spy­ta­ła kpiąco. – Za­tkaj nos, gumiaku, od razu po­czu­jesz się le­piej.

Saul po­krę­cił nie­mra­wo głową.

– Nie, dam radę.

Ku roz­cza­ro­wa­niu Kiry, part­ner pu­ścił mimo uszu nie­tak­tow­ny zwrot. Gumiaki, czyli dusze połączone z powłokami, jak na chodzące trupy przystało, nie musiały specjalnie oddychać. A po zniszczeniu oraz wydrenowaniu z semikrwi stawały się sprę­ży­ste w do­ty­ku i od­strę­cza­ją­co cią­gli­we. Stąd nazwa – rów­nie po­wszech­na, co ob­raź­li­wa.

– Jak chcesz – prych­nę­ła hun­tria, kucając przy ciele. – Przy­po­mnij mi, kto ją zna­lazł?

– Anonim.

Kiw­nę­ła głową.

– No, tak. Dla­te­go nie ko­ja­rzy­łam.

Chwi­lę wsłu­chi­wa­ła się w szum desz­czu, ob­ser­wu­jąc szare kro­ple, spły­wa­ją­ce po twa­rzy ofia­ry. Sine usta zastygły w niemym krzyku. Ciem­ne, szeroko otwarte oczy ziały pustką, wpatrzone w pochmurne niebo. Kie­dyś to ciało mu­sia­ło wzbu­dzać po­żą­da­nie, ale teraz pre­zen­to­wa­ło się dosyć ża­ło­śnie – uło­żo­ne na ster­cie śmie­ci, z ordynarnie rozłożonymi nogami, w błysz­czą­cym różowymi ce­ki­na­mi sta­niku i rozciętej spódnicy.

– Dobra –  huntria wyciągnęła rękę w stronę ciała – nie będę się szczy­pać. Spraw­dzę ją na miej­scu.

Saul ma­ru­dził, że nie po­win­na do­ty­kać do­wo­dów, do­pó­ki nie po­ja­wią się pla­sty­cy. Że wpad­nie w ta­ra­pa­ty, jeśli wnik­nie zbyt głę­bo­ko.

Zbyła part­ne­ra milczeniem, kła­dąc dłoń na pierw­szej lep­szej dziu­rze w zwiot­cza­łym ciele, i przy­mknę­ła oczy. Prze­cież deszcz dawno zmył wszel­kie przy­dat­ne ślady.

Za­czerp­nąw­szy od­de­chu, wy­obra­zi­ła sobie, jak wcho­dzi w uszko­dzo­ną po­wło­kę. Potem roz­luź­ni­ła mię­śnie i oczyściła umysł, by swo­bod­nie po­dą­żyć ze strumieniem ukry­te­go we­wnątrz bytu, ale raptem ze­sztyw­nia­ła. Za­miast duszy, za­miast tego ko­lo­ro­we­go wiru myśli oraz wspo­mnień, pod po­wie­ka­mi ujrzała jedynie wy­zu­tą z barw ni­cość.

***

W Pie­kle słowo „śmierć” sta­no­wi­ tabu – ja na ten przykład nie używam go wcale. Nie dla­te­go, że – tak jak na Ziemi – budzi­ strach, ale z tę­sk­no­ty za speł­nio­ną na­dzie­ją. Bo po śmier­ci mogło coś być i prze­cież było. Choć ciała ludzi ob­umie­ra­ły, po krót­kim przy­stan­ku w pur­ga­to­rium ich je­ste­stwo, myśli oraz wspo­mnie­nia tra­fia­ły do ko­lej­ne­go świa­ta. Wy­ru­sza­ły na trud­no do­stęp­ną nie­biań­ską lub ła­twiej osią­gal­ną pie­kiel­ną wę­drów­kę. Py­ta­nie brzmia­ło: co potem? Co, jeśli dusza znik­nie i nawet hun­trie nie będą w sta­nie jej od­na­leźć?

Na­dzie­je drastycznie ma­la­ły.

***

Śledz­two w spra­wie Mii Blue zo­sta­ło za­mknię­te, zanim na dobre je otwar­to. Za­gi­nio­ną duszę albo ktoś wtło­czył do no­we­go ciała, albo ule­gła cał­ko­wi­te­mu uni­ce­stwie­niu. Pla­sty­cy twier­dzi­li, że zna­le­zio­ne zwło­ki nie no­si­ły śla­dów prze­no­sze­nia, więc w grę wchodziła tylko druga opcja. A to zna­czy­ło, że spra­wę przej­mo­wa­ła Sek­cja Druga – kry­mi­nal­ni.

Dzię­ki wy­zy­wa­ją­ce­mu ubio­ro­wi szyb­ko usta­lo­no miej­sce pracy ofia­ry – Mia Blue tań­czy­ła w klu­bie He­aven, znaj­du­ją­cym się przy skrzy­żo­wa­niu Pet­ter­son i Lum­ley. Za­gi­nię­cie ko­bie­ty zgło­szo­no ponad ty­dzień wcze­śniej, ale ko­mi­sarz przy­dzie­lił do po­szu­ki­wań inną huntrię. A ta, bez choć­by mru­gnię­cia po­wie­ką, dała sobie spo­kój ze śledz­twem. Nie chwyciła tropu, mimo że znik­nię­cia w klu­bie zda­rza­ły się po­dej­rza­nie czę­sto. Co zresztą nie dziwiło Kiry. W prze­ci­wień­stwie do niej, mało który funk­cjo­na­riusz zo­sta­wał po go­dzi­nach, czy­ta­jąc stare pro­to­ko­ły.

Również tego dnia wy­szła z Biura do­pie­ro póź­nym wie­czo­rem. Mrok zdą­żył już obu­dzić uwię­zio­ne w la­tar­niach ulicz­nych świe­tli­ki i zie­lon­ka­wy blask wy­do­by­wał z ciem­no­ści krzy­wi­zny ka­mien­ne­go bruku.

W dro­dze do He­aven po­gry­za­ła kan­dy­zo­wa­ne mrów­ki z pa­pie­ro­wej to­reb­ki. Spokojna, jak gdyby nigdy nic, za­czę­ła klu­czyć wą­ski­mi ulicz­ka­mi. Niecały kwa­drans póź­niej na­bra­ła pew­no­ści, że ma ogon. Cał­kiem po­kaź­ny ogon.

– Nie za duży je­steś na za­ba­wę w cho­wa­ne­go? – za­py­ta­ła pod­szy­tym drwi­ną tonem i od­wró­ciw­szy się na pię­cie, rzu­ci­ła po­gnie­cio­ną to­reb­kę pro­sto w śle­dzą­cy ją cień. – Co, Saul?

Mężczyzna zaklął, zbyt cicho jednak, by mogła zrozumieć słowa. A gdy wszedł w zieloną poświatę, szukanie emocji na jego twarzy okazało się równie daremne, co wyglądanie uśmiechu w kamiennym podłożu.

– Idziesz do­wie­dzieć się cze­goś o tej tan­cer­ce, praw­da? – spy­tał, pró­bu­jąc wy­cią­gnąć coś lep­kiego z wło­sów.

Kira wzru­szy­ła ra­mio­nami i ponownie skie­ro­wa­ła się w stro­nę He­aven.

– Nie twoja spra­wa, co robię w wol­nym cza­sie – wark­nę­ła, sta­ra­jąc się jak naj­szyb­ciej od­ma­sze­ro­wać.

Nie­ste­ty, Saul do­go­nił ją w parę se­kund. Jakby nie pa­trzeć, miał zde­cy­do­wa­nie dłuż­sze nogi.

– Nie ro­zu­miesz – stwier­dził ostro. – Chcę pomóc.

– To sobie chciej! Kto po­wie­dział, że po­trze­bu­ję po­mo­cy?

Zmru­ży­ła oczy, prze­szy­wa­jąc go zim­nym spoj­rze­niem. Ale kogo pró­bo­wa­ła oszu­kać? Nie miała szans wy­glą­dać groź­nie.

– Prze­py­tam ob­słu­gę, przy­ci­snę parę osób do muru, a ty w tym cza­sie bę­dziesz uda­wać zwy­kłą klient­kę – za­pro­po­no­wał dużo ła­god­niej­szym tonem. – W ten spo­sób mo­że­my do­wie­dzieć się cze­goś wię­cej.

Hun­tria za­ci­snę­ła usta w wąską kre­skę i zmierzyła partnera podejrzliwym spojrzeniem. Zachowywał się dziwnie. Dotąd robił na niej wrażenie osoby, która od­kle­pu­je swoje i idzie do domu, nigdy nie­za­drę­cza­na kosz­ma­ra­mi prze­szło­ści. Skąd to nagłe zainteresowanie tak bez­bo­le­śnie za­mknię­tą spra­wą?

– Dobra – rzuciła zaintrygowana huntria – ale jesz­cze raz zła­pię cię na swoim ogo­nie, to ode­tnę te twoje gu­mo­wa­te jądra i we­pchnę ci je do gar­dła!

Z nie­ma­łą dozą sa­tys­fak­cji spostrzegła cień wątpliwości malujący się na twarzy olbrzyma. Chyba jed­nak zdo­ła­ła go tro­chę na­stra­szyć.

***

Pełna bio­lu­mi­ne­scen­cyj­nych owa­dów kula bły­sko­wa krę­ci­ła się nad człon­ka­mi ze­spo­łu, oświetlając ja­skra­wy­mi ko­lo­ra­mi ich znu­dzo­ne ob­li­cza. Grali jazz, którego Kira szczerze nie cierpiała.

Basista, z nadłamanym papierosem między zębami, brzdąkał leniwie na strunach, biegnących od szyi aż po pas, i kiwając głową w rytm melodii, co chwila strącał na siebie popiół. Stojący obok bębniarz walił w swój po­kaź­ny kał­dun z nieco większą werwą, niektóre uderzenia podkreślając gromkimi beknięciami. Kolejny instrumentalista, bez otwierania oczu, niczym w transie sunął palcami po otaczającym go pierścieniu klawiszy, zwinnie omijając nitki strun porastających mu zewnętrzne organy instrumentalne. Dalej samotna kobieta-muzyk grała na wygiętej esowato rurze, która swój początek brała w krtani, zastępując rażąco nieobecne usta. Najwyraźniej dźwięki saksofonu stanowiły jej jedyny głos.

Jamę brzusz­ną ostat­nie­go członka zespołu wy­peł­nia­ła ro­ze­dr­ga­na mem­bra­na. Ten tylko chło­nął muzykę po­zo­sta­łych i wzmac­niał ją kil­ku­krot­nie. Mimo hałasu sprawiał wrażenie, jakby zaraz miał zasnąć.

Kira stała tuż pod sceną, dzi­wiąc się, że mózg jej jesz­cze nie wy­pły­nął nosem za spra­wą tej ośle­pia­ją­cej gry świa­teł oraz mu­zy­ki nie­ubła­ga­nie hu­czą­cej w uszach. Pod­słu­cha­nie cze­go­kol­wiek w ta­kich wa­run­kach było nie­moż­li­we.

Na szczę­ście hun­tria za­uwa­ży­ła, że część klien­tów co jakiś czas gdzieś wy­cho­dzi­ła – jak się oka­za­ło, do ka­me­ral­ne­go ogród­ka na za­ple­czu lo­ka­lu. Najwyraźniej wszechobecny dym oraz zgiełk nie tylko ją męczyły.

Ściągnij tekst:

Mogą Cię zainteresować

Antologia „Dragoneza” jest już dostępna
Aktualności MAT - 10 lutego 2019

Pierwszego lutego miała miejsce premiera antologii opowiadań „Dragoneza”.

Paweł Majka w Gdyni
Aktualności Fahrenheit Crew - 17 maja 2017

W najbliższy piątek (19 maja) w Bibliotece Gdynia odbędzie się spotkanie z…

Antologia „Dragoneza”

Pod koniec stycznia ukaże się antologia „Dragoneza” przygotowana przez ekipę Fantazmatów. Tematyką…

Do NOT follow this link or you will be banned from the site!