Bulgotowi Gulgotowi
Dzień zbliżał się ku końcowi. Elefantus co prawda poruszał skrzydłami miarowo, ale Kaspars słyszał, że oddech wierzchowca robi się ciężki i nierówny. Nie tylko z powodu zmęczenia. Stworzenie wyczuwało też nastrój jeźdźca.
— Czas na popas — mruknął chłopak pod nosem.
W oddali dostrzegł polanę w niewielkiej kotlinie. Dał zwierzęciu sygnał do lądowania i szybując, zatoczyli krąg nad wierzchołkami drzew. Gdy jego kopyta dotknęły ziemi, przeszli jeszcze kilka kroków, obserwując linię lasu — Kaspars wzrokiem, a elefantus uniesieniem trąby w kierunku nawietrznej. Obaj przez chwilę chłonęli zapach, wsłuchując się w odgłosy puszczy.
Młodzieniec zeskoczył z rumaka i uwolnił go od ciężaru sakw przytroczonych do siodła, a zwierzę na moment zbliżyło łeb do piersi jeźdźca, łasząc się jak źrebię. Chłopak poklepał go i pozwolił mu zabrać się do skubania soczystych łodyg.
Kaspars wyjął suszone mięso, bukłak z wodą, rozłożył pled i zapalił naftolampion. Rozprostował się na kocu. Mimo podenerwowania poczuł narastający głód.
Nagle elefantus uniósł łeb i niespokojnie parsknął. Chłopak wstał. Najpierw rozejrzał się dookoła. a potem popatrzył w niebo. Na wschodzie dostrzegł ruch. Ktoś zbliżał się do niego nierównym, niskim lotem.
Nieznajomy wylądował w odległości kilkudziesięciu kroków. Jego wierzchowiec oddychał ciężko.
— Witaj. Dobrze spotkać kogoś na takim pustkowiu. — jeździec zeskoczył i w milczeniu rozpiął uprząż swojego rumaka. W końcu ruszył powoli w stronę chłopaka.
Kasparsowi w słabnącym świetle zmierzchu wydawało się, że przybysz jest nieco wyższy od niego. Miał krótką brodę, którą pokrywała siwizna. Gdy podchodził, rozpiął podróżną pelerynę, odsłaniając szablę u pasa.
Chłopak intuicyjnie sięgnął po sztylet. Zrobił krok do tyłu dla zwiększenia dystansu, ale potknął się o własną sakwę i zachwiał. Na szczęście utrzymał równowagę.
Mężczyzna stanął i rzucił przelotne spojrzenie na dłoń Kasparsa opartą na rękojeści noża.
— Jestem Jan. Niech będzie pochwalony Kodeks. — wyciągnął prawą rękę na powitanie. Była opatrzona.
Młodzieniec się zawahał, ale podszedł do Jana i odwzajemnił gest.
— Pochwalony. Teraz i na wieki. Kaspars.
Uścisnęli dłonie, patrząc sobie w oczy.
Jan rozejrzał się dookoła. Na jego twarzy pojawił się grymas.
— Cały dzień w siodle. Muszę za krzak zrzucić balast.
Gdy wrócił, Kaspars podał mu bukłak.
— Masz coś na ząb? Zapłacę. — Jan otarł dłoń i sięgnął po napitek. Wziął głęboki łyk i popatrzył na mięso zawinięte w natłuszczony pergamin. Kaspars zauważył jego wygłodniałe spojrzenie.
— Częstuj się.
Usiedli wspólnie na pledzie chłopaka. Nieznajomy jadł niespiesznie. Jego wierzchowiec stąpał w pobliżu, miażdżąc w pysku liście młodego drzewa. Leśne muchy już zaczęły mu dokuczać, zwabione wonią potu.
— Lecisz z Północy? — zainteresował się Jan. — Pytam z powodu akcentu.
— Wracam na Święto Przesilenia, odwiedzam rodzinne strony. Uczę się w gildii murarskiej.
— Piękne są te północne chramy.
— Wolę nasze zamki. Chcesz tu obozować? — Kaspars popatrzył na rękę przybysza.
Jan pokręcił głową.
— Odpocznę trochę i lecę dalej.
Ucieka? — pomyślał chłopak.
Mężczyzna dostrzegł, że młodzieniec mu się przygląda, i popatrzył na wschód.
— Nie chcieli się rozliczyć, więc wziąłem, co moje — wyjaśnił, jakby czytał Kasparsowi w myślach. — Czas wracać do domu. Masz sportowego elefantusa — zmienił temat. — Południowa krew.
— Ale północne wychowanie — odparł Kaspars.
— Ścigasz się?
— Ścigałem… — Chłopak spuścił głowę.
— Ja nigdy się do tego nie garnąłem. Wolę oglądać.
— Chciałem startować w sztafecie Pochodni.
— Kontuzja? — zapytał Jan po chwili milczenia.
— Wolałbym kontuzję.
— Za młody? — Mężczyzna popatrzył na jasną karnację chłopaka i pierwsze oznaki zarostu.
— Nie — prychnął Kaspars poirytowany.
— To co? Zbałamuciłeś córkę trenera? A może żonę? He, he. Czy może przyłapałeś go na… — urwał, widząc, że młodzik nie ma ochoty żartować. — Dobra, przepraszam. Nie wtykam nosa w cudze sakwy.
— Nie pasuję do drużyny, za wolno robię zmiany. — teraz to Kaspars przerwał milczenie, nerwowo trąc dłońmi uda. — Taki pretekst. Po prostu w składzie nie chcą „Pół-nocnika”. Już wolałbym, żebyśmy zajęli ostatnie miejsce. Dawniej za mały, teraz nie stąd. — Zamrugał i odwrócił na moment głowę. — Wyrosłem. Jestem dość twardy — dodał.
Jan się zamyślił. Potem wstał i sięgnął po odłożoną wcześniej szablę. Wysunął broń z pochwy i z lekkim trudem umieścił owiniętą dłoń w zamkniętym jelcu.
— Może rozłupać hełm gwardzisty. Twardszej nie znajdziesz. — Mężczyzna przysiadł się ponownie.
— Hartowana — zauważył Kaspars.
Jan pokiwał głową.
— Ogniem i wodą, najpierw szybko. — Obracał lekko zakrzywioną głownię w świetle naftolampionu. — Potem płatnerz odpuszcza. Pieści ogniem, chłodzi, wolniutko, daje jej czas. Stal wciąż pozostaje dość twarda, ale już nie jest krucha ani łamliwa. Rozłupie nie jeden, lecz tysiąc zakutych łbów!
Jan schował broń. Przez kilka chwil trwali w milczeniu.
— Bycie człowiekiem z Północy to grzech? — Przybysz przerwał ciszę i sięgnął po następny kawałek suszonego mięsa. — Słyszałem, że ludzie tam się nie obrażają tak łatwo.
— Ludzi z Północy nie da się obrazić — odrzekł natychmiast Kaspars. — Dziadek tak mawiał. — Chłopak na to wspomnienie się uśmiechnął. — On pierwszy posadził mnie w siodle.
— Słusznie. Dobry miecz to skarb, ale uniki to życie. „Jesteś pchłą rozumu na elefantusie własnych emocji. Dosiądź go, nim zrobią to inni.” — dodał Jan z uśmiechem. — Mój bakałarz musiał mi to często powtarzać.
Starszy z mężczyzn rozłożył się zasycony jedzeniem. Nic nie mówili. Las śpiewał już nocną melodię, a elefantusy czasem wtrącały się parsknięciami w ten chór tysiąca głosów.
Kaspars spojrzał na swojego rumaka. Ten popatrzył na chłopaka. Zwierzę oddychało spokojnie przez krótką trąbę. Nie zwracało uwagi na żadną z much latających dookoła. Tylko ogon, niczym osobne stworzenie, raz po raz odganiał natrętów.
Niespodziewanie Jan podniósł się. Przywołał swojego wierzchowca nagłym gwizdnięciem. Założył pelerynę.
— Pora ruszać. — odwrócił głowę na zachód. — Dla mnie najważniejsze to dom, swoi. Żonę przytulić, z jej braćmi piwa uwarzyć. A tam — popatrzył na wschód — tylko robię swoje. Czasem zaboli. — Podniósł ranną dłoń. — Całą resztę zostawiam o tam. — Wskazał krzak, za którym niedawno kucał. Zaśmiał się i sięgnął do sakwy.
— Nie trzeba zapłaty. — Kaspars uniósł ręce w geście protestu.
— Weź chociaż to — mężczyzna wyjął małą fiolkę. — Dobre na nocne loty. Tylko nie wypij od razu.
Podali sobie ręce. Patrząc Janowi w oczy, chłopak stwierdził, że jednak dorównuje mu wzrostem. Przybysz zapiął uprząż rumaka. Dosiadł go i ukłonił się Kasparsowi na pożegnanie. Wypoczęty elefantus energicznie rozłożył błoniaste skrzydła i odlecieli w dalszą drogę. Tam, gdzie słońce i oba księżyce zniknęły już za linią wysokich drzew, zostawiając resztki pomarańczowego blasku.
Chłopak się odwrócił i spojrzał na wschodnią, ciemną stronę nieba. Jedna z niewielu gwiazd migotała na nim zielonkawo.
Jak oczy dziadka — pomyślał. — Może już dawno zgasła. Ale jej światło nadal tu jest.
Marc Fry

Maciej Lewandowski „Diabelstwò”
Czartyże powracają. Mroczniejsze. Niebezpieczniejsze. I nieprzewidywalne jak jesienna mgła… 19 listopada 2025…

Martyna Raduchowska „Szamanka od umarlaków”
Zapowiedź trzeciego wydania książki Martyny Raduchowskiej „Szamanka od umarlaków”, która ukaże się…

Juliusz „Q” Mróz – „10000845638”
Miejsce: odrapana klitka, graffiti na ścianach, butelki po piwie na podłodze, wszędzie walają się szpargały,…















Kraków
13.05.2026 - 17.05.2026
