Marcin Pągowski „Modlitwa za Gamar” (4)

Opowiadania Marcin Pągowski - 29 stycznia 2013

— To nie gwiazda, Azariesie — wyjawił Hedaard, kiedy wyśmiał się już do woli — a zaledwie zwykła kometa. Kawał głazu. I nie ma w niej niczego niezwykłego ani boskiego. Ta zresztą, o której mowa, bo wiele bywa widocznych na niebie, przelatuje obok nas co pięćdziesiąt cztery lata. Przylatuje i odlatuje bez boskiego udziału i celu. Groźba twoja zatem jest nie tylko pusta, ale i śmieszna, bowiem Jedyny nie ma takiej mocy, by mógł ją sprowadzić, czy też odesłać na swoje życzenie.

Poseł nie komentował ani słów władcy, ani obraźliwego tonu. Skłonił się tylko głęboko, głębiej nawet niż zamierzał, aby nie okazać zdenerwowania.

— Czucie i wiara silniej do mnie przemawiają niźli szkiełko i oko mędrca — powiedział ciszej, z nieco mniejszą pewnością siebie. — Trzy dni — uniósł wskazujący palec — a potem Gamar zostanie zniszczone. Przemyśl to, o dostojny. — Chciał już odwrócić się i odejść, zatrzymał go jednak głos Hedaarda.

— Powiedz mi, Azariesie, czy aż tak bardzo mnie nienawidzisz? Czy aż tak bardzo nienawidzi mnie Jedyny, że gotów jest zniszczyć największe miasto na świecie i sprowadzić zagładę na trzysta tysięcy ludzi, aby tylko mnie ukarać?

— Gamar tonie w grzechu. Przez ciebie ludzie odwrócili się od boga i śmią wątpić w jego istnienie, wszystko tłumacząc sobie rozumem, nie zaś cudem boskiego stworzenia. Miast oddawać się modłom i składać ofiary Bogu, nurzają się w grzesznych rozkoszach, zapominając o swych powinnościach oraz boskim planie. Grzech zaś trzeba zniszczyć i wypalić!

— Skazujesz zatem wszystkich na śmierć? Co jednak, jeśli jest pośród nich choć jeden sprawiedliwy, czy i on ma ponieść karę za grzechy innych?

— Choćby i było ich dziesięciu, Gamar zostanie zniszczone, jeśli się nie ukorzysz!

— Odejdź w pokoju, Azariesie, dość już wysłuchałem.

Kapłan ukłonił się raz jeszcze.

— Pamiętaj, wielki królu, trzy dni.

 

III.

 

— Jak się tu dostałaś?

Pytanie zadane zostało spokojnym, cichym głosem, ale Eudokia i tak struchlała. Sądziła, że nie było słychać skrzypu drzwi, gdy weszła, i że utonęła w głębokim cieniu, niewidoczna, z dala od okna. Myliła się. Jak w wielu innych kwestiach. Jak choćby w tej, że Hedaard jeszcze nie spał. Nie dostrzegła go, wchodząc do komnaty, choć siedział przy oknie i teraz wyraźnie widziała jego sylwetkę, odcinającą się na tle ciemnopurpurowych niebios.

— Nawet tutaj znajdą się tacy, których można kupić — odparła, starając się opanować drżenie głosu i dłoni. — Zwłaszcza jeśli zdaje im się, że nie czynią nic zdrożnego, a tak właśnie zapewne musiał pomyśleć ów strażnik, który mnie przyprowadził. Powiedziałam mu, że z pewnością zechcesz skorzystać z mych wdzięków, o królu…

Śmielej wyszła na środek sali i zamarła znowu, gdy z cichym pstryknięciem zapaliły się lampy, umieszczone licznie w szklano-żeliwnych kloszach na ścianach. Teraz król mógł dobrze przyjrzeć się jej zgrabnej figurze, aż nazbyt wyraźnie widocznej pod przejrzystą szatą, nie pozostawiającą pola do popisu wyobraźni. Ale i w wypadku Eudokii wyobraźnia była całkowicie zbędna. Była naprawdę ładna, ale nie była Ninsunu, zaś na zwykłą fizyczność Hedaard nie miał teraz czasu ani ochoty.

— Jakimże dziwnym jest on człowiekiem — powiedział, ni to do siebie, ni to do swego niespodziewanego gościa. — Grozi rzeczami wielkimi, a równocześnie ucieka się do małych i nikczemnych. Takiego posunięcia przecież spodziewałoby się nawet dziecko…

— Nie rozumiem… — jęknęła żałośnie, wyłamując palce.

— W jaki sposób miałaś mnie zabić? — zapytał Hedaard nieco głośniej, wplatając kciuk w sięgającą piersi trefioną brodę. — Naprawdę jesteś córką Jutama? Bo chyba nawet Azaries zdaje sobie sprawę, że księżniczki zdatne są do nieco innych rzeczy niż płatni łotrzykowie?

Uszy Eudokii zapłonęły czerwienią niczym u uczniaka przyłapanego na kradzieży jabłek w sadzie sąsiada.

— Podejdź bliżej, skoro już tu jesteś — zaprosił władca i odwrócił się w wielkim fotelu, znów zwracając twarz do okna.

Niewolnica zbliżyła się wolno, wciąż niepewna, cóż czynić : czy rzucić się do – beznadziejnego, zdawało się – ataku i próbować zranić króla paznokciami, pod którymi miała niezwykle silny jad, czy uciekać, czy czekać na rozwój wydarzeń, czy…

— No chodź, nie gryzę. Nalej mi wina… Sobie zresztą też, co ze mnie za gospodarz? Ale pamiętaj, jeśli do czegokolwiek dodasz truciznę, wiedz, że spożyjemy ją razem — zażartował i Eudokia poczuła się, jakby wpatrywał się w jej ręce, chociaż siedział odwrócony plecami.

— Niebo…! Jest całe czerwone! — wyszeptała z przestrachem, stając koło Hedaarda z dwoma kielichami w dłoniach.

— Taaak — władca przyjął puchar, upił łyk i wpatrzył się w widok za oknem. Znajdowali się na oszałamiającej wysokości, skąd miasto w dole zdawało się doskonałym rytem na wypalonej tabliczce z gliny. Eudokia wyraźnie widziała dwa ramiona oktogramu, na planie którego zbudowano Gamar, jedno rozcinające morze na wiele mil. Światła w dole migotały i pulsowały, odpowiadały im niezliczone ogniska, z ciągnących się po horyzont obozowisk sprzymierzeńców. Wyglądały niby odbicie gwiazd, tylko że na niebie nie było widać ani jednej. Łuna skrywała wszystkie, sprawiając, że krajobraz wyglądał iście nieziemsko. — Nie mogłem pomylić się ja, ani nikt z konstruktorów, liczyliśmy bowiem niezależnie. Kometa jest zdecydowanie bliżej nas, niż powinno wynosić jej perygeum.

— Co to znaczy…?! — ściśnięte gardło ledwie pozwalało dziewczynie na artykułowanie słów.

— Ni mniej ni więcej , że albo srodze się pomyliliśmy w obliczeniach, albo nie doceniłem zarówno kapłana, jak i mocy Jedynego. Może Azaries po prostu ma lepszych matematyków? Może wiedzieli o jakiejś zmiennej, o której ja nie wiem, i zwyczajnie wykorzystał moment?

Przez chwilę siedzieli w ciszy, zasłuchani w podmuchy wiatru na zewnątrz, dość, trzeba przyznać, gwałtowne na tej wysokości.

— Czyli ta gwiazda… kometa… uderzy w Gamar?

— Dokładnie pojutrze po zmierzchu, tak jak zapowiedział Azaries… Oczywiście, jeśli znów nie pomyliliśmy się w obliczeniach.

— Trzeba… trzeba coś zrobić! Uciekać! — jęknęła Eudokia, przypadając do nóg Hedaarda. Ścisnęła jego przedramię niby w cęgach, w życiu nie spodziewała się, że może mieć tyle siły.

— Nie mogę — odrzekł król z lodowatym spokojem w głosie, jakby rozmawiał nie o nadchodzącej zagładzie, a o nieurodzaju, który spotkał królestwo gdzieś poza skrajem mapy. — Wieża jest już prawie ukończona… Przynajmniej na tyle, by można było jej użyć. Jeszcze dzień, może dwa…

Ściągnij tekst:
Strony: 123456

Mogą Cię zainteresować

Przyszłość, która nadeszła
Recenzje fantastyczne MAT - 3 stycznia 2019

Istotną rolą literatury fantastycznej jest możliwość prowadzenia względnie swobodnych rozważań na różne…

L. Slatton „Nieśmiertelny Traci”
Fantastyka Fahrenheit Crew - 6 listopada 2006

Znakomita powieść historyczno-obyczajowa, której akcja toczy się w renesansowej Florencji na przestrzeni prawie 200 lat. Głównym…

Premiera „Spider-Man: Daleko od domu”
Film Fahrenheit Crew - 5 lipca 2019

Dzisiaj (5.07.2019) do polskich kin trafia „Spider-Man: Daleko od domu”.

Do NOT follow this link or you will be banned from the site!