Marcin Pągowski „Modlitwa za Gamar” (5)

Opowiadania Marcin Pągowski - 29 stycznia 2013

— Ale…! Ale… ci wszyscy ludzie, mieszkańcy Gamar! My! Wszyscy zginiemy w ogniu zesłanym przez Jedynego! Powinniśmy uciekać! Zaklinam cię, królu! — ostatnie zdanie Eudokia wykrzyczała, jakby kometa miała spaść na Gamar nie za dwa dni, a za chwilę.

— Uspokój się, dziewko! — Hedaard siłą posadził księżniczkę obok i zmusił do wypicia wina. — Nikt nigdzie nie ucieknie. Nie zapominaj, że od wczoraj jesteśmy w stanie wojny z… całym światem. Sępy zebrały się ze wszystkich stron i tylko czekają na nasz ruch. Jesteśmy od nich silniejsi, ale jest nas za mało. Gdybyśmy mieli więcej czasu, nie wątpię, że bylibyśmy w stanie pokonać nawet tak wielką armię, ale właśnie czasu nie mamy.

— Cóż więc mamy czynić?!

— Nic. Nic nie możemy uczynić.

— Ale… skazujesz nas wszystkich na śmierć!

Hedaard wzruszył ramionami i ponownie rozsiadł się w fotelu.

— Kiedyś wszyscy umrzecie — oznajmił pomiędzy łykami wina. — Równie dobrze pojutrze, jak w dniu, który każdemu wyznaczył los. Zresztą może właśnie pojutrze jest ten dzień?

— O panie mój, jak możesz być tak bezduszny?

— Cóż, ja dałem tym ludziom takie życie. Przez niemal wiek starałem się stworzyć w Gamar miejsce, gdzie mogliby żyć szczęśliwie, z dala od zawiści bogów i innych ludzi. Wydarłem bogom i naturze wiedzę i stworzyłem naukę. To pozwoliło uczynić życie wpierw znośniejszym, a potem przyjemniejszym. I wierz mi, właśnie to, a nie rzekome uzurpowanie sobie boskich praw, wzbudziło tak wielką zawiść. Nie starałem się zaprowadzić mojego porządku na całym świecie, choć mogłem. Byłem w końcu potężniejszy niż ktokolwiek. Pozwalałem ludziom żyć ich własnym życiem, dokonywać wyborów, minimalnie tylko nimi kierując i ograniczając ich prawem, by nie zezwierzęcieli. Wyznaczyłem pewne granice dobrobytu, których nie zamierzałem przesuwać, człowiek bowiem musi pracować choć trochę, inaczej gnuśnieje i wkracza na ścieżki ku samozagładzie, na które normalnie nigdy by nie wkroczył… Czy sądzisz, że moi poddani poradzą sobie w okrutnym świecie poza zewnętrznymi murami? Może niektórzy. Oni nie znają innego życia. Na zewnątrz byliby jak ślepe dzieci zagubione we mgle. — Przerwał, spoglądając na Eudokię. Słuchała oniemiała, z otwartymi ustami. — Myślisz, że nie rozważałem poddania miasta? Pakty zawiera się po to, by je złamać i tylko na to czekają ci wszyscy królowie za naszymi murami, szumnie zwący siebie sprzymierzeńcami. Czekają na bogactwa Gamar. Gdy tylko otworzymy bramy, rzucą się na nas jak sępy, byle tylko wycisnąć z techników i konstruktorów wiedzę. Bo to jest nasze prawdziwe bogactwo. Nie złoto, nie srebro, nie platyna. Nawet nie stal ani spiż. To wiedza. A gdy już ją posiądą, rzucą się sobie do gardeł, za nic mając to swoje przymierze, Azariesa, czy Jedynego! Zrujnują i zdepczą wszystko, co stworzyłem. Cóż więc lepsze? Powiedz mi! Szybka śmierć, której nawet nie poczują, czy rzeź i niewola na zewnątrz?

Umilkł gwałtownie. Wypił do końca wino i pozwolił kielichowi wypaść na podłogę z rozluźnionych palców.

— Błagam cię, panie, poddaj miasto.

— Nie sądzę, by to cokolwiek jeszcze mogło zmienić — powiedział bardzo cicho, przyłożywszy dłoń do czoła. — Wątpię, by Jedyny był w stanie zawrócić kometę. Nawet przy pomocy innych bogów, których istnieniu zaprzecza i których nazywa demonami. Nawet gdyby miał taką moc. Zbyt dobrze go znam. Za zniszczenie wybranego ludu, za Uraab… ziarna, nim zdążył zebrać plon, nie pozwoli, bym zebrał swój. Sądzę zresztą, że jest to porywisty wiatr, zesłany, aby zdmuchnąć świecę. Gdy kometa uderzy w Gamar, nie oszczędzi rozłożonych wokół wojsk. Fala uderzeniowa, jaka powstanie, zmiecie z powierzchni ziemi wszystko na przestrzeni wielu mil wokół. Morze wzburzy gigantyczny sztorm, potop zaleje wybrzeża nawet bardzo daleko stąd. Nie, nie tylko Gamar zostanie zniszczone dla wróżdy i kaprysu krwawego tyrana. I pomyśleć, że chciał, abym oddał za ludzi życie, ale dla zemsty nie zawaha się ich zniszczyć.

— Czy to… to koniec świata?! — wydusiła Eudokia z trudem. Pociemniało jej nagle w oczach i z trudem przychodziło jej nabranie kolejnego oddechu. — Czy ziemia zatonie w oceanie?

Hedaard przez chwilę patrzył na nią bez zrozumienia, potem się roześmiał.

— Ty myślisz, że ziemia jest płaska? Nie, nie zatonie, choć w pewnym sensie to i tak będzie koniec świata. Nie mam pojęcia, co się stanie, gdy kometa uderzy w ziemię, czy wyrzucony w górę pył na zawsze nie zasłoni słońca i nie zgasi przez to życia? Nie wiem. Nie jest aż tak duża, ale mam za małą wiedzę, by móc to przewidzieć. Niemniej Gamar jest stracone. Mamy za mało czasu, aby przebić się przez Azariesa i jego przyjaciół. Nie sądzę też, żeby udało się ich przekonać, że Jedyny nie zniszczy tylko miasta.

— Nie chcę umierać — wyszeptała dziewczyna cicho, bez łez.

Król wstał. Przez długą, długą chwilę, ze złożonymi na krzyżu dłońmi, patrzył na miasto. Żegnał się.

— Nie musisz — powiedział wreszcie, nie odwracając się od okna. — Mamy podziemny trakt, łączący miasto z kopalniami w górach Uratu. Powinnaś dotrzeć tam na czas, a masyw górski, jak mniemam, wystarczająco zatrzyma falę uderzeniową. Niemniej nie zatrzymuj się. Gdy tylko tam dotrzesz, uciekaj dalej. Uciekaj i pod żadnym pozorem nie oglądaj się za siebie, aż będziesz pewna, że jeszcze tym razem świat się nie skończył — uśmiechnął się smutno.

— A co z tobą, panie? Nie podążysz tam ze mną?

Hedaard milczał tym razem bardzo długo i gdyby nie poruszająca się wolno pierś, Eudokia pomyślałaby, że zamienił się w posąg.

— Spójrz — odezwał się w końcu, pozornie bez związku, wskazując jakiś punkt na niebie, tuż nad horyzontem — Nîbu właśnie wzeszła. Podobno stamtąd kiedyś przybyliśmy i tam po śmierci wszyscy mamy wrócić. I jedynie potępieni skazani są na uwięzienie w tym świecie. Po wieczność. Oczywiście, jeszcze nikt nigdy stamtąd nie wrócił, aby potwierdzić lub zaprzeczyć. Bardzo, bardzo chciałbym jednak wierzyć, że tak właśnie jest, bo wszelkie obliczenia zdają się potwierdzać, że Nîbu podobna jest naszej ziemi. Mam zamiar to sprawdzić i poszukać Ninsunu.

— Zamierzasz zatem oddać życie wraz ze wszystkimi, o królu?

— Nie… Wieża… Hmm, brama między światami, magiczny portal, nazywaj, jak chcesz, jest prawie gotowa. Mam nadzieję, że robotnicy i pełzaki zdążą ją skończyć na czas… i że zadziała. Zbyt wiele razy myliłem się ostatnimi czasy.

Ściągnij tekst:
Strony: 123456

Mogą Cię zainteresować

Gillian Anderson wystąpi w serialu „Amerykańscy bogowie”
Film MAT - 6 czerwca 2016

W weekend stacja telewizyjna Starz poinformowała, że do zespołu pracującego nad serialem Amerykańscy bogowie (American Gods)…

Kevin Hearne „Kołek na dachu”
Fantastyka MAT - 11 maja 2016

Autor: Kevin Hearne Tytuł: Kołek na dachu (Staked) Seria: Kroniki Żelaznego Druida (The…

Tanya Huff „Linia krwi”
Patronaty F-ta Fahrenheit Crew - 27 maja 2009

Zaczęło się od oślepiającej wizji słońca, która była najstraszliwszym z możliwych koszmarów… Wampir z halucynacjami –…

Do NOT follow this link or you will be banned from the site!