Zmarł Krzysztof KochańskiObrazek wstążki
Mapa Ukrainy
ISSN: 2658-2740

Michał Cholewa „Cień w eterze”

Opowiadania Michał Cholewa - 31 grudnia 2025
Źródło: generator obrazów AI Nano Banana

To już właściwie stało się fahrenheitową tradycją – od pierwszego do dwudziestego czwartego grudnia trwa Whamageddon, czyli adwentowa gra w nieusłyszenie (oryginalnej wersji) piosenki „Last Christmas”. W trakcie zabawy Michał Cholewa raczy swoich czytelników opowieścią. Autor kolejny raz pomyślnie przetrwał świąteczną nawałnicę George’a Michaela.

A ostatni dzień 2025 „Fahrenheit” przedstawia cały utwór, zatytułowany:

Cień w eterze

1.

Przez długi czas wierzyłem, że moja wojna skończy się w Anglii – w błocie pod Southampton, między magazynem a nabrzeżem, przy telefonie, który wiecznie nie działał. Oficjalnie wiedzieliśmy wszyscy, że prędzej czy później każdy trafi na kontynent, takie były rozkazy, taki był sens całego tego gigantycznego czekania. Nieoficjalnie większość z nas żyła małą nadzieją, że może akurat nasz kawałek układanki – ciężarówki, skrzynie, papiery – zostanie na zawsze po tej bezpieczniejszej stronie kanału. I wszystko wydawało się zmierzać w tę stronę: przez Anglię przetoczyły się wielkie przygotowania do lądowania, potem w lecie z hukiem ruszyła operacja Overlord, pogoniliśmy szkopów we Francji, wszyscy mówili, że teraz to już tylko czekać końca. Zatem czekaliśmy.

Ale od sierpnia niewiele się zmieniło. Nasze czołgi walczyły we Francji, każdego dnia bombowce szły nam nad głową zrzucać Niemcom pozdrowienia od Ike’a, spadochroniarze krwawili się gdzieś w Holandii w imię pomysłów Anglika Montgomery’ego. Przyjeżdżały nowe transporty, startowały nowe samoloty, nowe pułki wyruszały na kontynent. Z Southampton zabrali saperów i część sił ochrony portów, a nawet batalion łączności, gdzie służył Harry O’Connell, mój kumpel jeszcze z Bostonu. Wszyscy jechali na wschód, a wojna jakoś nie chciała się skończyć. I kiedy pewnego grudniowego ranka kazali mi spakować się w godzinę i zameldować na frachtowcu SS Nathan Hale w Tilbury, idącym z zaopatrzeniem do Antwerpii, zrozumiałem, że i na mnie przyszła pora.

Nathan Hale wyglądał jak wszystkie inne statki klasy liberty, które widziałem: niska, brzydka stalowa skrzynka z kominem przypominającym krzywy ząb. Na trap wlewał się wąski strumień ludzi – załoga, artylerzyści od dział przeciwlotniczych, masa ludzi od logistyki, takich jak ja, kilku rangerów, rozgadanych i pewnych siebie, jakby wysyłano ich już zdobywać Berlin. Łącznie może z trzystu ludzi. Ktoś klął, że znów mu zgubili torbę, ktoś szukał kolegi z innej jednostki. Słowem: mały, zagracony kawałek świata, który miał oderwać się od Anglii i przybić w innym miejscu tej samej wojny.

Wieczorem, kiedy holownik zaczął nas wyciągać w dół Tamizy, zrobiło się naprawdę zimno. Wiatr miał w sobie wilgoć, sól i węgiel, mieszał zapach morza z dymem z nadbrzeżnych fabryk, przenikał na wskroś. Mimo wszystko nie zszedłem pod pokład, ale pod nadbudówką, razem z kilkunastoma innymi osobami, zakuty w kurtkę i wełniany szalik, który dostałem do mamy jeszcze w Bostonie, chłonąłem moje ostatnie chwile w Anglii. Kilku paliło papierosy, poczęstowani przez majora artylerii przeciwlotniczej. Niektórzy cicho rozmawiali, ale większość milczała. Patrzyliśmy na brzeg Tamizy, gdzie było widać pojedyncze światła niezaciemnionych gospodarstw, pochylone, bezlistne drzewa czy sylwetki machających do nas ludzi. Za rufą, w górze rzeki, długo widać było jeszcze żółtą łunę dalekiego Londynu odbijającą się w niskich chmurach.

– Jeszcze nie tak dawno szkopy próbowały zatkać tę rzekę bombami – mruknął ktoś.

– Teraz mają większe problemy. Stary Ike popędzi ich może jeszcze do świąt.

Kilku żołnierzy zaśmiało się, mimo że żart był kiepski. Wiele razy słyszeliśmy, że wojna zakończy się do świąt. Ale teraz, na początku grudnia, już nikt w to tak naprawdę nie wierzył.

– Antwerpia to jednak tyły – powiedziałem tylko. – Może to nie Anglia, ale przynajmniej nadal nie na linii frontu.

Major obrony przeciwlotniczej tylko parsknął.

Wkrótce potem Nathan Hale dotarł do ujścia Tamizy. Białe klify Anglii pozostały za rufą, a przed nami otwierało się ciemne morze, dmące nam w twarz mroźnym wiatrem.

Noc na kanale była długa, dłuższa niż zwykle. Statek kołysał się monotonnie, nie na tyle, żeby wywołać wrażenie sztormu, lecz wystarczająco, by część ludzi zbladła i przycisnęła się do relingu. W mroku majaczyły ciemniejsze plamy innych statków konwoju. Gdzieś przed dziobem czasem wyłaniał się cień trałowca, z kolei w oddali od czasu do czasu błąkało się zielone światełko eskorty. Gównie jednak otaczała nas ciemność, dmuchał zimny wiatr, a wielka turbina parowa niestrudzenie dudniła w trzewiach Nathana Hale’a.

Daleko przed konwojem czekało już wybrzeże Belgii i mój nowy dom.

2.

Przez cały dzień konwój wlókł się w górę Skaldy, w wąskim, wyznaczonym bojami korytarzu wodnym, dodatkowo przeczesywanym przez trałowiec. Po obu stronach mieliśmy płaskie, niskie brzegi, mijaliśmy groble, zalane pola i pojedyncze domy stojące jak wyspy na wodzie. Co jakiś czas dało się też dostrzec rozbite betonowe skorupy zniszczonych bunkrów i stanowisk artylerii.

Ruiny zewnętrznej Antwerpii zobaczyłem dopiero pod wieczór, kiedy niebo było już granatowe. Pomiędzy zabudowaniami nabrzeża ziały wypalone place, pozostałości murów i zarysy fundamentów. Wyglądało to, jakby ktoś co parę przecznic wyrwał z miasta garść budynków, a ludzie uciekli, pozostawiając puste i ciemne zgliszcza. W pewnym momencie gdzieś daleko od strony miasta zabrzmiała syrena alarmu przeciwlotniczego. Za chwilę jeden po drugim obudziły się reflektory, rozcinając jasnymi smugami niebo. Rozległ się huk setek dział niczym niemilknący pomruk burzy.

– Walą dziewięćdziesiątki – powiedział major, którego poznałem wczoraj. Przypalił papierosa. – Pewnie stawiają zaporę przeciw V-1.

Zerknąłem na wieczorne niebo. Niemieckie latające bomby nie były – podobno – na tyle mądre, żeby trafić w pozostające w ruchu statki, a wielu w ogóle je lekceważyło. Ja jakoś nie umiałem.

– Proszę się nie martwić, poruczniku. – Mój rozmówca puścił w powietrze kłąb dymu. – Szkopy walą w port, nie w kanał. I w Antwerpii V-1 to akurat najmniejsze z naszych zmartwień.

Alarm nie był długi i zdążył już umilknąć, zanim zbliżyliśmy się do portu.. Było tu o wiele więcej życia niż w pustym, zrujnowanym krajobrazie, jaki mijaliśmy dotychczas. Nad brzegiem wyrastały całe lasy czarnych sylwetek dźwigów, zaś pomiędzy nimi sterczały maszty statków. Na brzegu tętniło życie – paliły się wojskowe światła, jeździły jeepy i ciężarówki, kręcili się żołnierze w różnych mundurach, belgijscy robotnicy ciągnęli ręczne wózki. Ktoś darł się po angielsku, ktoś odpowiadał po francusku, gdzieś słyszałem flamandzkie przekleństwa. Terkotały silniki, wykrzykiwano rozkazy, brzmiały gwizdki. Nathan Hale i pozostałe statki naszego konwoju przybiły do kei. Pachniało solą, ropą i czymś lekko przypalonym, czego nie potrafiłem nazwać. Zarzuciłem plecak, złapałem teczkę z rozkazami i zszedłem po trapie na mokry beton.

Pokierowano mnie do ciężarówki, na pace której pośród skrzyń siedziało kilku szeregowców. Stał przy niej sierżant z cygarem w kąciku ust, noszący oznaczenia 519 transportowego, 16 portu. Wkrótce i moje.

– Sierżant Barents, sir – przedstawił się głosem wprost wziętym z filmów gangsterskich.

– Brett Miller, przydzielony do kompanii B w 519-tym. – Uścisnąłem mu dłoń. Uchwyt miał jak imadło.

– To będzie pan moim dowódcą. – Zdawał się obciąć mnie oceniającym wzrokiem. – Miło poznać, sir. Zawiozę pana na kwatery. Niech pan wejdzie do szoferki.

Ruszyliśmy wzdłuż nabrzeża, mijając kolejne mola, rampy i sterty ładunków, gładko lawirując w intensywnym ruchu. Szybko opuściliśmy port.

Im dalej jechaliśmy, tym bardziej Antwerpia zaczynała przypominać miasto, a nie tylko doklejony do rzeki magazyn. Kamienice, witryny sklepów z oknami oklejonymi taśmą, plakaty w trzech językach. Tu i tam jakieś niewielkie drzewo, przy którym ktoś zapomniał, że toczy się wojna, i zostawił lampki – może od zeszłego roku. I przede wszystkim mnóstwo ludzi. Mimo że było już po zmierzchu, życie trwało tu na całego. Ludzie chodzili z siatkami, rowery dzwoniły, ktoś prowadził dziecko. Można było odnieść wrażenie, jakby niezbyt w końcu odległa linia frontu była tylko czymś w rodzaju niesprzyjającej pogody.

Wtedy ziemia szarpnęła.

Najpierw delikatnie, tak, że ciężarówka tylko się zachwiała jak po najechaniu na niewidzialny kamień. Potem nastąpił huk, pojedynczy, tłumiony przez zabudowę, ale na tyle ciężki, że poczułem go w mostku. Szyby w oknach po obu stronach ulicy zadzwoniły cienko. Barents przyhamował, na chodniku ludzie zastygli na sekundę. Jakaś kobieta przycisnęła do siebie torbę, jakby to ją miało ochronić. Ktoś się przeżegnał. Ale poza tym nic więcej, nikt nie krzyczał, nie uciekał. Po dwóch, trzech sekundach wszyscy po prostu ruszyli dalej jak gdyby nigdy nic.

– V-2 – mruknął sierżant, jakby mówił o numerze linii tramwajowej. – Przywyknie pan, sir.

O V-2 słyszałem już w Anglii, Hitler walił nimi stale do Londynu. Wielkie rakiety, szybsze niż wszystko, co mieliśmy, i całkowicie odporne na wszelkie pomysły naszej obrony przeciwlotniczej. Śmierć z nieba.

– Do tego da się przywyknąć? – zapytałem.

– Człowiek przywyka do wszystkiego. Zresztą z V-2 przynajmniej nie ma nerwów. Lecą szybciej od dźwięku. Jak pan je usłyszy, to znaczy, że nie czas na pana. A jeśli nie… – Wzruszył ramionami. – Dlatego nazywają Antwerpię miastem nagłej śmierci.

Odwróciłem się, szukając dymu. Gdzieś dalej, za dachami, zdawało mi się, że dostrzegam na tle nocnego nieba ciemniejszą smugę. Tyle zostało z czyjegoś domu, czyjegoś sklepu, czyjegoś planu na dzisiejszy wieczór.

Szkoła, w której kwaterował 519 batalion transportowy, była trzypiętrowym budynkiem z czerwonej cegły wciśniętym między dwie kamienice. Nad drzwiami widniało wykute po francusku motto, ale ktoś przybił pod spodem krzywą tabliczkę: “519-th TRANSPORT– HQ”. Na podwórku dymiła kuchnia polowa, w środku pachniało mokrą wełną, kawą zbożową i starym tynkiem. Korytarze pełne były ludzi – jedni z mapami, drudzy z brzęczącymi metalowymi talerzami, chochlą, jeszcze inni z papierosami, których oficjalnie nie wolno było palić w budynku. Klasy przerobiono na biura i kwatery. Przez uchylone drzwi widziałem kredowe tablice pokryte planami nabrzeży.

– Porucznik Brett Miller… – Kapitan, przed którym stanąłem, spojrzał w podane mu papiery – Cóż, witamy w Antwerpii. Nazywam się Pierce i na teraz dowodzę batalionem. Przejmie pan kompanię B, planowanie tras. Tu jest wykaz i plany na jutro. Sierżant Barents panu pomoże. To nasz najlepszy podoficer i pewnie pociągnąłby kompanię lepiej niż niejeden z nas. Śpi pan na górze z resztą oficerów.

– Tak jest.

– Odprawa o szóstej rano, tu, w tej sali. Dziś tylko proszę odebrać przydziały, poznać chłopaków i nie zgubić teczki. Schron jest w piwnicy, są tabliczki. Ale jak usłyszy pan huk bez alarmu, to biec nie ma sensu.

– Bez alarmu?

– Syreny wyją tylko na samoloty i V-1 – uśmiechnął się krzywo. – Rakieta spada szybciej niż ludzie dobiegają do drzwi. V-2 to kwestia szczęścia. Na to wpływu nie mamy.

– Rozumiem – odparłem. – I… Sir?

– Tak?

– Co się stało z moim poprzednikiem?

Kapitan Pierce spojrzał przez okno i wzruszył ramionami.

– Nie miał szczęścia.

Na drugim piętrze stały rzędy metalowych łóżek. Pośrodku dawnej klasy rozstawiono żeliwny piecyk, który z odległości metra wyglądał na martwy, a z bliska tylko na bardzo leniwy. Na tablicy ktoś nie do końca starł dziecięce bazgroły – pod rozwieszoną mapą nabrzeży widniał jeszcze kawałek koślawego kotka.

Zostawiłem plecak przy wolnej pryczy pod oknem, powiesiłem płaszcz na oparciu krzesła i zmęczony usiadłem. Z korytarza dochodził gwar, ktoś się śmiał, ktoś o coś kłócił. Gdzieś daleko odezwał się dzwon, nie wiedziałem, czy kościelny, czy okrętowy. Początek grudnia. Do świąt trzy tygodnie z hakiem. A potem, uśmiechnąłem się w duchu do nadal kiepskiego żartu, wojna już się skończy.

3.

Po odprawie i marnym śniadaniu w szkole wyekspediowano mnie do portu. Na razie tylko lepiej poznać teren. Osobiście zawsze jest lepiej niż z map, powiedział kapitan Pierce. – Trzeba wyczuć, jak działa ruch, którędy chodzą ludzie i gdzie powstają korki. Miał rację. Jak zawsze na rzekomo idealnie precyzyjnych mapach korpusu transportowego nic się nie zgadzało. Niektóre ulice były zamknięte, inne zawalone kontenerami, gdzie indziej stało stanowisko dział przeciwlotniczych, o którym nikt nie raczył nas zawiadomić. Włóczyłem się po nabrzeżu, nanosząc poprawki na mapę, aż więcej na niej było moich notatek niż oryginalnego druku. Mgła wisiała nisko, wszystko było sine i jednakowe, odgłosy pracy portu niosły się z mlecznej szarości.

W swojej wędrówce zaszedłem wreszcie między dwa składy stanowiące według rozkładu „trzecią główną drogę z 16 portu”. Ruch istotnie był tu mniejszy, a ulica całkiem szeroka. I kompletnie nieprzejezdna. Wszędzie na ziemi leżały kable i przewody. Tu i ówdzie pracowały generatory i sterczały w niebo anteny. Winowajców tej sytuacji zobaczyłem od razu – stała tu kryta brezentem ciężarówka z oznaczeniami korpusu łączności. Obok niej dwóch facetów lutowało coś przy pudle z lampami, trzeci zaś siedział ze słuchawkami na uszach i skrupulatnie zapisywał w wielkim notatniku w skórzanej oprawie.

– Hej, panowie, nie powinniście tu parkować – rzuciłem, podchodząc. – To jedna z głównych dróg z portu.

Jeden z nich, z oznaczeniami kapitana na ramieniu, odwrócił się do mnie i już gotowałem się do starcia ze starszym stopniem, ale na widok jego twarzy tylko się zaśmiałem.

– O’Connell? – powiedziałem z niedowierzaniem.

Uśmiechnął się szeroko, całym sobą, jak to miał w zwyczaju.

– Miller, a niech mnie!

Przerwał lutowanie, wytarł ręce o spodnie, podszedł i klepnął mnie energicznie po ramieniu.

– Myślałem, że utknąłeś na zawsze w Southampton.

– Wierz mi, wolałbym. – Rozejrzałem się dokoła, wskazałem na wóz. – Serio, Harry, jak wam tu wjedzie jakiś pięciotonowy geniusz z kwatermistrzostwa, to będzie po waszym sprzęcie. Powinniście się stąd zmywać.

Pokręcił głową.




Pobierz tekst:

Mogą Cię zainteresować

Adam Cebula „Demon w jednym bucie”
Felietony Adam Cebula - 7 października 2022

Putin zrobił kuku pisarzom literatury sensacyjnej. Pewnie minie jeszcze trochę czasu nim…

85 lat temu zmarł H. P. Lovecraft
Rocznice i urodziny MAT - 15 marca 2022

15 marca 1937 roku. zmarł przedwcześnie Howard Phillips Lovecraft.

Michał Cholewa „Ucieczka”
Opowiadania Michał Cholewa - 31 grudnia 2021

Od pierwszego do dwudziestego czwartego grudnia trwał Whamageddon – czyli adwentowa gra…

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *