24.
Wigilia Bożego Narodzenia powitała nas przejaśnieniem – po tygodniach ołowianych chmur niebo nagle rozstąpiło się jak kurtyna, odsłaniając lodowaty błękit. Na wysokości, gdzie powietrze jest cienkie jak szkło, sunęły ciemne sylwetki samolotów – eskadry Thunderboltów i wolniejsze, cięższe Maraudery – zostawiając za sobą białe żyły kondensacji. Miasto, wyziębione i zmęczone, stanęło na chwilę w ciszy, jakby samo wsłuchiwało się w donośny, pocieszający pomruk ich silników.
– Idą nad Ardeny – ucieszył się któryś z moich kierowców. – Wreszcie damy frycom popalić.
Chwilowo jednak nie wyglądało, żeby Niemcy stracili ducha. Alarmy szły cały dzień, rakiety waliły jak wściekłe, a pracować się wcale nie dało. Załoga „Nocturne”, już drugi dzień uwiązana do nabrzeża, była spięta i zdenerwowana. My głównie znużeni.
Wieczorem poszedłem na mszę w szkolnej sali pełniącej teraz rolę tymczasowej kaplicy, z obrazem Matki Boskiej przypiętym do tablicy i improwizowaną szopką wypełnioną znalezionymi w okolicy zabawkami, dziełem mechaników kompanii C. Prawdziwe święta miały być dopiero jutro, ale już i tak wielu chłopaków przyszło. Kapelan mówił o pokoju „który przewyższa wszelki rozum”. To było chyba to samo kazanie, które słyszałem w zeszłym roku. Po błogosławieństwie żołnierze przez chwilę stali w grupkach, potrząsali stwardniałymi od mrozu dłońmi, ktoś mruknął „wesołych”, ktoś inny tylko pokiwał głową. Wyszedłem pierwszy.
Miałem czas, więc zamiast grać w karty w świetlicy poszedłem na spacer. Nie bardzo wiedziałem, gdzie dokładnie idę, ale po dłuższym marszu nogi same zaniosły mnie na De Keyserlei. Ulica, choć powoli odzyskiwała życie po zeszłym tygodniu, nadal nosiła ślady zadanych wtedy ran. Witryny były zabite sklejką, szkło nadal chrzęściło pod butami. Między punktami Czerwonego Krzyża i prowizorycznymi zabezpieczeniami krzątali się sklepikarze, zamiatając pył z progów i stawiając w oknach świeczki wbrew obowiązującemu zaciemnieniu. Ograniczenie zgromadzeń do pięćdziesięciu osób, jakie wprowadzono po trafieniu w kino, również sprawiało, że to miejsce wydawało się niemal opuszczone.
Ruiny Rex nadal ziały jak otwarta rana – na krawędziach sterczały pionowe, wyszczerbione zęby murów, w środku zalegały połamane belki, stalowe pręty i szkło zlepione lodem. Pylon z literą „R” wisiał ponad tym wszystkim, groteskowo i jakby nienaturalnie. Wszedłem pomiędzy nie ostrożnie, stawiając kroki na szerokich płytach lodu, trzymając się krawędzi, gdzie śnieg był twardszy. Zmówiłem krótka modlitwę za tych, którzy tu polegli. Za Harry’ego.
Dopiero po chwili zorientowałem się, że nie byłem sam.
Major Fletcher stał na skraju leja, ramiona miał skrzyżowane, płaszcz zapięty pod samą szyję. Kiedy podszedłem, odwrócił się. Uśmiechnął się – nie wrogo, czy nawet złośliwie. Wyglądał wręcz na zadowolonego.
– Gdzie podział pan księgę? – zapytał, jakby zaczynał rozmowę od pogody. – Tak naprawdę?
Rozejrzałem się, odruchowo szukając wzrokiem żandarmów, ale nikt mu nie towarzyszył.
– Nie mam jej, sir – powiedziałem. – Nikt nie powinien jej mieć. Tak powiedziała profesor.
– Profesor – Fletcher skinął lekko głową. – Wybitna osoba. Ale za miękka dla tej wojny.
– Gdzie jest teraz?
Fletcher nie odpowiedział.
– Słyszał pan? – zagaił zamiast tego. – Bastogne się trzyma. Niemcy zwalniają. Nasz eksperyment się powiódł.
Spojrzałem w lej. Wyobraźnia podsunęła mi orszak cieni schodzący w dół. Tych, których przynieśliśmy na noszach, i tych, których mieliśmy tylko fragmenty. I jeszcze tych, których nigdy nie odnaleźliśmy. Ciemny, milczący korowód.
– Warto było? – spytałem. Słowo zachrobotało mi w gardle.
Fletcher nie oderwał wzroku od ruin.
– Ludzie ginęli tu cały czas – odparł. – Czy naprawdę nie warto było nadać temu chociaż odrobiny sensu?
– Skąd pan wie, że by zginęli, gdyby nie pańskie kręgi i cała reszta?
– Nie wiem – powiedział prosto. – Nie wiem nawet, czym dokładnie jest istota, z którą próbujemy się porozumieć. Ale wierzę, że usłuchała naszego wezwania. I dziś już wiem, że w Ardenach skruszyliśmy niemiecką zdolność do kontrataku. Że setki, tysiące naszych nie zginą.
– A jeśli to nie będzie wam posłuszne?
Cisza zawisła w powietrzu.
– Na ile zrozumiałem profesor Armitage, „To” nie jest nam posłuszne już teraz. My po prostu wiemy, co zwraca jego uwagę. – Obrócił się do mnie, pierwszy chyba raz w tej rozmowie.
– Stać nas na takie pakty z diabłem?
– Od samego odwracania wzroku nic nie znika. To było tu wcześniej. Będzie i po nas. Nie stworzyliśmy tego, a jedynie skierowaliśmy w inną stronę.
Zamknął usta. Można było niemal usłyszeć, jak zapada w nim decyzja, której i tak nie cofnie.
– Wojna – dodał – to zawsze pakty z diabłem. Zawarliśmy przecież już jeden, ze Stalinem, i wszyscy bili brawo. A wydaje mi się, że on jest stokroć groźniejszy niż cokolwiek, co spotkaliśmy tutaj.
– Nie wie pan, jak groźne jest „to tutaj”.
– Widzę skalę jego działania. – Wskazał najpierw na ruiny dokoła, a potem niebo, na dalekie, białe linie. – Wobec tego, co się dzieje, tego co robimy my, Sowieci, Niemcy i Japończycy, nawet jeśli wszystkie ofiary z całego miesiąca w Antwerpii i w Bastogne to jego robota… nadal nazwałbym tę istotę dość łagodną.
– I dlatego chciał pan jej złożyć ofiarę? Z tych ludzi, których miałem zawieźć do Bastogne?
Przez dłuższą chwilę major milczał, wpatrując się we mnie badawczym wzrokiem. Zastanawiałem się, czy znów powie coś o koniecznych poświęceniach, czy po prostu mnie zruga.
– Wczoraj zbombardowano bocznicę kolejową w Mechelen – powiedział zamiast tego. – Zupełnie niespodziewany rajd, niemieckie bombowce prawdopodobnie zabłądziły. Zginęło trzydzieści sześć osób. Osiemnaście z pańskiej listy.
Milczałem. Nie miałem pojęcia co odpowiedzieć. Przed oczami stanęli mi stłoczeni na pace ciężarówki cywile, piękno poranka, kiedy myślałem, że zabrałem ich w bezpieczne miejsce.
– Niektórych rzeczy nie da się zmienić. Tylko użyć. – Fletcher kontynuował spokojnie i cicho, jak nauczyciel tłumaczący coś niezbyt pojętnemu uczniowi. – Do zobaczenia, poruczniku. Wesołych świąt.
Odwrócił się i zszedł w stronę ulicy jak człowiek, który złożył już swoje życzenia i pamięta jeszcze, że ma dziś piętnaście innych rzeczy do zrobienia. Zostałem sam.
Z tyłu, za rumowiskiem, zebrało się kilkunastu Belgów zapalających świeczki. Śpiewali kolędę. Rozpoznawałem melodię “Let all mortal flesh keep silence”, choć słowa po flamandzku były zupełnie obce. Spokojna, pogodna pieśń kontrastowała z atmosferą ruin i masowej mogiły. Dźwięk niósł się po lodzie, odbijał od gołych ścian i wracał jak oddech. Pomiędzy jej tonami, w przerwach i pauzach, usłyszałem coś jeszcze. Cienką jak włos, znajomą linię melodii, której nigdy nie słyszałem w całości, a jednak znałem ją jak własny puls. Niebo na moment ściemniało – nie od chmury, raczej jakby światło się od nas odwróciło. I przez krótką, nieznośnie długą chwilę, mury dokoła pochyliły się nade mną, grubiejąc i przybierając formę, którą pamiętałem ze snu – potężnych wieżyc z czarnego kamienia wznoszących się nad martwym, zielonkawym światłem.
Zamknąłem oczy, odetchnąłem głęboko, aż zapiekło w płucach. Kiedy je otworzyłem, były tylko połamane belki, lód i ślady po butach. Kolęda trwała.
Niech wszelka ludzka pierś zamilknie, niech z drżeniem stoi w mroku;
Bóg – Pan zstępuje w nasze noce, cześć Jemu – w sercach, w kroku.
Przypomniałem sobie angielskie słowa pieśni. Z jakiegoś powodu, mimo pięknego brzmienia, jakoś dziś nie przynosiła otuchy, a tylko obawę.
Czy Fletcher miał rację? Czy rzeczywiście tylko słuchaliśmy i próbowaliśmy wróżyć, przesuwać po mapie szpilki, które dawno temu wetknięto w cudze życiorysy – i oszukiwać się, że to ma znaczenie?
Czy też obudziliśmy w pełni coś, co dotąd drzemało? I teraz jest już bliżej?
Czy będzie chciało więcej?
Nie wiedziałem.
Michał Cholewa
Pobierz tekst:

Adam Cebula „Demon w jednym bucie”
Putin zrobił kuku pisarzom literatury sensacyjnej. Pewnie minie jeszcze trochę czasu nim…

Finał – ostatni odcinek „Stranger Things”
Dzisiaj, w pierwszy dzień nowego 2026 roku, zakończyła się opowieść o grupie…

85 lat temu zmarł H. P. Lovecraft
15 marca 1937 roku. zmarł przedwcześnie Howard Phillips Lovecraft.















Wydarzenie wirtualne
20.05.2026
Warszawa