Mapa Ukrainy
ISSN: 2658-2740

Michał Cholewa „Cień w eterze” (2)

Opowiadania Michał Cholewa - 31 grudnia 2025

– Na wszystko mamy papiery. Od tygodnia jesteśmy na garnuszku SIGINT-u, a oni mają prawo siedzieć wszędzie, gdzie tylko chcą. – Pochylił się w moją stronę, jakby powierzał mi niesamowitą tajemnicę. – Rozumiesz, rzeczy tajne i niezwykle ważne.

– Wywiad sygnałowy. Nieźle – gwizdnąłem z podziwem. – Jesteś teraz szpiegiem?

– Mechanikiem szpiegów – odparł, wzruszając ramionami. – Przyjechali z Ameryki ze swoimi walizkami papierów i nawet jakimś profesorem. Stwierdzili, że potrzebują ludzi, którzy wiedzą, która strona kabla jest od czego. Połowę mojego batalionu już zgarnęli, a reszta pewnie niedługo dołączy. Ja też.

– Szukacie dywersantów? – Spojrzałem na wijące się po ziemi kable.

– Tak naprawdę to nie mam pojęcia. Jak mówiłem, tajność i cała reszta. Ale ich dowódca, niejaki Fletcher, wierzy, że da się namierzać V-2 dzięki pomiarom radiowym.

– To oni je naprowadzają radiem? – Myśl, że szkopy mogą kierować swoimi rakietami, wydawała się dość niepokojąca.

– No właśnie nie. – Wzruszył ramionami. – Ale Fletcher ma swoje wykresy, a ta profesor mu wtóruje. A jak ktoś przyjeżdża z Waszyngtonu, mówi „signal intelligence”, i jeszcze dodaje, że pomoże z V-2, to dowództwo armii dostaje spazmów.

Kiwnąłem głową. W sumie nawet potrafiłem to zrozumieć.

– Czyli nie dostanę swojej ulicy? – Wskazałem na wszechobecne kable i anteny.

– Na razie nie. Przykro mi, stary. – Rozłożył przepraszająco ręce.

Zdecydowanym ruchem skreśliłem na mapie „trzecią najważniejszą drogę z portu 16”. Moja robota właśnie stała się o stopień trudniejsza.

– Tak w ogóle – zapytał O’Connell. – Będziesz miał tu może więcej czasu? Spotkać się, pogadać? Znam dobre miejsce.

Umówiliśmy się na następny dzień w knajpce niedaleko ratusza i rozeszliśmy każdy do swojej roboty. Wracając w stronę szkoły, wybrałem dłuższą drogę. Raz, że chciałem opatrzyć się z miastem i nieco przyjrzeć temu, jak wygląda tu codzienny ruch. Dwa, że spacer po spokojnych, mglistych ulicach nie był taki zły, a na miejscu– byłem tego pewien– kapitan Pierce z pewnością przydzieli mi coś do roboty.

W miarę jak oddalałem się od portu, mijałem coraz mniej magazynów, a coraz więcej zwykłych kamienic z witrynami zasłoniętymi papierem i przypiętymi do poręczy rowerami . Gdzieś zadzwonił tramwaj, tu i ówdzie rozmawiały grupki Belgów, z otwartych, pełnych mimo wczesnej pory kafejek dobiegała radiowa muzyka, ktoś uchylił mi kapelusza. Z daleka wciąż słyszałem głuchy pomruk portu, ale tutaj wszystko było jakby przytłumione, jakby Antwerpia próbowała udawać, że jest zwykłym miastem w zwykły zimowy poranek.

Po kilkunastu minutach trafiłem na niewielki plac z dużym gotyckim kościołem z jasnej cegły wciśniętym między kamienice. Zza uchylonych drzwi sączyło się światło i cicha muzyka trwającego nabożeństwa. Zajrzałem do środka – miejsce było jasne od świec. Wydawało się takie spokojne. Ludzie klęczeli w ławkach, ktoś śpiewał adwentowy hymn, a nad wszystkim unosił się dźwięk organów. Kilku naszych stało z tyłu z gołymi głowami. Pewnie niektórzy przyszli tu tylko na chwilę się ogrzać, inni byli pogrążeni w modlitwie razem z Belgami. Przez moment miałem wrażenie, że wszedłem do innego świata, takiego, w którym grudzień to po prostu świąteczny miesiąc, a nie ruchy wojsk, tabele, alarmy przeciwlotnicze i pokreślone ołówkiem mapy. „Miasto nagłej śmierci” było tu po prostu zwykłym miastem, starym i całkiem urokliwym.

Zostałem chwilę, a potem wyszedłem cicho i ruszyłem dalej w stronę szkoły, w trochę lepszym humorze. Jeśli w tym mieście, mimo wybuchów i alarmów przeciwlotniczych, ludzie wciąż potrafią śpiewać na głos w kościele, to może rzeczywiście nie będzie aż tak źle. W dodatku spotkałem tu kumpla, a jeśli mu wierzyć, być może niedługo nasz zachwalany sigint wymyśli co zrobić ze szkopskimi rakietami. Może jednak miałem tu szansę na całkiem normalne Boże Narodzenie.

4.

Den Engel był małym barem na parterze dość urokliwej kamienicy, stojącej na rogu bocznej ulicy od ratusza. Było tu ciepło i tłoczno – stoliki ustawiono tak gęsto, że co chwilę ktoś kogoś szturchał łokciem. Zapach kawy zbożowej, piwa i tytoniu walczył o lepsze z wonią mokrych płaszczy. W rogu grał patefon.

Usiedliśmy z Harrym przy małym stoliku niedaleko okna pomiędzy trzema szeregowcami z obrony przeciwlotniczej i jakimiś Belgami, którzy grali w szachy na starej, zniszczonej szachownicy. Zamiast jednej z królówek używali ołowianego żołnierzyka. Natychmiast pojawiła się kelnerka – młoda, całkiem ładna i dobrze rozumiejąca angielski. Zamówiliśmy kawę.

– Tak naprawdę to zbożowa z cykorią. Wiadomo, zaopatrzenie – powiedział Harry, zdejmując hełm. – Ale tutaj smakuje nawet dobrze. No i atmosfera…

Odpowiedział mrugnięciem na podobny gest ze strony dziewczyny.

– Mruga do twojego stopnia, a nie do ciebie – skrzywiłem się z uśmiechem.

– Nie wiesz tego – odprowadził ją wzrokiem, a potem spojrzał na mnie – No to opowiadaj, Jak tam twoje ciężarówki?

Rozmawialiśmy trochę o Antwerpii, ale szybko zaczęliśmy wspominać stary obóz pod Southampton, gdzie każdy z nas po cichu liczył, że nie wyjedzie dalej niż do najbliższego pubu. I jeszcze Boston i dom, tak cholernie teraz daleki.

– A jak twoja kariera szpiegowska? – zapytałem, kiedy belgijska kelnerka przyniosła nam drugą niby-kawę.

Harry wyciągnął z kieszeni paczkę papierosów i położył na tacy, z której dziewczyna zestawiła filiżanki. Belgijka uśmiechnęła się promiennie.

– To samo, co zawsze, tylko z innymi naszywkami – powiedział. – Co jakiś czas wizytuje nas Fletcher i ta jego profesor, Armitage, naprawdę odjechana staruszka. Niby od łączności, ale książki ma jak wyciągnięte z muzeum. Dwóch ludzi je za nią nosi.

– Ach, te słynne traktaty radiowe z XII wieku?

– Dokładnie! – Wzruszył ramionami. – Ale wiesz, kto bogatemu zabroni? Kabli rozkładamy tyle, że niedługo każda ulica będzie nimi udekorowana i…

Urwał na moment, zmarszczył brwi, jakby wsłuchując się w szum rozmów dokoła i w teraz mocno przerywający patefon. Zamrugał gwałtownie, a potem sięgnął szybko do kieszeni.

– Harry?

Uderzenie przyszło sekundę później.

Mocny, ciężki huk jak cios pięścią w ścianę miasta. Szyby w oknie Den Engel zadzwoniły, z sufitu posypały się drobiny pyłu. Szklanki i filiżanki na stolikach zadźwięczały szkłem i porcelaną, stuknęło kilka figur przewróconych na szachownicy przy stoliku obok. Poderwałem się z miejsca, ale szybko dostrzegłem, że byłem jedyną taką osobą w knajpce.

– Kurwa… – mruknął jeden z dwóch szeregowców artylerii z soczystym teksańskim akcentem. – Znów.

– Za dworcem – osądził drugi, wyglądając przez okno na ulicę.

Dwóch Belgów poprawiło szachownicę, nasza kelnerka podniosła z podłogi dwie puste szklanki, które spadły komuś z brzegu stolika. Rozmowy, na chwile urwane, szybko wracały, jakby to, co się wydarzyło, było niczym więcej niż trzaśnięcie drzwiami. Powoli wypuściłem powietrze i usiadłem. Miałem wrażenie, że ciągle jeszcze dzwoni mi w uszach.

– Nie wiem, jak można się przyzwyczaić.

Harry nie od razu odpowiedział. Patrzył gdzieś ponad naszym stolikiem, jakby dalej nasłuchiwał.

– Słyszałeś? – zapytał w końcu.

– No chyba trudno było nie usłyszeć – zdziwiłem się.

Pokręcił głową.

– Nie o to mi chodzi. Jakby patefon…. – Odchrząknął, potrząsnął głową. – Nieważne. Pewnie mi się już wszystko zlewa.

– Zbyt dużo kaw z cykorią?

– I słuchania zakłóceń, tak.

Uśmiechnął się krótko, jakby przepraszająco i trochę lekceważąco. Dostrzegłem jednak, że wyjął z torby solidny notatnik w skórzanej oprawie i szybko zanotował kilka słów, coś podkreślił. Złapałem tylko pojedyncze słowo: „czas”. Miałem właśnie o to zapytać, ale wtedy odezwało się wycie syren – najpierw jednej, gdzieś dalej, potem drugiej bliżej, wreszcie całego chóru. Gdzieś nad dachami usłyszałem znany z Anglii warkot silników latających bomb.

Tym razem nikt nie udawał, że nic się nie dzieje. Dwóch żołnierzy z pelotek natychmiast poderwało się z miejsc. Kilku Belgów już też wstawało, zgarniając płaszcze, ktoś pośpiesznie kończył piwo, inni już przepychali się do wyjścia. W powietrzu brzmiały flamandzkie słowa, ciche przekleństwa i kilkakrotnie powtarzające się „schron” i „V-1”, wymawiane z tak ciężkim akcentem, że prawie nie brzmiało jak angielski.

Harry schował notatnik, dopił jednym haustem resztkę kawy i razem z resztą gości pociągnęliśmy do drzwi, w gęstniejący dźwięk syren i przetaczające się po niebie gromy naszej artylerii.

5.

Tego dnia w porcie moim kierowcom szło podejrzanie sprawnie. Kiedy tuż przed świtem do nabrzeża przybiły trzy kanciaste sylwetki transportowców, kompania B była już gotowa. Mieliśmy wyznaczone trasy i trasy zapasowe – wszystkie omijające usłana kablami i antenami drogę Harry’ego i jego kolegów z wywiadu. Rozładunek również zaczął się o czasie, jeszcze w rozświetlonej lampami ciemności zimowej nocy. Oficerowie wykrzykiwali rozkazy, Belgowie nosili skrzynie jak mrówki, nikt nie blokował nam drogi i wszystko szło zgodnie z rozkładem. Chwilowo pozbawiony zajęcia, stałem przy jeepie z sierżantem Barentsem. Paliliśmy: ja papierosa, on cygaro, i popijając ciepłą kawę z termosu walczyliśmy z grudniowym mrozem.

Tak minęło mi kilka godzin, aż mglisty poranek przeszedł w odrobinę mniej mglisty dzień. Gdzieś niedaleko ktoś puścił trzaskające zakłóceniami radio i do odgłosów gwizdków, silników i pokrzykiwań w kilku językach doszły przyjemne dźwięki muzyki – szły akurat przeboje BBC.

– Glenn Miller. – Barents pokiwał z uznaniem głową puszczając w powietrze kłąb cygarowego dymu. – „Moonlight serende”. Dobry kawałek.

– Rzeczywiście. – Wsłuchałem się w melodyjne brzmienie puzonu walczące o lepsze z zakłóceniami.

– Jakiś pana krewny?

Zaśmiałem się. Na tej wojnie nie było tygodnia, żeby ktoś nie zapytał mnie o Millera.

– Niejednemu psu Burek, sierżancie.

Pośród zakłóceń rozbrzmiewała właśnie „In the Mood”, kiedy walnęła pierwsza tego dnia rakieta. Załomotało, w niebo nad miastem poszedł obłok dymu, a beton pod rampą jakby drgnął. Nikt na nabrzeżu niemal nie zwrócił na to uwagi, ot, rozległy się przekleństwa i kilku ludzi spojrzało w niebo. Ja sam złapałem się na tym, że moją pierwszą myślą było „daleko, nie wpłynie nam na trasy” niż jakakolwiek o ludziach, którzy byli w miejscu trafienia niemieckiej rakiety.

Chyba rzeczywiście zaczynałem się przyzwyczajać.

Druga V-2 spadła koło południa, niecałą godzinę po tym, jak wyszliśmy ze schronu po wcześniejszym alarmie przeciwlotniczym i zwijaliśmy się jak w ukropie, by nadrobić straty czasowe. Uderzyła daleko na przedmieścia, na zachód od portu. Trzecia i czwarta nadleciały jeszcze przed końcem mojej służby. Obie upadły gdzieś w centrum, za dworcem.

– Walić, walą – skomentował Barents patrząc na unoszący się znad miasta pióropusz dymu – ale celować na szczęście nie umieją.

– Centrum miasta. Ktoś pewnie by się z wami nie zgodził, sierżancie.

– Znaczy komuś faktycznie zameldowało się w salonie – przyznał sierżant. – Ale jakby Hitler mógł, to każda V-2 szła by prosto w port.

Miałem odpowiedzieć, kiedy nagle coś mnie tknęło. Mój wzrok przyciągnęło dwóch Belgów, którzy wychodzili ze schronu przeciwlotniczego tuż przy nabrzeżu. Jeden był starszy i chudy niczym szkielet, drugi, najwyżej dwudziestoletni, był muskularny i z dziwnie przekrzywioną czapką. Samo w sobie nie było to niczym dziwnym i aż zmarszczyłem brwi, zastanawiając się, co właściwie zwróciło moją uwagę. Dopiero po chwili uświadomiłem sobie dwie rzeczy. Po pierwsze, dokładnie tych samych Belgów, kościstego i czapkę, widziałem wychodzących stamtąd za każdym razem po uderzeniu niemieckiej rakiety. Po drugie, obaj teraz, wracając do pracy, zaczęli od podniesienia swoich porzuconych wózków.

Porzuconych. Nie odstawionych na bok, tylko porzuconych na nabrzeżu, zupełnie jakby tragarze nagle przerwali pracę i uciekli.

Poleciłem Barentsowi, żeby pilnował rozładunku, a sam poszedłem w ich stronę.

– Panowie – zastąpiłem im drogę i wskazałem na wózki. – Nie możecie ich zostawiać na środku rampy i robić sobie przerwy według własnego widzimisię.

Młodszy spuścił wzrok, starszy pomachał przecząco rękami.

– My nie przerwa… – powiedział powoli, wyraźnie walcząc z angielskim. – My… schron.

– Schron? – uniosłem brwi. – Nie było alarmu.

Starszy wyraźnie zawahał się, spojrzał na młodszego towarzysza. Teraz dopiero dostrzegłem, jak bardzo byli do siebie podobni. Wreszcie wskazał na kanciapę dla oficerów, skąd pośród trzeszczenia zakłóceń dobiegały melodyjne dźwięki „St. Louis Blues March”.

– Nie wojsko – poprawił młodszy, ten z krzywą czapką. – Słychać, że idzie. W muzyce. W szumie.

Spojrzałem w stronę kanciapy. Radio trzaskało znajomo, dwóch podoficerów piło parującą herbatę z termosu.

– Muzyka? – Uniosłem brwi. – Tamta muzyka?

– Nie ta muzyka – odparł starszy. – Inna. Krótko… Pomiędzy.

Potrząsnąłem głową i skrzywiłem się z niedowierzaniem.

– Ale w radiu?

– Tak. – Pokiwał ten starszy z przekonaniem. – Radio. Muzyka z radia, a z tyłu ta druga.

Westchnąłem. W dźwiękach muzyki Millera faktycznie było słychać zakłócenia, ale nie kryły w sobie żadnej melodii oprócz pogłosów „St Louis Blues March” i zakłóceń wysłużonego odbiornika.

– Dobra – powiedziałem, decydując się uciąć rozmowę. – Jak następnym razem usłyszycie swojego śpiewaka, najpierw odstawcie wózki na bok, a potem dopiero lećcie do schronu. Nie chcę, żeby mi tu ktoś wjechał w amunicję, bo radio wam fałszuje.

Uśmiechnęli się blado, kiwnęli głowami i odeszli szybko, prawie truchtając za wózkami. Zostałem zakłopotany na zatłoczonym nabrzeżu. Dopiero po chwili, kiedy po ulicy przemknęła ciężarówka korpusu łączności, wpadłem na oczywiste rozwiązanie: Harry i jego anteny. Przecież sam mówił mi o tym, że jego batalion zajmuje się pracą nad sposobem wykrywania niemieckich rakiet. Pewnie ich sprzęt w jakiś sposób interferował z radiem.

Byłem tak pewien swojego rozwiązania zagadki, że pytanie, dlaczego właściwie o rakietach wie dwóch przypadkowych Belgów na nabrzeżu, a nam nic o nich się nie mówi, w ogóle nie przyszło mi do głowy.

6.

Tego dnia robota w porcie skończyła się przed czasem. Dostałem więc, łaską Pierce’a, prawie pół dnia wolnego. Tylko że, musiałem przyznać, nie wiedziałem, co z nim zrobić. Udałem się zatem do punktu stacjonowania batalionu łączności, by poszukać jedynego znanego mi niemal mieszkańca Antwerpii – O’Connella.

– Co tu można zobaczyć? – zapytałem, kiedy udało mi się go złapać. – Wiesz, jeśli się nie chce oglądać nabrzeży i koszarów?

– Byłeś w centrum? – zapytał po namyśle. – Tam się toczy całkiem normalne życie, takich kafejek jak Den Engel mają chyba ze sto, a to tylko początek. Mam czas po drugiej, jakby co, pokażę ci.

Niedługo potem jechaliśmy już tramwajem do centrum. Kojarzyło mi się to z normalnością, życiem zupełnie poza wojną. Takie samo wrażenie miałem, spacerując po Londynie. Wagon podskakiwał na złączach szyn, ktoś śmiał się za naszymi plecami, ktoś szarpał się z siatką, która utknęła w drzwiach. Harry trzymał się poręczy i patrzył przez zaparowane okno na przesuwającą się ulicę. Na słupie ogłoszeniowym wisiał świeży afisz, zapowiadający spektakl teatralny.

– Dancingi, rewie, teatr, kina, co chcesz – powiedział. – Prawie jakby nie było wojny.

– Oprócz rakiet?

– Oprócz, tak – przyznał. – Najlepsze jest kino, ściągają masę filmów od nas, miejscowi to kochają. I nie tylko oni. Amerykanin, Brytol, Belg, cywil czy wojskowy, każdy chce oglądać, jak Gary Cooper rozwala Indian.

Tramwaj zwolnił, potem prawie stanął. Przez zachlapane szyby zobaczyłem plac – nieregularną, jaśniejszą łatę asfaltu, zarys kręgu, jakby ktoś coś wielkiego wyrwał i wstawił na miejsce nowy kawałek ziemi. Na środku, tam, gdzie tor robił lekki łuk, stała ciężarówka łączności i bęben z kablem. Kilku chłopaków rozstawiało antenę, a wysoki, chudy oficer przechadzał się powoli po placu, trzymając w ręku metalową ramkę na długim uchwycie. Obok niego stała drobna, starsza kobieta w cywilnym płaszczu i berecie, za którą dwóch szeregowców niosło naręcze książek.

– To nie twoi? – Szturchnąłem Harry’ego łokciem.

Harry spojrzał w dół, w stronę placu, kiwnął głową.

– Ten. co wygląda, jak strach na wróble, to właśnie major Fletcher. Ta druga, chuda, w płaszczu i berecie, to profesor, o której ci mówiłem. Gdzieś z Nowej Anglii, chyba Miskatonic. Nazywa się Armitage. Prawdziwa dziwaczka.

– I co tu robią?

– W listopadzie rakieta skosiła w tym miejscu tramwaj. W godzinach szczytu. Ciała zbierali szufelką. No i od tego czasu Fletcher się tu kręci. My rozstawiamy anteny, on i jego ludzie wypytują miejscowych, a profesor chodzi i stawia znaki kredą.

Spojrzałem na grupę zebraną wokół ciężarówki łączności. Chuda naukowczyni właśnie pochyliła się nad ziemią. Trzymała coś w ręku – wyglądało to bardziej na gałąź niż jakiekolwiek urządzenie.

– Ale po co to wszystko? Znaczy, mówiłeś o namierzaniu rakiet, jednak tutaj przecież walnęło już dawno?

Harry spojrzał na łącznościowców z niepewną miną.

– Wiesz, ta profesor, Armitage, ma teorię… Że taki atak powoduje jakiś ślad, czy coś, który można namierzyć. I ten ślad zostaje – zrobił gest, jak czarodzieje z wesołych miasteczek. – No wiesz, jakieś magiczne mumbo jumbo z książek.

Tramwaj powoli opuszczał plac, choć widziałem jeszcze grupę żołnierzy otaczającą Fletchera i Armitage. Kable z ciężarówki łączności szły promieniście na boki, ginąc pod krawężnikiem.

– U nas na nabrzeżu miałem takich dwóch – przypomniałem sobie. – Mówili, że słyszą w radiu jakąś melodię w szumach. Dokładnie przed tym, jak coś walnie. Myślałem, że to wy.

Harry obrócił głowę, uniósł lekko brew.

– Melodię? – spytał ostrożnie.

Opowiedziałem mu w skrócie o kanciapie przy rampie ze starym radiem na skrzynce i dwóch robotnikach. O tym, że mówili o czymś w szumach, tuż przed hukiem. Przez chwilę nie komentował. Tramwaj jechał już ulicą, a Harry dalej patrzył zamyślony w stronę placu.

– Pokażesz mi tych ludzi? – zapytał w końcu.

Wzruszyłem ramionami.




Pobierz tekst:

Mogą Cię zainteresować

Michał Cholewa „Ucieczka”
Opowiadania Michał Cholewa - 31 grudnia 2021

Od pierwszego do dwudziestego czwartego grudnia trwał Whamageddon – czyli adwentowa gra…

Michał Cholewa „Sabotaż funkcji celu”
Opowiadania Michał Cholewa - 31 grudnia 2023

Od pierwszego do dwudziestego czwartego grudnia trwał Whamageddon – czyli adwentowa gra…

Jak pudełko czekoladek
Recenzje fantastyczne nimfa bagienna - 16 marca 2015

Tytuł: „Światy równoległe” (e-book) Autorzy: Michał Cholewa, Katarzyna Rupiewicz, Szymon Gonera, Anna…

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *