Zmarła Dominika RepeczkoObrazek wstążki
Mapa Ukrainy
ISSN: 2658-2740

Michał Cholewa „Korekta założeń” (3)

Opowiadania Michał Cholewa - 31 grudnia 2024

Moi klienci chyba odrobinę przesadzili z nowym, pełnym znajomych życiem córki – albo po prostu wcześniej była prawdziwym odludkiem. Aktywność sieciową Agnieszki można uznać co najwyżej za niewielką i nie wygląda na to, aby jej funkcjonowanie w świecie fizycznym było drastycznie inne.

W biurze podróży, gdzie pracowała, była częścią działu sprzedaży. Trochę w związku z tym jeździła po kraju, ale niezbyt dużo. Ostatnio faktycznie wyjechała na trzy dni za granicę, ale opublikowała z tego tylko kilka zdjęć. Miała też zarezerwowaną na marzec kolejną wycieczkę – do Norwegii. Wyraźnie cieszyła się na nią, bo kilka razy wspominała o niej na chatach i wrzuciła jedno video na ten temat, a na jej dysku leżało kilkanaście książek o tym kraju, połowa w różnych fazach czytania. Dziwne wrażenie – widzieć czyjeś plany, które nigdy się nie zrealizują.

Sporo czytała, naprawdę sporo jak na dzisiejsze standardy. Książek zamawiała na potęgę, cały jej feed reklamowy składał się głównie z tego. Biegała i ćwiczyła – ale tylko w domu. Jej najdroższym posiadanym sprzętem, jeszcze do końca nie spłaconym, była nowoczesna bieżnia z systemem VR. Zamieszczała trochę zdjęć z targów, garść rolek z treningów, widoków miasta opatrzonych poetyckim komentarzem. Było i kilka selfie i krótkich rolek zrobionych przed teatrem i operą. To przez książki i teatr właśnie złapała swoje influencerskie fuchy – jakieś recenzje, polecanki, jedna czy druga rozmowa z autorem. Nie znałem się ani na literaturze, ani sztuce, ale wyglądało to całkiem fachowo. Wydaje się, że Agnieszka miała sporo i wiedzy, i radości z tego, co robiła. Pewnie nawet mogłaby zrobić na tym karierę – być może nawet zaczęła ją robić przez swój chyba niezrealizowany kontrakt z LM. Może mogłaby być nową dziewczyną w puchatym swetrze?

Na zdjęciach zawsze była sama, a jej dialogi z sociali wskazywały, że z nikim dużo nie rozmawiała, choć niewątpliwie nie miałaby problemu, żeby poznawać ludzi. Zdawała się typem osoby samotnej, która samotność raczej lubiła. Nawet z rodzicami nie miała zbyt dużego kontaktu.

Patrząc na życie Agnieszki przez jej komputer i logi – żyła nie na pokaz. Kiedy niechciana uwaga nadeszła, zrobiła wszystko, o czym mówią poradniki policji i tak, jak trzeba. Tylko że to najwyraźniej  nie pomogło. Dziś często tak bywa.

Brajan Miekier po raz pierwszy zagadał do niej pół roku temu. Aż dziw, że w ogóle się nią zainteresował, ostatecznie w sieci łatwo znaleźć dużo bardziej błyszczące cele. – Sam  nie wygląda mi ani na bywalca teatrów, ani na mola książkowego. Początkowo pytał o podróże, mówiąc, że jest klientem biura podróży. Rozmowy jednak szybko stały się dziwne i Agnieszka przestała odpowiadać. On pisał dalej, głównie ślinił się do jej zdjęć i prosił o spotkanie. Kownacka albo nie odpowiadała, albo prosiła o zostawienie jej w spokoju. Kiedy to nie pomogło, zablokowała go, od razu wszędzie. Kilka razy próbował odnowić kontakt, ale za każdym razem napotykał na kolejny blok. Potem – jak zrozumiałem z akt policji, mniej więcej wtedy kiedy przeniósł się do jej klatki – dziewczyna wykupiła panic button i kamerę.

Te, które jej nie pomogły.

Przeglądam wszystko, logując każdą aktywność i ślad dla policji. Piszę wiadomości do wydawców i dwóch teatrów, z którymi Agnieszka miała umowę. Standardowa formułka “W wyniku niespodziewanej i tragicznej śmierci pani Kownackiej, jako jej pełnomocnik dóbr cyfrowych niniejszym wycofuję dostęp…” i garść paragrafów. Na wszelki wypadek proszę też o zdjęcia i rolki z ich archiwów, ale z doświadczenia wiem, że firmy rzadko je trzymają. Odpowiedzi zaczęły spływać całkiem szybko. Tak, oczywiście, pamiętali Agnieszkę, wspaniała osoba, to wielka tragedia – to co zwykle pisze się w takich sytuacjach. Nie współpracuje tylko Larossa-Munitez, jej ostatni influencingowy pracodawca. Pani Kownacka, informuje mnie sygnowane przez ich dział prawny pismo, podpisała umowę projektu reklamowego i na ten moment do końca kampanii – przez jeszcze 180 dni – jej wizerunek będzie należał do LM. Dostaję również kopię mocno pociętej umowy. Faktycznie jest tak pancerna, jak tylko korporacyjny kontrakt mógł być. Pieprzony pakt z diabłem. Dobrze, że – przynajmniej, patrząc na umowę – za niezłą sumę. Korporacja nie ma problemów, żeby wydawać pieniądze na tych, których kupuje.

Można się było spodziewać, że tak będzie.

Kownaccy dzwonią akurat kiedy rozplanowuję działania, jakie mogę podjąć, by powalczyć trochę z korporacyjnymi prawnikami. Jestem przekonany, że już oczekują raportu o postępach. Klienci zwykle tak robią. Ale nie.

– Panie Ekert – w głosie Marianny Kownackiej usłyszałem przerażenie. – Musi pan zjawić się u nas. Chodzi o Agnieszkę.

– Co się stało?

– Odezwała się do nas.

***

Kownaccy mieszkają na przedmieściu Tarnowskich Gór. Docieram do nich w ciągu godziny. I okolica, i samo mieszkanie wyglądają dokładnie tak, jak mogłem się domyślać po rozmowie i screeningu samych Kownackich. Dwadzieścia parę metrów blokowego apartamentu, mała kuchenka z reklamowanym w zeszłym roku ekspresem do napojów. Wielki ekran vida jest włączony, leci na nim ściszony klip Avensis – popularnej idoru śpiewającej o prawdziwości życia bez luksusów. Na video jej avatar zwiedza jakieś cholerne Mazury sprzed pięćdziesięciu lat. Zabawne, zważywszy, że prawdopodobnie jej korporacja-matka uczestniczyła w projekcie Mazurskiej Strefy Biznesowej, jak chyba wszystkie w Polsce.

– Agnieszka bardzo ją lubiła – mówi Tadeusz, kiedy dostrzega, że patrzę na ekran. Jest wyraźnie zdenerwowany. – Napije się pan? Mamy kawę i herbatę, zieloną i czarną.

– Dziękuję. Mówili państwo o Agnieszce.

– Rozmawiała z nami zaraz przed tym jak do pana zadzwoniliśmy.

– Przyszła tu? Zadzwoniła?

– Nie, przez Harambe, tak jak zawsze.

Uruchamia komputer i panel Harambe. Migocze pakiet reklamowy, przegląd zainteresowań Kownackich na sieci. Miks kawy, wydawnictw, świątecznych promocji, domów maklerskich, dyskontów z markowymi ciuchami i oczywiście domów pogrzebowych. I faktycznie chwilę później pojawia się ekran rozmowy z Agnieszką. Zwykła rozmowa, pytania o świąteczne plany, jakąś książkę i czy matka spojrzała na broszurę FrontCrypt, którą młoda kobieta przysłała wcześniej. Trochę zwykłego, udającego żarty niepokoju, że matka wiadomość przeczytała, ale nie odpowiada. Zdania dość typowe, w normalnej sytuacji w ogóle nie zwróciłbym na nie uwagi. Gdyby, oczywiście, autorka nie była martwa.

A tak obudziły we mnie po prostu zwykłą, ludzką irytację.

– Szybko poszło – mówię do Kownackich.

– Ale… co się stało?

Wzruszam ramionami, przyglądając się oknu Harambe.

– Dokładnie to, czego państwo się obawiali – mówię. – Ktoś wykorzystał ślad sieciowy Agnieszki, jej zdjęcia i materiały, żeby stworzyć fałszywą osobowość. Nawet jej niezbyt bogate życie sieciowe wystarczyło do założenia nowego konta. Pewnie niedługo poprosi was o pieniądze albo zaproponuje doskonały biznes.

– Ale to jest takie.. naturalne. – Marianna Kownacka patrzy na ekran z żalem. – Zupełnie jak nasza córka.

– Tacy ludzie żyją z wiarygodności. To ich metoda działania. Bardzo mi przykro, że to się państwu przytrafiło.

Tadeusz Kownacki kiwa głową i spogląda na mnie ponuro.

– Czy nie miał nas pan właśnie przed tym bronić?

– Miałem i bronię. Zacząłem od spraw istotnych. Konta, zobowiązania, karty donorów. Szukanie takich ludzi to dopiero kolejny etap.

Patrzę jeszcze raz na okno rozmowy i nagle orientuję się, co jest w nim nie w porządku.

– Przepraszam, czy mogę… – przewijam log. Ciągnie się w górę i w górę, przez wiele dni rozmów. – To jest jej zwykłe konto?

– No tak, oczywiście.

Uśmiecham się. Ktokolwiek to zrobił, zamiast po prostu ukraść osobowość, włamał się na konto – które od momentu zastrzeżenia nie było zasobem jakiejś tam Kownackiej, a należącym do Harambe.

– Doskonale – mruczę do siebie.

– Doskonale? Że ktoś ukradł osobowość Agnieszki?

– Bo nie ukradł tylko osobowości, a zastrzeżone konto. – wyjaśniam – Znajdę go. A potem wejdziemy na drogę prawną. I Harambe nie pozwoli nam przegrać.

W głowie już układam plan. Póki włamywacz nie porzucił konta, jego ślad będzie wyraźny. Znajdę go bez trudu. Potem pozew automatyczny za kradzież tożsamości, włamanie na konto, kradzież zastrzeżonych zasobów w postaci logów rozmów i straty moralne rodziców.

– Jeśli dobrze to rozegramy, to może być ładnych kilkanaście tysięcy. Szczęście w nieszczęściu.

Mężczyzna kiwa głową, wyraźnie zainteresowany. Jego żona nie.

– Nie sądzę, żeby było w tym jakiekolwiek szczęście. – Patrzy na ekran, z którego spoglądała na nią wesoła Agnieszka. Potem na mnie.

– Tak, oczywiście, przepraszam – poprawiam się. – Miałem na myśli…

– Wiem – Marianna Kownacka uśmiechnęła się smutno, widzę, że jest na granicy płaczu. – Proszę nam dawać znać o postępach.

Kiedy żegnam się i wychodzę z mieszkania w Tarnowskich Górach, kobieta nadal spogląda na ekran. Zupełnie jakby wolała, żebym ich nie ostrzegał, żeby nadal mogła wierzyć, wbrew wszelkiej logice, że oto przemówił do niej duch córki.

Ludzie często tak miewają. Tworzą iluzje, w które naprawdę chcą wierzyć. W tym sensie reklama AR z dziewczyną w puchatym swetrze jest po prostu odpowiedzią na zapotrzebowanie rynku. Ostateczną iluzją.

***

Kilka godzin pracy później już wiem, że złodziej tożsamości był całkiem nieźle przygotowany. Musiał zająć konto Harambe Agnieszki dużo wcześniej. To, do którego uzyskałem dostęp poprzez moje hasła, jest tylko stosunkowo pustą wydmuszką z kilkunastoma rzadko rozrzuconymi rozmowami. Natomiast jej aktywne konto należało do złodzieja już od dawna. Nic dziwnego, że z Live’a i Zippera uzyskałem więcej danych, powinienem był się zorientować. Mój błąd – drugiego takiego nie popełnię.

Wysyłam do adminów platformy kolejne maile, a za złodziejem – cały rój programów tropiących. Dobrze wyuczone i przygotowane ruszają w bój, pędzą po synapsach potężnego organizmu sieci, szukając śladu wroga. I jeden po drugim tracą trop, pozostając w pustce. Przeglądam ich szczątkowe logi, sprawdzam aktywności i miejsca, w których złodziej zastawił na nie pułapkę. Nic. Wyraźnie mam do czynienia z bardzo profesjonalnym zamachem na tożsamość. Tylko po co? Żeby coś ugrać u Kownackich? Nie są bogaci, nie ma sensu ich okradać. Może to jakiś rodzaj fishingu informacyjnego, może czegoś nie wiem z kolei o nich? Bo widzę, że złodziej ewidentnie próbował uzyskać u nich jak najwięcej sympatii – podszywając się pod Agnieszkę zachowywał się wobec nich inaczej niż osoba, którą znałem z jej zwykłych profili. Był bardziej czuły i serdeczny. Tylko jaki był tego cel? Niczego Kownackim nie sprzedawał. Polecał książki, rozmawiał o poezji, mieście i podróżach. Coś wspominał o kryptowalutach z FrontCrypt, ale też bardzo nienachalnie jak na to, żeby było to jego celem. Zresztą jakim w ogóle łupem było nie sięgające nawet finansowego mid-tieru małżeństwo z Tarnowskich Gór? Nie miałem pojęcia.

Widzę też, że to właśnie skradziony profil sprawił, że rodzice Agnieszki uwierzyli, iż ich córka więcej podróżuje i generalnie opuściła swoją skorupę. Nowi ludzie, nowe miejsca, nowe doświadczenia. Ta nowa, fałszywa Agnieszka okazała się bardzo przekonująca. Tak bardzo, że nawet spotkania na żywo nie obudziły ich podejrzeń. Jakim sposobem – nie wiedziałem. Może nie rozmawiali o podróżach? A może po prostu ignorowali dysonanse, bo bardzo chcieli wierzyć, że tak właśnie teraz zachowuje się ich córka?

Może tak było. Ludzie wolą żyć w przyjemnym kłamstwie niż w przykrej prawdzie.

Proszę Kownackich, żeby odezwali się do Agnieszki w jakiejkolwiek sprawie i zostawiam kilka trackerów wokół ich adresu. Może złodziej popełni błąd.

Pozostaje mi tylko czekać. W międzyczasie sprawdzam nowe zlecenia. Kilka spłynęło, są małe, słabo płatne, ale przynajmniej proste. Dwie źle podpisane umowy na stronach handlowych, rodzice ośmiolatka, który wydał półroczną pensję ojca w mikropłatnościach i jakaś pomniejsza gwiazdka Desire, która do niedawna wierzyła, że jej content pozostanie tylko na jej subskrybowanej stronie, a teraz jest bohaterką niezbyt uprzejmych żartów ze strony swojego otoczenia. Ludzie naprawdę nie wiedzą, jak działa sieć. Ale to w sumie nic dziwnego. Zawsze żyje się światem sprzed kilku lat. Nikt nie nadąża, pewnie nawet ja – druty rozwijają się szybciej niż szara materia.

Domykam właśnie pierwsze kroki moich spraw i piję drugi kubek kawy, wpatrując się w zdjęcia Ewy z jakichś jeszcze przedszkolnych jasełek, kiedy moje trackery łapią kontakt.

Mam cię, bratku. Teraz pozostaje patrzeć, gdzie uciekniesz.




Pobierz tekst:

Mogą Cię zainteresować

70. urodziny Macieja Parowskiego
Rocznice i urodziny Fahrenheit Crew - 27 grudnia 2016

Polski pisarz, dziennikarz, felietonista i krytyk literacki, scenarzysta komiksowy, a przede wszystkim wieloletni kierownik…

Krzysztof T. Dąbrowski, 10 drabbli science fitction

Drabble to miniatury literackie, liczące po sto słów. Trochę zabawa, a trochę…

Agnieszka Hałas „Pokłosie pewnego bankructwa”
Opowiadania Agnieszka Hałas - 5 września 2017

Niniejsze opowiadanie to świetna okazja do zaznajomienia się z głównym bohaterem cyklu…

Komentarze: 4

  1. Q pisze:

    Nie wiem czy to bardziej współczesność (ok, współczesność 2:0, z delikatną nakładką AR), czy klasyczny technoir, ale dobre opowiadanie (widzę znów murowany materiał na – minimum! – nominację zajdlowską). Przy czym czuć ducha czasu w tym, że za czasów Zajdla (Janusza) w modzie był bunt przeciwko systemowi, a dziś koegzystencja z nim wydaje się jedynym wyjściem.

    ps. Zdaje mi się, czy scena resetu Agnieszki A – odległej krewnej startrekowych holoprogramów- inspirowana była w jakimś stopniu śmiercią jednej z wersji Daty z finału pierwszego sezonu „PIC”?

    • Misiek pisze:

      Dziękuję! Choć wydaje mi się, że największą dystopijna potęga systemu jest przekonanie nas, że nie mamy innych opcji, tak, że sami będziemy sobie to racjonalizować.

      PS Nie, choć całkiem możliwe, że byłaby, gdybym widział Picarda (dzięki za spoiler, btw:P) bo lubie i ST i Datę osobiście:)

      • Q__ pisze:

        Mówisz, że masz nadzieję, iż nas korpokracja jednak tak nie przeżuje jak Twojego bohatera? ;)

        ps. Za spoiler sorry. Brałem poprawkę na to, ze to dość stary – jak na dzisiejsze, godne Lafferty’ego, standardy – wątek, z 26 marca 2020.

  2. flamenco108 pisze:

    A ja chciałbym życzyć Autoru i Czytelnikom Szczęśliwego Nowego Roku i podziękować serdecznie za opowiadanie, które już (po poprawkach CSS) w formacie EPUB załadowałem na czytnik.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *