Michał Śmiałek „Mea tulpa”

Opowiadania nimfa bagienna - 5 sierpnia 2015

_mas9531Achtung, uwaga, wnimańje! Do wszystkich autorów!
Igranie z weną może być pasjonującą przygodą, ale jeśli posuniesz się za daleko, możesz nieco się zdziwić. Oraz zasmucić. Przekonali się o tym Michał Śmiałek, Paweł Oppawski oraz Słodziutka.

 

I

Słabe światło żarówki padało na laptop, masywną szklaną popielniczkę i blat biurka. Za nim w wygodnym fotelu siedział mężczyzna przed czterdziestką. Zajmował pozycję „gotowi – do startu – start”, jak olimpijczyk czekający w blokach na wystrzał. Dłonie spoczywały mu na klawiszach. Pionowa pikselowa kreseczka wybijała takt na ekranie komputera. Pulsowała w rytmie serca, ale dla Pawła Oppawskiego odmierzała kolejne sekundy jego bezczynności.

„Gdzie się podziałaś?” – zapytał w myślach. – „Gdzie jesteś, Słodziutka?”

Czasem mówił to na głos, niby kierując słowa do kogoś konkretnego. Zawsze w takich chwilach potrząsał głową, usiłując się ocucić, jakby to było najlepsze lekarstwo na niezrównoważone zachowania. Nie było.

Wysunął szufladę i wymacał na jej dnie, skryte pod odręcznymi notatkami, metalowe pudełeczko. Stara mosiężna papierośnica, pamiątka po ojcu, którego paskudny nałóg wygnał z tego świata. Małgorzata nie zabraniała Pawłowi palić, uważała, że papierosy dodają pisarzom wdzięku. Dopóki oczywiście pali się je w odpowiedni sposób. Miała tylko jeden warunek: żadnego kurzenia w mieszkaniu. Ale pracownia, którą oboje pieszczotliwie nazywali „ciemnią”, to co innego. Tam Paweł mógł robić, co chce.

– Gdyby tylko wiedziała, co tu wyprawiasz, przystojniaku… – szepnął do siebie.

W papierośnicy znajdowało się kilka ręcznie i dość niedbale skręconych szlugów. Były magiczne. W ich skład oprócz tradycyjnego tytoniu wchodził czarodziejski składnik, który co jakiś czas, z pewnego miejsca, od pewnego człowieka, dostarczała mu gosposia, pani Maria. Oczywiście zupełnie nieświadoma, co zawiera niewielki pakunek, za którego przyniesienie dostawała stówkę ekstra od gospodarza. Chociaż kto wie, może się domyślała?

Zawahał się.

„A może Słodziutka umarła?” – przyszło mu do głowy, zanim włożył papierosa do ust.

Zapalniczka błysnęła niebiesko-żółtym światłem. Wdech. Do płuc wdarł się znajomy gryzący obłok. Paweł wstrzymał oddech, na ile tylko mógł, po czym powoli wypuścił powietrze. Za chwilę magia zacznie działać, a on się rozluźni. I wtedy zacznie szukać. Jego wena gdzieś przecież musiała być. Gdyby chociaż mógł jej dotknąć… albo przynajmniej zobaczyć.

Wrzucił peta do popielniczki, kiedy żar dotarł do palców. Wokół lampki kłębiły się smugi dymu, które za kilka minut wypędzi klimatyzacja. Paweł odchylił się do tyłu, pozwolił powiekom opaść, a sobie oddać się w czułe objęcia wyobraźni.

II

Zniknęły biurko, fotel, ściany i cała ta pieprzona, bezwzględnie materialna pracowania grafomana. Na ich miejscu pojawiła się… dżungla? Niech będzie dżungla. Tam jeszcze nie szukał. Usłyszał skrzeczenie ptaków albo małp. Było donośnym nawoływaniem, które rozchodziło się na kilometry, a potem cichło. Po chwili nadchodziła odpowiedź – i tak w kółko ciągnęła się wymiana tubylczych zdań. W przerwach słyszał cykanie owadów. Zbyt mocne i głębokie, żeby mógł je zrodzić zwykły pasikonik. Chyba że był wielkości kota.

Pocił się nie tylko z gorąca. Przeraźliwie wilgotne powietrze nie pozwalało nawet na moment wyschnąć skórze. Było tak gęste, że z trudem przeciskało się przez, o dziwo, zaschnięte gardło. Pawłowi przyszło do głowy, że może być jeszcze jeden powód, dla którego tak straszliwie się pocił. Strach.

Coś za nim zaszeleściło. Szybko się odwrócił, ale niczego nie dojrzał. Poczuł delikatny powiew wiatru, który jakimś cudem pokonał zasłonę z liści. Podmuch natychmiast wywołał gęsią skórkę. Gdzieś z zarośli dotarł do uszu Pawła stłumiony chichot. Kobiecy.

Ciarki zmieniły charakter. Już nie były przejawem niepokoju, tylko podniecenia. To musiała być ONA.

– Słodziutka? – zapytał niepewnie. Odpowiedział mu wyraźniejszy śmiech. – Słodziutka, to ty?

Znał odpowiedź. Tylko ona tak z niego drwiła, drażniła się z nim i bawiła się jego uczuciami. Ruszył co sił w kierunku, skąd – jak mu się zdawało – dobiegał chichot, choć palmy i ich ogromne liście mogły skutecznie zmylić słuch. Biegł, odgarniając rękami gałęzie i liany, cały czas nawołując tę, której tak pragnął. I ciągle czuł, że ma ją na wyciągnięcie ręki, a jedynie wszechobecna zieleń oddziela go od upragnionej. Wzmógł wysiłki, ale efekt wciąż był mizerny.

W końcu śmiech ustał, co zaniepokoiło Pawła. Spróbował przyspieszyć, mimo że i tak brakowało mu tchu. Rozejrzał się, jakby w tej gęstwinie można było cokolwiek dostrzec. I wtedy stało się. Dżungla się skończyła jak ucięta gigantycznym ostrzem, a grunt pod stopami przestał istnieć. Paweł dobiegł do klifu, z czego zdał sobie sprawę, kiedy było już za późno; kiedy zarośla zostały z tyłu, a ziemia znajdowała się kilkadziesiąt metrów pod nim.

III

Tym razem po prostu się zakrztusił, ale czuł się jak wtedy, gdy po raz pierwszy wciągnął dym ze skradzionego ojcu papierosa. Tak jak wtedy organizm z całych sił starał się wyrzucić z płuc truciznę, chociaż teraz żadnej tam nie było. Zwyczajnie zatkało go z wrażenia. Już prawie ją miał. Jeszcze nigdy nie była aż tak blisko!

Paweł spojrzał na ekran, kursor nadawał ten sam rytm.

– Zdaje się, przystojniaczku, że dziś biel pozostanie biała – westchnął.

Prawie złapana wena to za mało. Musiał mieć ją w garści.

Płuca pracowały już normalnie. Odłożył papierośnicę do szuflady, powoli kończąc kolejny dzień bezowocnej pracy, którą nie chciał chwalić się Małgośce. Żywiła wielkie nadzieje związane z jego pisarskim talentem. To chyba był kolejny powód blokady.

Już miał wyłączyć komputer i teatralnym, nieco zbyt mocnym klapnięciem pokrywy laptopa zwieńczyć zerowy licznik zapisanych słów, gdy coś przykuło jego uwagę. Zapach ze snu nie zniknął, mimo że z początku Paweł uznał go za złudzenie, pozostałość narkotycznego bujania w obłokach. Mężczyzna zamarł w bezruchu, bo aromat zyskiwał na intensywności i był niepokojąco egzotyczny. Paweł pomyślał, że chyba przyciągnął go za sobą z dżungli. Ale przecież dżungla była tylko wytworem wyobraźni.

Za plecami usłyszał stukot obcasów.

Dreszcz przebiegł mu po karku. Małgośka musiała wejść, kiedy fantazjował. Z pewnością teraz wie, że palił trawkę. Jeżeli są sposoby na odmłodnienie czterdziestolatka, to jest nimi sprawienie, by poczuł dziecięcy lęk przed przyłapaniem.

Coś jednak nie pasowało.

Tam, gdzie przed sekundą przebiegły ciarki, swoją wędrówkę rozpoczął czubek paznokcia, i przesuwał się ku górze na tyle mocno, by pozostawić po sobie wspomnienie, i na tyle delikatnie, by wywołać kolejny dreszcz. Bardziej przesyconego seksem przywitania Paweł nie mógł sobie wyobrazić.

Dłoń, która przed chwilą pieściła szyję, znalazła się na torsie i powoli przesunęła w dół. Pisarz, chcąc nie chcąc, śledził jej spacer, czując rosnące napięcie. Gdzie też śliczna dłoń o smukłych palcach i wściekle czerwonych paznokciach dotrze? Zatrzymała się w okolicy pępka. Paweł czuł, jak wali jego serce.

Ściągnij tekst:
Strony: 12345678

Mogą Cię zainteresować

Nie znaleźliśmy żadnych powiązań.

Do NOT follow this link or you will be banned from the site!