ISSN: 2658-2740

Milena Wójtowicz „Achtung, lupus!”

Opowiadania Milena Wójtowicz - 22 grudnia 2022

Z okazji Świąt, mamy dla Was prezent – nigdzie niepublikowane dotąd opowiadanie Mileny Wójtowicz z uniwersum „Post Scriptum”. Miłej lektury!

 

 

– Nie umieraj – zawodził mu ktoś monotonnie i namolnie nad uchem. – Nie umieraj nie umieraj nie umieraj, Robin, nie umieraj…

– Michał… jestem… – zaprotestował. – Nie… Robin…

Jakoś źle mu się mówiło. Wszystko go bolało. Ramiona i nogi ciążyły niczym ołów i ciemność widział, ciemność…

– No, faktycznie – zgodził się ten ktoś. – W dokumentach widzę. Michał Zamojski, z tych Zamojskich? Syn Bogusława i Jadwigi, urodzony w Tomaszowie Mazowieckim, PESEL dziewięćdziesiąt jeden…

Michał gwałtownie otworzył oczy i spróbował się podnieść.

– Oddawaj moje dokumenty!

Teraz to dopiero poczuł ból. Zamarł w pół gwałtownego ruchu do pozycji siedzącej i powoli, jak nasionko dmuchawca, opadł z powrotem na asfalt.

Tak, leżał na asfalcie. O ile go pamięć nie zawodziła, to na parkingu przy autostradzie A14, obok swojej ciężarówki. I nadal widział ciemność, tyle że już nie taką ostateczną, śmiertelną, ale ładną, nocną, do tego całkiem nieźle rozświetloną latarniami, jak to na niemieckich Autohofach bywało.

Na ten niebiański firmament wpłynęło coś jakby księżyc w pełni. Księżyc miał parę odstających uszu, mięsisty, piegowaty nochal i oczka jak guziczki. I zmierzwione żelem włosy.

– To nie będziesz umierał? – zainteresował się byt niebieski. – Bo umieranie jest do dupy, tak przynajmniej słyszałem. Nie mam osobistych doświadczeń i w zasadzie się do nich nie palę, no ale sam rozumiesz, podłapało się to i owo po drodze…

– Nie… będę… umierał – zdecydował Michał, nie do końca przekonany, że dobrze robi. Ciało go po prostu paliło, jakby zebrał jakieś porządne cięgi i to jeszcze pięściami owiniętymi w pokrzywy. Umieranie zasadniczo nie wydawało się taką tragiczną perspektywą. – Napadli… mnie? Pogotowie…

– Pogotowie ci nic, gościu, nie pomoże – zacmokał z troską księżycowy ludek. – Nawet, kurka, może sytuację pogorszy…

Michał nagle zesztywniał. Przez opary otumanienia przebiły się dwie myśli: po pierwsze, było z nim źle. Nie wiedział dlaczego, może auto go potrąciło, może ktoś go napadł, może cholera udaru dostał, w młodym wieku też się zdarza… no ale było źle. Po drugie, konał w towarzystwie jakiegoś wariata, który najwyraźniej nie zamierzał robić tego, co każdy przyzwoity człowiek powinien, czyli wzywać donośnie pomocy i dzwonić na pogotowie!

Horror kiedyś taki oglądał, o świrniętej babie i gościu z połamanymi nogami i na chwilę poraziła go wizja, że może on też tak będzie, na tym parkingu, z połamanymi nogami, w towarzystwie okrągłej mordy o nastawieniu filozoficznym…

Wstąpić w niego musiały nadludzkie siły, bo gwałtownie oderwał jedno ramię od ziemi, zignorował płomień bólu, który ruch na nowo rozniecił w jego ciele i złapał facecika za kołnierz bluzy.

– Co ty, kurde, odpalasz?! – wycharczał, przyciągając dziwaka do siebie. – Co żeś mi zrobił?

– Ja? Ja to nic – odpowiedział okrąglutki, w ogóle nieprzejęty nagłym przejawem przemocy. Z bliska wyglądał jak bajorko życzliwości, od okrągłej piegowatej twarzyczki, po paciorkowate oczka, kartoflany nos i wyżelowaną fryzurkę. – Gościu, ja jestem porządny gość!

– Porządni ludzie to dzwonią na pogotowie, a nie pitolą jakąś mantrę! – wytknął mu Michał.

– Aaaaaa… – stropił się lekko księżycowy ludek. – Ale gościu, ja nie jestem człowiekiem. I ty, sorry-gregory, no, przepraszałki-michałki w zasadzie, w każdym razie ty też już nie – dodał współczująco.

– Co?!

Dziwak zupełnie bez wysiłku odsunął od siebie ręce Michała, otrzepał bluzę i rozsiadł się po turecku obok leżącego mężczyzny. Zamojski obrócił głowę, żeby go lepiej widzieć.

– Bo widzisz, gościu… – zaczął z namaszczeniem ludek – Michale, znaczy. Ciebie nie napadli. Znaczy, zasadniczo, to cię jedna osoba napadła, ale to dlatego, że idiota się chciał przemycić na pace i trochę za dobrze mu wyszło, nie spodziewał się pewnie, że pół Ojropy w TIRze przejedzie… No ale, wracając do tematu, tłukł się na tej pace, aż Miko, bo to na jego auto, otworzył sprawdzić, co się dzieje, a tamten wyprysnął i poleciał przez cały parking i wpadł właśnie na ciebie jak wychodziłeś z kibla. I cię, gościu, tak z zaskoczenia ugryzł – zakończył dramatycznie opowieść.

Michał zapatrzył się w niebo. Spróbował z tego bezsensownego bełkotu wydobyć jakieś konkretne informacje. Coś go ugryzło… może faktycznie…

– I… teraz… umrę… na… wściekliznę…? – wydedukował.

Księżycowy ludek zakołysał się z dezaprobatą.

– Nie no, gościu, już ustaliliśmy: nie-u-mie-raj. Poza tym, tamten gościu nie miał wścieklizny, tylko wilkołactwo, więc ty też nie będziesz miał wścieklizny, tylko zostaniesz wilkołakiem!

Michał na dłuższą chwilę zapatrzył się w niebo i w latarnie.

– Kurna, zajebiście… – stwierdził.

– No prawda? – ucieszył się ludek.

– …zejdę na jakimś pierdolonym Autohofie z wariatem do towarzystwa. Kurna, to jakaś komedia jest. Wilkołaki, mantry jakieś, weź się gościu lecz!

– Z mantrą to może lekko przegiąłem – przyznał stropiony facecik. – No ale tak siedziałem bezczynnie i czekałem, aż cię odmieni i tak trochę niefajnie się czułem, no jak na jakimś czuwaniu przy zwłokach. To pomyślałem, że pewnie nie zaszkodzi, jakbym do ciebie gadał. W filmach zawsze gadają i potem się pacjent budzi i jest spoko. Ale cię nie znam, to brakło mi pomysłu, o czym nawijać. I wtedy mnie olśniło! W kabarecie kiedyś takie coś widziałem. Tam w sumie nie zadziałało, ale pomyślałem: Mieszku Zygfrydzie Kapusto, czy masz lepszy pomysł? Albo chociaż jakikolwiek inny pomysł? No i, kurczaczki, nie miałem. To pomyślałem: kabaret to jest dobry na wszystko. Musiałem na Youtubie znaleźć, żeby sobie przypomnieć, jak ten tekst szedł – podniósł dłoń z komórką. Telefon był w futerale z uszkami i rogiem jednorożca. – Ale znalazłem i przypomniałem sobie i patrzaj! Zadziałało! I nie umarłeś!

Michał próbował znaleźć logikę w tym wszystkim, poczynając od mantry, przez kabarety, jednorożca i gostka, którego rodzice jak nic skrzywdzili już przy urodzeniu, bo kto nazywa dziecko Mieszko Zygfryd Kapusta… Brzmiało to jednocześnie śmiesznie, nieprawdopodobnie i podejrzanie znajomo.

I nagle blask księżyca oświecił Zamojskiego. Przypomniał sobie, gdzie to nazwisko słyszał. Mieszko Zygfryd Kapusta. Inicjały M. Z. K.. Gość, który nazwał po sobie swoją firmę transportową – MZK Euro Trans. Kurde, wszyscy słyszeli o walniętym kierowcy z MZK Euro Trans, był jak legenda, jak mini cyrk autostradowy, niczym duch, o którym wspominano przez CB radio, był anegdotką do pośmiania się, niewyczerpanym źródłem nieprawdopodobnych opowieści. Michał do tej pory wręcz uważał go za byt wymyślony, bo to niemożliwe, żeby jednej osobie przytrafiało się tyle odjechanych przygód, odstawiała takie numery i jeszcze żyła, jeździła i w ogóle istniała. A tu proszę, taka celebryckość mu dotrzymywała towarzystwa w ostatnich chwilach życia…

Mieszko Zygfryd Kapusta, we własnej osobistej osobie, trochę… rozczarowywał. W opowieściach był klaunem, szaleńcem, cyrkowcem, tornadem, alfą i omegą drogowej błazenady, a w rzeczywistości… okazał się nie za wysoki, za to bardzo szeroki w barach. Głowę miał okrągłą, a oblicze szczere i radosne. Skakał wokoło jak małpa i gadał trochę od rzeczy, ale aż takim kuriozum nie był.

Z drugiej strony… właśnie klarował Michałowi, że ten został ugryziony przez wilkołaka i stąd te nieprzyjemne objawy: ból, dezorientacja i swędzenie na łydkach, a Michał mu normalnie i wbrew rozsądkowi zaczynał wierzyć. W końcu spotkał Mieszka Zygfryda Kapustę, a skoro tak, to zgodnie z prawdą przekazywaną z jednego radia na drugie wszystko się mogło zdarzyć…




Pobierz tekst:
Strony: 1 2 3

Mogą Cię zainteresować

Trailer książki Mileny Wójtowicz „Post scriptum”
Film A.Mason - 24 maja 2018

Redakcja Fahrenheita przygotowała dla Was trailer „Post scriptum” – najnowszej książki Mileny…

Antologia „Wigilijne opowieści”
Nie-fantastyka Antologia - 12 listopada 2020

12 opowiadań i 12 przepisów na popisowe świąteczne dania świetnych polskich autorów.…

Fotorelacja ze spotkania z Jakubem Ćwiekiem podczas Brzeskich Dni Fantastyki
Galeria A.Mason - 24 sierpnia 2019

Za dwie godziny rozpocznie się najważniejszy dzień Brzeskich Dni Fantastyki. Za sobą…

Fahrenheit