Milena Wójtowicz „Czacha” (3)

Opowiadania Milena Wójtowicz - 7 czerwca 2017

Normalnie prawie jej z wrażenia szkła w okularach pękły. Osłupiała i tak stała, z ręką na sercu, że myślałem, że na zawał zejdzie. A sukub… No, jak to sukub, zabrał się do rzeczy. Nie, nie będzie momentów. Niestety. Wiem, że to jest coś, dwie panienki razem… No, może nie dwie takie, tylko takie bardziej zaokrąglone, ale i tak nic z tego. Laska pisnęła i zaczęła uciekać. A sukub za nią. Obijały się tak trochę po całym mieszkaniu, klucząc wśród gratów, aż laska dopadła księgi zaklęć i wyleciała z nią na klatkę schodową. A sukub za nią. Niezłe musieli mieć miny sąsiedzi, aż żałuję, że tego nie widziałem. Oczy, co prawda, już nie te, ale co tam. Zygmunt poleciał za nimi, to zdał relację. Laska gdzieś po drodze odprawiła inkantację odwołującą i sukub poszedł do diabła. Nomen omen, pod rajską jabłonką.

Jabłonka ciężko to przeżyła, osmaliło ją solidnie. To osmalenie oglądał potem przez lupę nowy dzielnicowy, ale nie dopatrzył się żadnych nagich kulturystek, o których opowiadali sąsiedzi. Laska dostała mandat za zakłócanie i miała sprawę o podpalenie. Umorzoną, bo nie było za bardzo czego jej udowodnić. Poza tym po wizji lokalnej pani sędzia i pan prokurator nie chcieli mieć z nią już nic wspólnego. Podobno dlatego, że kłapałem na nich zębami. Ta, jasne. Maślanie oczy laski i nieudolne mizdrzenie się do prokuratora nic z tym wspólnego nie miały.

No ale nieudane wezwanie sukuba to był jedyny raz w ciągu tych dziesięciu lat, kiedy w naszej zatęchłej norze, aka M-3 na LSM-ie w Lublinie, zagościło coś na kształt seksu. Więcej laska z demonami nie próbowała. Fobii się nabawiła.

Coś mało tego seksu… Chyba jednak z Zygmuntem w strategii marketingowej postawimy na przemoc.

Bo przemoc to była, że ho ho. Na cmentarzu. To się jak nic do filmu nadaje. Laskę zagrałaby Pamela Anderson – no, może ta prawdziwa laska niezupełnie tak wygląda, klaty nie licząc, ale w końcu kino i rzeczywistość to nie to samo – a babę-znachorkę Angelina Jolie. A na cmentarzu zrobi się koryto z błotem i tam się będą biły. Nieźle wymyśliłem, prawda? Widownia w kinach gwarantowana.

Tak naprawdę, to nasza laska to taki chudy wypłosz, a nie żadna Pamela – no, biust ma, ale pod swetrem nie widać, a znachorka była tak pod sześćdziesiątkę i do Angeliny jej daleko. Ale jak mówiłem – to było w życiu, a życie to nie kino. I nawet w błocie się nie biły, bo na cmentarzu jest żwirek. Żwirek w teorii, w praktyce kamiory, że ho ho. Laska sobie na nich rozwaliła podeszwę. Oprócz tego straciła trochę kłaków i została mocno podrapana. I kopa zarobiła w łydkę.

A wszystko zaczęło się od ziółek.

Ziółka, jak wiadomo, to podstawa. Żaden magiczny przepis się nie obejdzie bez ziółek. Ziółka to taki „mast-hew”.

A gdzie są najlepsze ziółka? No gdzie? No na cmentarzu. Nie mam pojęcia, dlaczego. Ja tam bym takiego szczawiu nie ruszał, no ale laska to co innego. Nekromantka, rozumiecie. Wyprawa po ziółka na cmentarz to dla niej jak lans w galerii handlowej połączony z mega zakupami.

Dziwna jest, prawda?

Sęk w tym, że ziółek na cmentarzu nie jest znowu tak wiele, a chętnych do ich zebrania więcej. Jakieś tam wróżki, znachorki, inni nekromanci… No tłok normalnie. I kto pierwszy, ten lepszy. A kto drugi, to najwyżej może spróbować tego pierwszego napaść i okraść. Dlatego laska zawsze na cmentarz chodzi z kijem golfowym. Serio. Podobno mniej się rzuca w oczy niż bejzbol. I tym kijem się naparza z tymi, co chcą ją okraść, i z tymi, co to ona chce ich okraść. A raz, to się pobiła, że hej.

Polazła laska na cmentarz szukać roślinek. Nie ona jedna, ale inni amatorzy botaniki jej w drogę nie wchodzili. Poza jedną stetryczałą babiną, znachorką. Taki klasyczny wiejski babuch to był, w chustce i gumiakach. I z koszykiem wiklinowym. I ten babuch i laska co raz sobie w drogę wchodzili, i nawzajem sprzed nosa ziółka sprzątali.

Najpierw doszło do wyzwisk, że aż echo po cmentarzu poszło. I to jakich! Babuch, jako jednostka niekształcona, laskę wyzywał od tych, no, ekhm… „kapłanek miłości”. Taaa… chciałaby, chciała. Laska, jako kształcona, rzucała patologiami, kompleksem agizmu i masowym wymieraniem szarych komórek z wiekiem. To na początku. Potem jej przeszło, i obydwie się od „kapłanek miłości” wyzywały… Ta, jasne, akurat obie mają kwalifikacje. Jedna stare próchno, druga poszarzała, nieżyciowa i z chudą dupą.

Po tym, jak się już tak wzajemnie dowartościowały, przeszły do rękoczynów nad jakimś rachitycznym krzaczkiem. Laska pierwsza go dopadła, ale babuch wykonał z najbliższego nagrobka skok ninja połączony z wymachem lagą. Znaczy, gdyby był młodszy i sprawniejszy, i po szkoleniu w tajnym klasztorze łysych mnichów, wtedy to byłby skok ninja. Ale „zeskoczyła z nagrobka i walnęła lagą” nie brzmi tak czadowo. Laska zdążyła się uchylić, ale roślinki nie zerwała. Za to wyciągnęła ten swój kij golfowy i natarła, niczym muszkieter. No, jak ją znam, to się pewnie rozryczała i z wrzaskiem „to mój krzaczek, ty stara krowo” zaczęła walić kijem na ślepo, ale ciągle mam przed oczami, jak to by wyglądało, gdyby na ich miejscu były Pamela i Angelina. W obcisłych skórzanych wdziankach. No miodzio.

Ale zamiast wdzianek, to laska miała swój swecior, który jej babuch podarł, a babuch miał chustkę przedpotopową, co mu laska ze łba zdarła. Lagę i kij golfowy szybko zgubiły, bo ciemno było. I zaczęły się naparzać ręcznie. I nożnie. Laska młodsza, to i sprawniejsza, ale babuch był mocno agresywny. Więc stan bitki był na remis, i w tym stanie pozostał, bo grabarz przyleciał, zwabiony hałasem, przekleństwami i całą resztą. Zwiały obie, a jak wróciły po roślinkę, gotowe się bić dalej, to się okazało, ze grabarz im ją zdeptał.

Laska się popłakała i poszła do domu. Nieźle wyglądała, mówię wam. Obraz nędzy i rozpaczy jeszcze większy niż zwykle. A następnego dnia poszła się szczepić na wściekliznę. Bo ją „dzikie zwierzę” podrapało. A ziółka zaczęła kupować na Allegro, co odbiło się i na jakości ziółek, i na odprawianych przy ich pomocy rytuałach – nie żeby wcześniej jakieś oszałamiające sukcesy osiągała. Ale na cmentarz to już laska nie chce po roślinki iść. Boi się babucha. Ciapa z niej, co nie? Woli odprawiać nieudane rytuały. Nekromantka od siedmiu boleści.

Ściągnij tekst:
Strony: 12345

Powiązane wpisy

Milena Wójtowicz „Vice Versa”
Patronaty F-ta - 10 czerwca 2019

Informacja o książce Mileny Wójtowicz „Vice Versa”. Książka ukazuje się pod patronatem…

Milena Wójtowicz „Memento Mori”
Opowiadania - 1 czerwca 2019

Z okazji Dnia Dziecka mamy dla Was bardzo miłą niespodziankę – opowiadanie…

[Recenzja] „Słowodzicielka” Anna Szumacher
Recenzja fantastyczna - 23 kwietnia 2019

W „Słowodzicielce” jest więcej elementów, które mogą nasuwać skojarzenia z warsztatem Pratchetta.…

Do NOT follow this link or you will be banned from the site!