Milena Wójtowicz „Memento Mori” (3)

Tytuł: "Memento Mori"
Autor: Milena Wójtowicz,
Grafika: Magdalena Zawadzka,
Cykl: Post Scriptum
Wydawnictwo: Wydawnictwo Jaguar,
Redakcja: Dominika Repeczko, Agata Tryka,
Typ publikacji: papier, mobi, epub, pdf,
Premiera: 16 marca 2019
Liczba stron: 15
Format: 12x16,5 cm
Oprawa: broszurowa,
Cena (papier): za darmo
Więcej informacji: Milena Wójtowicz „Memento Mori”

– Tak jest, pani Marciniak. – Stanął na baczność. – To ja… to ja popilnuję!

Ludmiła odprawiła go z satysfakcją i, przeklinając w duchu obolałą okolicę krzyżową, odwróciła się do Łukaszka. Młody wszystko już rozłożył i zabierał się do oplątywania trumny łańcuchami.

– Ciotka sobie spocznie, ja dokończę – rzucił. – Uprawnień nie mam, ale spawać mnie ojciec w garażu nauczył.

– A coś ty takiego szwungu dostał? – zapytała podejrzliwie Ludmiła, opadając ostrożnie na stołeczek. Nie zamierzała protestować, skąd, daro­wanej sile roboczej w zęby się ni patrzy, jak jej kiedyś powiedziała Regina, zaganiając ją do lepienia pierogów.

Łukaszek spłonął czerwienią aż po czubki uszu.

– Moja, ta, no, dziewczyna, Kaśka, też mieszka na Starobrzeskiej – wydukał. – Do przedszkola z młodą Piechotówną chodziła. I jak tak o niej czasem wspominała, to chyba kurna wierzę, że ta babcia by mogła kogoś zeżreć.

Ludmiła pokiwała głową. Bronek mógł synowi równy kit wciskać, ale to jednak był mądry chłopiec. Może nawet dałoby się go jeszcze do rodzinnego fachu przyuczyć…

Odczekała, aż bratanek skończy robotę, uważnie ją obejrzała, szarpnęła na próbę za łańcuchy. Dyrektor dobrze pilnował, nikt im nie przeszkadzał.

– A bokiem nie wyjdzie? – zmartwił się Łukaszek. – Bo jakby ściankę trumny wybiła…

– Nie wybije – uspokoiła go Ludmiła. – Ziemia będzie trzymać. Poza tym, to specjalne łańcuchy. Wytrzymają, ile trzeba.

– A ile trzeba?

– Dwadzieścia, trzydzieści lat.

– O ja pier… – nie dokończył, bo sprzedała mu przytyczka w ucho.

– Jak się na pogrzebie zachowujesz – skarciła go. – Nie przeklinaj, tylko zabieraj to wszystko do samochodu. Ja zaraz przyjdę. Pójdę się jeszcze pożegnać.

– Po co? Przecież ona tu leży…

Tak na niego spojrzała, że zawinął się z całym majdanem raz-dwa.

Pomysły miał, też coś. W tej trumnie leżała strzyga, a Ludmiła chciała pożegnać… Znajomą. Koleżankę. Człowieka.

Dyrektor, który chyba cały czas podsłuchiwał pod drzwiami, wślizgnął się z powrotem, odłożył na trumnę ściskany w dłoniach całun i bez słowa zaczął pomagać Łukaszowi. Czyli miała rację co do niego: włosy wypadły, ale rozum został.

Kiedy obaj już wymknęli się tyłem, Ludmiła przykryła trumnę materiałem. Ból smagał ją po plecach przy każdym podniesieniu rąk, ale taki drobiazg nigdy by nie przeszkodził komuś z rodu Martinusów w dokończeniu roboty.

Gdy wychodziła drzwiami prowadzącymi do głównej sali, wpadła na młodą Ryńską. Miała skarcić młodą, że nie uważa, jak chodzi i tratuje starszych, ale głos jej uwiązł w gardle, gdy spojrzała na śliczną, jasnowłosą dziewczynkę i w jej oczy, zimne jak lód.

– Wiem, co pani tu robi – powiedziała bez wstępów mała. – Tak trzeba, rozumiem. Ale od Binki niech się pani trzyma z daleka.

– Co ty dziecko… – obruszyła się Ludmiła.

– Niech mi pani nie ściemnia. Pani wie, że ja wiem, ja wiem, że pani wie, pani Regina też wiedziała. I ostrzegała mnie przed panią.

– Nie miała przed czym cię ostrzegać – burknęła Marciniakowa. Trochę jej się nieprzyjemnie zrobiło, sama nie była pewna, czy dlatego, że Regina najwyraźniej rozmawiała z ludzkimi dziećmi o sprawach, o których nie powinny wiedzieć, czy dlatego, że po tylu latach… rozejmu, nadal uważała, że przed Ludmiłą należy kogoś ostrzegać. Przecież człowiekowi by krzywdy nie zrobiła!

– Właściwie, to ma pani rację… Wie pani, moja siostra czytała taką książkę – powiedziała w zamyśleniu młoda Ryńska, patrząc na nią wciąż tymi swoimi ślicznymi, lodowatymi oczami. – O takim rycerzu, co miał jeden miecz na potwory, ale drugi na ludzi. A pani, pani Marciniak, nie ma nawet jednego.

– Jeden mam – powiedziała groźnie Ludmiła, chociaż właściwie to była maczeta i spoczywała aktualnie w bagażniku hyundaia. Co ona w ogóle robiła, ból pleców jej się na umysł rzucił jak nic, wdawać się w przepychanki słowne z dzieckiem, i to na taki temat!

– Na potwory – Zbyła ten fakt machnięciem dłoni Ewa Ryńska. – Ale co z ludźmi, pani Ludmiło, co z ludźmi? – Uniosła kpiąco jedną brew, a jej śliczna porcelanowa twarz przez jedną chwilę wydawała się Marciniakowej taka okropna, jak twarz tej laleczki z horroru, który kiedyś oglądał Łukaszek. Smarkacz się tak filmu wystraszył, że potem spać nie mógł. A Ludmiła wtedy się śmiała, bardzo ją te bzdurki rozbawiły. A teraz… teraz nie było jej do śmiechu.

– Do widzenia. Przekażę Sabince pani kondolencje. – I poszła sobie.

Ludmiła potrzebowała chwili. Plecy ją rozbolały, ot co. Przez myśl jej przemknęło, że może powinna tę książkę o facecie z mieczami przeczytać, a może nawet sobie drugi sprawić… Ale zaraz potrzasnęła gwałtownie głową. Co ona bredzi w ogóle, miecz na ludzi, ludzi należy chronić.

Wyprostowała się, poprawiła kostium i wróciła na główną salę.

Chuda Sabina zniknęła gdzieś z tą swoją Ryńską i Ludmiła odetchnęła z ulgą. Nie, żeby się tej pyskatej smarkuli bała, skąd, w szkole nie takich psychopatów widywała. Po prostu lepiej było, żeby Piechotówna nie widziała, jak jej rodzice wytaczają skądś wzmacniacz i gitarę elektryczną. Zbigniew rozpiął górne guziki koszuli i, potrząsając zapamiętale włosem na głowie i na klacie, zawodził „śpiewaj, śpiewaj z nami wraz, jeśli czarną skórę masz”, a Karina wyciągnęła z torebki grzechotki.

Ludce aż serce piknęło z żalu, że tę trumnę jednak zaspawała. To byłoby piękne ukoronowanie pogrzebu, gdyby Regina z niej wylazła, podde­nerwowana już samym umieraniem, a dodatkowo wkurzona improwizowaną stypą koncertową, i rzuciła się wypruwać zięciowi struny głosowe. Oczywiście Ludmiła musiałaby wtedy Piechotowej łeb ściąć, niewątpliwie, ale zanim Łukaszek by przyniósł maczetę z bagażnika, to może z Zigiego by już mało co zostało.

– Ale na mój pogrzieb, to te swojom skóre założisz – powiedziała jej kiedyś Regina. – Bydzisz wyglądała jak z tiego hamerykańskiego filmu, w skórze i z tą maszetą. I wtiedy zobaczemy, jak wstane, czy ty mnie łba zetniesz, czy ja cie flaki wypruję.

Ludka usiadła ciężko w ostatnim rzędzie. Maczeta była w bagażniku.

Skóra wisiała w szafie w jej mieszkaniu. Regina leżała w spętanej łańcuchami trumnie. Zbigniew odsunął się od mikrofonu, robiąc miejsce Karinie.

– Budziłam się, a wtedy widziałam twoją twarz. Niepokojąco szczery mówiłeś mamy czas.

Ludmiła powstrzymała prychnięcie. Regina też jej to zawsze mówiła: „nie nerwujta siem, mami cias”. Nie, czasu już nie miały. Starej strzydze się skończył, stara łowczyni też miała go coraz mniej. W krzyżu rwał ją heksenszus, ZUS tylko czekał, żeby jej podliczyć składki, a dyrektor szkoły coś przebąkiwał o przyjęciu pożegnalnym.

– Memento mori – zacytowała sobie pod nosem „Pana Woło­dyjowskiego”. – Memento mori, stara rycerko, co ci więcej zostało…

 

Tymczasem życie pisało już „Post Scriptum”.

Milena Wójtowicz

Ściągnij tekst:
Strony: 123

Mogą Cię zainteresować

Milena Wójtowicz „Memento Mori”

„Memento Mori” to opowiadanie Mileny Wójtowicz należące do uniwersum Post Scriptum, a…

Brzeskie Dni Fantastyki – mini fotorelacja
Galeria A.Mason - 23 sierpnia 2019

Minęły cztery dni Brzeskich Dni Fantastyki. Mamy za sobą już spotkania przy…

Milena Wójtowicz „Post scriptum”

Nowa powieść jednej z najbardziej lubianych polskich pisarek fantasy! Piotr Strzelecki, psycholog,…

Do NOT follow this link or you will be banned from the site!