Milena Wójtowicz „Mythpeace: Gdzie wymarły wszystkie smoki”

Opowiadanie niniejsze jest drugim z kolei, a zarazem drugim od końca, opowiadaniem z cyklu… a co my się tu będziemy certolić!, z trylogii Mileny Wójtowicz „Mythpeace”. Ponieważ jednak z drugimi tomami, częściami, księgami, noo dobrze – opowiadaniami, po których następuje jeszcze jeden tom, część, księga, noo dobrze – opowiadanie, jest pewien problem, bo bez znajomości tomu, części… eee nieważne zresztą, nijak nie sposób pojąć, co to za gość ten Skrzetuski, dlaczego nocna koszulina jego małżonki stanowi tak wielki przedmiot pożądania okolicznych młodych mężatek i jakim cudem najstarszy Skrzetuski jest podobny do Zagłoby (RedAkcja ma pewne teorie, ale o tym może kiedy indziej), grzecznie radzimy czytelnikom – jeśli trzeba będzie, jesteśmy gotowi do zastosowania środków przymusu bezpośredniego – przed lekturą publikowanego poniżej opowiadania zajrzeć do archiwum Fahrenheita, do numeru 56 z roku 2006 i dowiedzieć się „Skąd odeszły bazyliszki”

 

RedAkcja

 

Po odejściu od ekranu reklamacji nie uwzględnia się.

 

 

Po pięciu latach mistrz znał każdy centymetr sufitu jak najlepszego przyjaciela. Mimo to czasem otwierał z chrzęstem zasuszone powieki i szukał pęknięć i nierówności, chociaż dobrze wiedział, że ich nie znajdzie. Jego uczennica regularnie inwestowała swoje honoraria w gładź i farby. Przynajmniej z tymi ostatnimi trzymała się od niego z daleka. Czasem czuł zapach świadczący o tym, że Krucza znowu przemalowuje swój pokój. Ostatnio zdarzało się to rzadziej, albo może jego węch nie działał już tak jak dawniej… Tak, to musiał być węch. Umierające ciało coraz gorzej funkcjonowało.

Nie żeby miał co z tym ciałem robić. Ruszyć się nie był w stanie, jeść ani pić już nie potrzebował… Kiedy tak leżał, wpatrując się w sufit lub w zawieszony na nim telewizor plazmowy, wydawało mu się, że wystarczyłoby mieć tylko głowę: oczy, uszy i mózg. Po co mu reszta? Tylko kurz na nim osiadał. Kurz, który Krucza regularnie i skrupulatnie usuwała miotełką, tak obojętnie skupiona, jak to tylko ona potrafiła.

Nie udała mu się ta uczennica, gadzia mać.

W ogóle do uczniów miał pecha, musiał to niechętnie przyznać. Niechętnie, bo nie tak łatwo stawić czoła prawdzie.

Pech nie przyszedł od razu, nie. Jako mały chłopiec Błażej znał tylko szczęście. Szczęście i biedę, które wspólnie wypełniały jego dziecięce życie. Wtedy, tak dawno, dawno temu, wszystko było proste – była wyczekiwana wiosna, było ciepluchne lato, były: pełna jabłek jesień i ciężka, ciemna zima. Był niewielki dom, ojciec, matka i pięcioro małych brzdąców w połatanych portkach i sukienkach. Były gęsi, których trzeba było pilnować, były pola, z których trzeba było zbierać plony, i była rzeka, do której nie wolno było dzieciakom chodzić, bo tam, w zakolu, czaiły się ponoć jakieś utopce.

Ech, dzieciaki… ciekawskie to, głupie swoją małą odwagą. Jasne, że nad rzekę się łaziło. Wyzywało się wzajemnie, kto podejdzie bliżej straszliwych zielonych utopców, tak blisko, żeby spojrzeć im w wodniste oczy. Piotrek od Józefów chwalił się, że tak zrobił, że oczy utopców są niebieskie, i że jeden do niego mrugnął. Łgał na potęgę, ale o tym Błażej przekonał się dopiero, gdy już na terminie u Włodzimierza będąc wlazł z gołymi nogami do zasiedlonego strumyka. Utopiec nie zamrugał do niego błękitnym oczkiem, tylko od razu złapał chłopaczka na nogę.

Wrzask młodego Błażeja ponoć niósł się daleko, daleko. Potem tak samo daleko niósł się jego płacz, gdy mistrz Włodzimierz spuszczał mu lanie na gołą dupę, pasem, cierpliwie – pomiędzy kolejnymi uderzeniami – tłumacząc uczniowi, gdzie błąd popełnił, żeby smarkacz się fachu porządnie nauczył. Czerwone ślady z tyłka znikły szybko, ale na łydce zostały chłopcu sine odciski wodniczych paluchów. Na pamiątkę, na wypadek, gdyby zapomniał.

Taki wypadek nie zaszedł, rzecz oczywista. Błażej pamiętał wszelkie nauki, i te które mistrz przekazał mu wieczorami, gdy grzali się w jego małej chatce, i te wyszeptane na łowach, te wygłoszone nad truchłem, i te wbite pasem w skórę też. Dlatego był z niego taki dobry łowca.

Szybko dorobił się przydomku Bykomłot i to było naprawdę coś. Włodzimierz był z niego dumny. Nie powiedział tego nigdy wprost, ale Błażej wiedział. Wyczytywał to z surowych rysów mistrza zawsze gdy go odwiedzał, poprzedzany wieściami o kolejnych udanych łowach.

Włodzimierz znad Pilicy był wielkim łowcą, ale ludzie szeptali, że uczeń przerósł mistrza, i to ledwie kilkanaście lat po zakończeniu terminu. Tak, Błażej miał być z czego dumny. Był łowcą nie tylko wielkim, ale wręcz legendarnym.

Szkoda tylko, że tak kiepskim nauczycielem.

Teraz, kiedy czasu na myślenie było sporo – ba, był czas tylko na to – Błażej często się zastanawiał, gdzie popełnił pierwszy błąd; kiedy przywołał swój pech. Czworo uczniów, trzy zagubione groby i jedna żywa, ale za to hańbiąca profesję, Krucza.

Żywa. To okazało się być ważniejsze od hańby. Nie tak Włodzimierz go uczył. Ale trudno, można pamiętać i nie przestrzegać. Byleby nie było kolejnej zagubionej mogiły, bylenie pakować do skrzyni kolejnego młodzieńczego dobytku, byle nie zastanawiać się, co z tym robić – trzymać, spalić, rozdać?

Wciąż miał usta, wciąż mógł mówić. Gdyby podjął wysiłek, dotarłby do jakiegoś łowcy, w końcu wystarczyło tylko poprosić Kruczą albo Szymona, żeby zadzwonili do któregoś ze starych druhów. Łowcy unikali umierającego Błażeja, nie wiedząc, jak mają się wobec niego zachować. Ale bezpośredniego wezwania żaden by nie zignorował. W końcu ten schnący półtrup, to wciąż był Błażej Bykomłot, który kaprysem losu miał szansę żyć tak długo, by doświadczyć, jak tworzy się jego legenda. Mistrz mógłby wtedy powiedzieć o tym całym MythPeace, o oszustwach Kruczej, o hańbie, jej i swojej, bo to przecież on ją uczył.

Ale nie umiał. Trzy ciała, które przyszło mu pochować – dzielna Bogna, pilny Zygmunt, wojowniczy Michał. Trzy twarze, które, wbrew wszystkiemu co mówiono o blednących wspomnieniach, pamiętał z każdym dniem coraz wyraźniej. Tyle wspomnień, zdolnych sprawić, że po jego suchych, szarych policzkach spływały suche łzy. Zawiódł ich. Kruczą też zawiódł. Nie powinien był jej szkolić, wiedział, że nigdy nie będzie z niej bardzo dobra łowczyni. A Włodzimierz zawsze powtarzał, że ten fach jest tylko dla najlepszych.

Czasu nie dało się cofnąć.

Może wcale nie powinien był brać uczniów? A może błędem było, że zaczął od dziewczyny? Włodzimierz nie miał zbyt wysokiego mniemania o łowczyniach. Błażej dobrze o tym pamiętał, ale Bogna… Bogna po prostu miała dar, i już.

Ściągnij tekst: