Milena Wójtowicz „Mythpeace: Gdzie wymarły wszystkie smoki” (3)

Opowiadania Milena Wójtowicz - 25 września 2013

I pokazywała, za każdym razem, aż…

Aż wreszcie to jej pokazano.

A właściwie pokazała. Niksa jej pokazała, wredna baboryba.

Pierwszy myciak, z jakim Bogna miała do czynienia. Jakoś się wcześniej nie złożyło, w okolicach grasowały głównie legendziaki, myciaki wcześniej poszły po rozum do głowy i zaczęły unikać ludzi. Coraz rzadziej się zdarzało, że ktoś się na nie uskarżał. Wcale to nie znaczyło, że przestały nękać ludzi – po prostu sprytniejsze się zrobiły, ot co. Legendziaki były głupie, ale myciaki swój rozum, gadzia mać, miały. I korzystały z niego…

Bogna wiedziała, czym się różnią jedne od drugich, podstawy wyłożyli jej z Włodzimierzem na samym początku. Ale głupia dziewucha założyła, że skoro z legendziakami się rozprawia raz dwa, skoro ich całe stado jej niestraszne, to i jeden myciak nie będzie problemem.

Błażej skarcił się w myślach. Głupia dziewucha – jasne, że była głupia. Młoda, niedoświadczona. Jej prawo. Ale on… On, do stu smoków, powinien być mądrzejszy. Powinien zauważyć, co się święci. Powinien przewidzieć… Ale nie przewidział. Bo też był głupi. Stary i głupi. Ta głupota mu nigdy nie przeszła…

A niksa nie dość, że myciak była, to i baba. Samica znaczy. A baba z babą jak się za kudły wezmą… Gdyby Błażej miał jeszcze w swoim wysuszonym gardle trochę śliny, splunąłby siarczyście.

Włodzimierz miał rację. Dziewczyna na terminie to jednak problem był. Chłopy jakoś spokojniej podchodziły do łowów na stworzenia tej samej płci. Ale dziewuchy… Bogna sama z siebie była zapalczywa i zacięta. A im bardziej im się ta niksa wymykała, tym bardziej zapał i zaciętość młodej łowczyni rosły…

Wtedy łowili z dala od domu, aż zza Odry po nich posłano, bo i tam sięgała sława Bykomłota. Tamtejsi gospodarze dobrze płacili i nie szczędzili wyśmienitego piwa przy wieczornych posiłkach. A wieczornych posiłków było mnóstwo, bo niksa, diablę jedne, przebiegła się okazała. Drwiła z nich w żywe oczy, nie dawała się złapać, umykała w ostatniej chwili. Błażej wiele razy musiał hamować rozwścieczoną Bognę, gotową z gołymi rękami rzucić się za plugastwem w gąszcz.

Powinno mu to dać do myślenia.

Powinien lepiej pilnować Bogny. Powinien zrezygnować z wyśmienitego piwa i pysznych kiełbas wieczorami. Powinien mieć dziewuchę na oku.

Może by wtedy jeszcze pożyła.

Nawet nie zauważył, jak pewnego wieczora wymknęła się ukradkiem z osady, uznawszy widać, że bez spowalniającego ją i postponującego jej działania starego raz dwa złapie diablicę i zatłucze.

A on pił, jadł, śmiał się, ucztował, opowiadał historie o tym, jak to na straszliwe bestie polował, i sycił się jadłem, i podziwem miejscowych. Jak ostatni dureń. Jadł, pił, śmiał się, a w lesie nieopodal Bogna toczyła walkę na śmierć i życie. I przegrywała.

Kiedy dojrzał wreszcie, głupiec jeden, że dziewczyny nie ma, nie musieli jej daleko szukać. Niksa, złośliwe, podłe stworzenie, podrzuciła im ciało pod sam nos, najbliżej jak mogła.

Po włosach ją poznał. Twarzy nie miała, zmiażdżył ją cios straszliwego rybiego ogona. Wzorki z płetwy się nawet odbiły.

Przez lata męczył go koszmarny sen: widzi twarz Bogny, widzi, że jej głowa spoczywa na kamieniu nad brzegiem rzeki… i widzi wielki, rybi ogon, który nagle wyłania się z wody i jednym ciosem niszczy wszystko, zostawiając tylko krew i śmierć. I słyszy śmiech, straszliwy drwiący śmiech.

Dopadł tego potwora, rzecz jasna. Zabił, bez litości, okrutnie, niemal zmasakrował. A mimo to bestia nadal śmiała się w jego snach. Co noc.

Twarz Bogny – rybi ogon – cios – śmierć.

Wtedy zaczął pić.

Straszliwie, ciągiem. Sam nie był pewien, jak długo to trwało, dni, noce, tygodnie zlały się w jedno. Pomiędzy śmiercią Bogny, a dniem, kiedy Włodzimierz przyłożył mu w łeb, w jego pamięci wszystko było mętne i niewyraźne.

Z tego stanu wyciągnął go właśnie Włodzimierz i jego mocna ręka. Gdyby nie stary mistrz, dobrze by się to nie skończyło. Kto wie, może by się Błażej nawet na śmierć zapił.

Ale Włodzimierz na to pozwolić nie zamierzał. Miał silną rękę, miał na podwórku studnię z zimną wodą i wreszcie miał lata doświadczeń za sobą i dobrze wiedział, jak to jest stracić ucznia.

Wiele wieczorów przegadali, wiele przemilczeli. Pomogło.

Błażej całkiem przestał pić, wrócił do łowów. O tym, żeby brać kolejnego terminatora, nie myślał.

Aż do dnia, kiedy spotkał Zygmunta.

Chłopak miał może z jedenaście lat, był wyrośnięty, bystry, zdolny. Miał wszelkie zadatki na dobrego i odpowiedzialnego gospodarza. I pewnie takim by został, gdyby nie inwazja domowojów, jaka spadła na jego wioskę.

Błażej zawsze podejrzewał, że ten najazd to była część jakiegoś większego planu. Raz tylko się ze swoimi podejrzeniami zdradził i Włodzimierz go wtedy wyśmiał. Jak to, takie kreatury miałyby jakieś plany robić? Zorganizowane podboje? Tak, wtedy to się wydawało śmieszne. Ale dziś, gdy Błażej wiedział dla kogo tak naprawdę pracowała Krucza… Dziś to miało o wiele więcej sensu niż wtedy.

Zaczęło się od Janka. Po śmierci męża matka Zygmunta została sama na gospodarstwie z kilkuletnim wówczas smarkiem. Raz dwa pojawili się chętni do zaopiekowania się wdową, gospodarką, a nawet dzieciakiem. Za jednego z nich matka wyszła za mąż i szybko powiła mu syna. Właśnie Janka. Maluch był żwawy i żywy, zaglądał w każdy kąt, pod każdy kamień, za każdy krzak. Wymarzony cel.

Za którymś z tych krzaków coś znalazł. Błażej mógł sobie wyobrazić, jak to było. Dzieciak kręcił się po okolicy, jak to dzieciak. Z pięć lat wtedy miał, cały świat go ciekawił. A w gospodarstwie masa roboty, to i nie bardzo było komu szczeniaka pilnować… Normalne, tak to bywa. Mały pewnie odszedł kawałek od domu, dalej niż zwykle, za daleko. Pecha miał i tyle. Kto mógł przewidzieć, że domowoje tak się zbiorą i zaatakują razem? Niby myciaki, to i zmyślniejsze, ale żeby aż tak…

Ciężko było dojść, jak to się wszystko zaczęło, a i po fakcie nie było kogo pytać. Zresztą – pytać domowoja? Rozmawiać z nim? A tfu, gadzia mać, kto na taki durny pomysł by wpadł? Można było się tylko domyślać, że z jakichś powodów stworzenia zebrały się w stado – a to już samo w sobie było niezwykłe, domowoje żerowały i żyły samotnie – i postanowiły napaść i zająć upatrzoną wioskę. To byłby wyczyn nie lada, czegoś takiego w całej spisanej historii łowców nie było.

Ściągnij tekst:
Strony: 123456789

Mogą Cię zainteresować

Peter Clement „Mutacja”
Fantastyka Fahrenheit Crew - 24 lipca 2008

Rebis Na hawajskiej wyspie Oahu kilkulatek umiera nagle z powodu choroby rozpoznawanej dotąd jedynie…

Chuck Wendig „Już nie piję”
Opowiadania Chuck Wendig - 24 kwietnia 2013

– Naprawdę dużo czasu już minęło – mówi raz jeszcze, a ona nie jest…

Spis numerów i pdf
Archiwum Fahrenheita Fahrenheit Crew - 23 lipca 2018

Fahrenheit nr 01 – 06-1997 / 07-1997? Fahrenheit nr 02 – 10-1997 / 11-1997…

Do NOT follow this link or you will be banned from the site!