Milena Wójtowicz „Zanim mchem obrosły trolle” (4)

Wyglądała zupełnie inaczej… No, w sumie nic dziwnego, w roboczych łachach nie chodzi się na zakupy, a ona szła właśnie w stronę pobliskiego hipermarketu. Ubrana była w dżinsy i jakąś niekształtną kurtkę. Włosy miała schowane pod czapeczką z daszkiem. Nie wyglądała na pogromczynię potworów. Prawdę mówiąc, w ogóle nie wyglądała. Gdyby nie to, że wiedział, kto się pod tą kurtką kryje, nie spojrzałby na nią po raz drugi.

Dopiero kiedy szukał miejsca do zaparkowania, wyciągając jednocześnie szyję i wytężając wzrok by dostrzec ją w zapadającym zmroku i upewnić się, czy łowczyni na pewno wejdzie do sklepu, czy może pójdzie gdzieś dalej, przypomniał sobie o wszystkich swoich rozważaniach na temat igrania z ogniem.

Zaparkował, zgasił silnik, na chwilę zamknął oczy.

Pal licho. No risk, no fun.

Mimo że prawie biegiem wpadł do galerii handlowej, łowczyni zniknęła mu z oczu. Zaklął pod nosem. Jeśli weszła na teren hipermarketu, to szukaj wiatru w polu, chyba żeby zajął się czatowaniem przy kasach. Ale jeśli poszła do któregoś ze sklepów w pasażu handlowym… Nie wzięła z parkingu koszyka, więc może rzeczywiście była w galerii.

Szybkim krokiem przemierzał pasaż, zaglądając przez szyby do sklepów. Znalazł ją w końcu, ku swojemu zaskoczeniu, w zoologicznym. Oglądała myszoskoczki. Ich klatki stały tuż przy witrynie i kiedy podniosła wzrok, dostrzegła go, stojącego po drugiej stronie szyby.

Nawet nie drgnęła. Cholera, naprawdę liczył, że jednak coś zrobi. Uśmiechnie się kusząco. Wyciągnie katanę i z wrzaskiem rzuci się go mordować. Coś. Cokolwiek. A ona spojrzała na niego niemal obojętnie i wymieniła jeszcze kilka uwag ze sprzedawczynią, podczas gdy on, jak głupek, tkwił po drugiej strony witryny i gapił się na nią.

Już prawie zdecydował się zmyć stamtąd jak najszybciej, kiedy w drzwiach sklepu stanęła Krucza. Nie podeszła do niego. Stała tam, z rękami w kieszeniach, obojętna i chłodna. I patrzyła na niego.

Podszedł do niej. Skoro się powiedziało A, należało powiedzieć B. O ironio, najbardziej prawdopodobne było, że powie właśnie „beee” albo wyda z siebie jakiś podobny, oszałamiająco kreatywny odgłos. Kiedy ją zobaczył, zajechał pod hipermarket, łamiąc przy tym, zdaje się, jakiś przepis ruchu drogowego – prawdę mówiąc, nie był do końca pewien, czy go złamał, czy nie. Zwyczajnie nie zauważył, po prostu nie myślał, co robi. Potem biegiem wpadł do sklepu i zaczął jej szukać – po co? znał jej adres, nie było obaw, że mu ucieknie. A teraz ją znalazł. I nie miał absolutnie, ale to absolutnie pojęcia, co robić.

Powiedzieć: „nie zabijaj mnie”? „Cały czas o tobie myślę”?

Powiedzieć po prostu: „cześć”?

Zanim zdążył się zdecydować, ona lekkim skinieniem głowy wskazała na restaurację znajdującą się kilkanaście metrów dalej. A potem po prostu do niej poszła, nie oglądając się na niego.

Nie miał wyboru. Poszedł za nią. Zupełnie jak pies uwiązany na smyczy.

Usiadła przy stoliku przodem do szyby wychodzącej na hall galerii handlowej. On naprzeciwko niej. Nie mówili nic, póki nie przyszedł kelner. Ona zamówiła sok, on – właściwie nie zastanawiając się w ogóle co mówi – to samo.

Dopiero kiedy kelner odszedł, cisza stała się naprawdę krępująca.

– W CV nie ma twojego imienia – powiedział w końcu. Coś trzeba było powiedzieć, a imię… no cóż, nie umiał określić, jakie do niej by pasowało. Przydomek był taki… nieosobisty. Wpisywała go przecież nawet w CV. Imię ukrywała. Do tej pory myślał o niej per „ona”, a to tylko przydawało jej tej cholernej kuszącej tajemniczości.

Rzuciła mu krótkie, badawcze spojrzenie.

– Łowcy używają przydomków.

– Wesolutki Jędrzej, Anastazy Cztery Włócznie, Błażej Bykomłot – wyliczył, rozmyślnie dodając do dwóch wielkich łowców jej mistrza. – Ale ty masz tylko przydomek. Nie pamiętam twojego imienia ze szkoły – przyznał się nagle. Przyszło mu do głowy, że może nie powinien jej tego mówić. Ale z twarzy Kruczej nic się nie dało wyczytać, absolutnie nic. Tomasza doprowadzało to niemal do szału: dziewczyna wydawała się absolutnie, całkowicie pusta. Była niemal swoją własną karykaturą. Nie odzywała się niepytana, nie podtrzymywała rozmowy, nie okazała ani odrobiny myśli czy uczuć. To było wręcz nienaturalne. Miał wrażenie, że ona sobie z niego drwi.

– Widocznie nie było warte zapamiętania – powiedziała spokojnie.

Kelner przyniósł dwie szklanki z napojami. Dopiero teraz zauważył, że zamówił sok pomarańczowy, którego nie znosił.

– A dlaczego Krucza?

Przez chwilę myślał, że znowu udzieli mu wymijającej odpowiedzi. Najpierw spojrzała mu prosto w twarz, a jej spojrzenie było chłodne i nieodgadnione, potem jej wzrok powędrował gdzieś za jego plecy, a potem… Uśmiechnęła się nagle. Do niego.

– Wiwerna osmaliła mi kiedyś włosy. I całą głowę. Koszmarnie. Wyglądałam, jakbym wytarzała się w sadzy. Co gorsza, nie dawało się tego zmyć. Trzy dni chodziłam osmalona, a potem jeszcze przez dwa tygodnie wyglądałam na niedomytą. Mistrz zaczął mnie przezywać czarnym krukiem. I tak zostało.

Pochyliła się i objęła wargami słomkę. Pociągnęła łyk soku.

A potem zaczęła mówić dalej. O łowach, o potworach, o przygodach. Przez cały czas patrzyła prosto na niego, nawet kiedy białymi zębami chwytała niesforną rurkę, żeby napić się soku.

– To była strasznie wielka wiwerna. I sprytna. Napatoczyła się nam przypadkiem, gdy szukaliśmy w Grecji trolli. Byłam jeszcze wtedy na terminie, dopiero zaczynałam szkolić się na łowcę. Mistrz był zdania, że jeszcze za wcześnie na to, żebym polowała na takie bestie jak wiwerny. W zasadzie trolli też nie mieliśmy w planach, ale na dwa dni przed wyjazdem mistrz zgodził się przyjąć zlecenie, bo było banalne – żadnych żywych legendziaków, tylko wyprawa w góry w poszukiwaniu skruszałych trolli. Nie wiesz, o co chodzi z trollami? To wielkie, zwaliste i niezwykle szybkie stworzenia. Ale szybkie tylko w stanie aktywności – to ma jakiś związek z metabolizmem. Dokładnie nie jestem w stanie tego wyjaśnić, nie uczyłam się tego, jak te stworzenia żyją, tylko jak je można zabić. A zabić jest je bardzo łatwo, właśnie dzięki temu metabolizmowi. W stanie aktywności są szybkie i niemalże niepokonane – w każdym razie w starciu jeden na jeden nawet bardzo dobry łowca nie miałby szans. Ale szybko mogą się poruszać tylko przez pewien okres czasu. Potem metabolizm gwałtownie zwalnia, aż troll znajdzie się w stanie przypominającym hibernację. W zależności od rozmiarów i wcześniejszej aktywności taki stan trwa od kilkudziesięciu godzin do kilkudziesięciu dni. W tym czasie są praktycznie bezbronne, co nie oznacza, że siedzą takie wielkie na widoku. Maskują się. Niewprawne oko nie odróżni takiego trolla on kawałka skały czy drewna, choć oczywiście dokładniejsze oględziny plus ewentualnie obmacanie obiektu zdradzają jego prawdziwą tożsamość. Z obmacywaniem jednak lepiej uważać, jeśli okres hibernacji trolla zbliża się ku końcowi, to bodziec może go przerwać – a wtedy nagle ma się przed sobą nie kawałek niby-skały, tylko wielką i cholernie szybką bestię. Dlatego lepiej nie dotykać, tylko od razu zabić, ale ostrożnie, tak, żeby nie naruszyć skóry. Za skórę najlepiej płacą. W Azji ją suszą, mielą i przerabiają na jakieś lekarstwo. Nie wiem, czy skuteczne, ale straszliwie drogie. Zleceniodawca miał dojścia handlowe i dogadał się z mistrzem – pół sumy uzyskanej ze sprzedaży dla niego, pół dla nas. Trolli w górach podobno było z pięć, więc zarobek byłby słuszny, o ile tylko mielibyśmy do czynienia z młodymi osobnikami. U starych skóra jest w gorszym stanie, podczas okresu hibernacji często porastają ją mchy i obłażą owady. To psuje jakość. Chociaż, prawdę mówiąc, nawet skóra ze starego osobnika jest wiele warta. Na łowy wyruszyliśmy we troje, mistrzowi i mnie towarzyszył lokalny łowca, choć właściwie nazwanie go łowcą to przesada. Nie był specjalistą, nie takim jak my, po prostu odrobinę bardziej wyuczonym myśliwym. Mistrz Błażej bardzo go szanował i powtarzał, że powinnam patrzeć uważnie i uczyć się od niego, skoro mam okazję. Więc patrzyłam. Znaleźliśmy trzy trolle, pierwszego zabił miejscowy myśliwy, drugiego Błażej, trzeciego pozwolili zabić mnie. Miałam straszną tremę, chociaż oczywiście nie przyznałam się do tego. Trolle zabija się długim, cienkim ostrzem, żeby jak najmniej uszkodzić skórę. Wbija się tak, żeby przebić serce, albo wątrobę. Udało mi się, rzecz jasna. To była czwarta bestia, jaką zabiłam. Na początku jeszcze je liczyłam. Skórę też mi pozwolili ściągnąć. I wszystko by poszło łatwo i prosto, gdyby nie to, ze gdzieś w okolicy ukrywała się wiwerna. Musiała tam przebywać od niedawna, inaczej przyjaciel mistrza by ją wytropił. Potwór wyczuł świeże mięso trolla. To dla legendziaków łakomy i rzadki kąsek. Same nie są w stanie wytropić zahibernowanego trolla – przestaje on wtedy wydzielać zapach. A atakowanie trolla aktywnego to trudna sprawa. Zatem kiedy wiwerna wyczuła świeże trollowe mięso, rzuciła się, by je pożreć. To, że było obok nas troje, nie miało znaczenia, wiwerny nie boją się ludzi, w każdym razie nie samotnych albo skupionych w małych grupkach. Wiwerny, zanim zaatakują, zastraszają przeciwnika dymem – właściwie to nie jest sam dym, ale też splunięcie. Mają przy przewodzie pokarmowym takie zakole, gdzie gromadzi się specjalna mieszanka – coś jakby ślina wymieszana z sadzą. Trafiła tym prosto we mnie, bo byłam najbliżej trolla, no i nie miałam jeszcze refleksu. Okropieństwo. Dech mi zaparło od dymu, a ta lepka ślina skleiła mi oczy i wleciała do ust. Mistrz i jego przyjaciel walczyli z potworem, a ja parę metrów dalej rzygałam jak stado kotów. Zanim skończyłam, już było po wszystkim. Od razu było widać, że się na tym znają. Wiwerna nie miała żadnych szans, a ja nawet nie zobaczyłam, jak ją zabijają. Mistrza strasznie to wszystko rozbawiło, tydzień się ze mnie śmiał.

Ściągnij tekst:
Strony: 12345

Mogą Cię zainteresować

Lista książek rekomendowanych przez jury Andre Norton Award
Aktualności Fahrenheit Crew - 14 marca 2017

W ramach przyznawanej przez Stowarzyszenie Amerykańskich Pisarzy Fantasy i Science Fiction Nagrody Nebula, oddzielne wyróżnienie…

Zobaczcie film z promocji „Drozdów”
Aktualności Fahrenheit Crew - 15 maja 2013

W natłoku komunikatów prasowych, reklam i list bestsellerów trudno zainteresować czytelnika nową książką. W księgarniach…

O bogini!
Recenzje fantastyczne MAT - 19 lipca 2018

Freja w mitologii nordyckiej była bóstwem z jednej strony wegetacji, miłości i płodności oraz magii, lecz z drugiej…

Do NOT follow this link or you will be banned from the site!