Natalia Mietielewa „Północne psy”

Opowiadania Natalia Mietielewa - 28 listopada 2012

Lato zostało w ojczyźnie. Na północy z początkiem sierpnia zaczynała się jesień – z popielatym niebem, pożółkłą trawą i przenikliwym chłodem polarnego dnia.

Tylko ja zeszłam z parowca. Na przystani siedziała w kucki grupka dzieci – milczących, poważnych, o nieprzeniknionych twarzach. Nikogo nie witały – patrzyły na parowiec, nie zwracając nawet uwagi na wyładunek i załadunek worków z pocztą. Gdzieś wściekle szczekały psy.

Szkoła nie znalazła mi jeszcze kwatery, ale starsza fizyczka, która nie wróciła dotąd z urlopu, zaproponowała czasowy azyl w swoim domu i dyrektor zakomunikował przez telefon, że klucz mogę odebrać w szkole. Udałam się więc od razu do drewnianego budynku z walącymi się kominami.

Ze szczytu wzniesienia zobaczyłam coś niepojętego: szeroką, gruntową drogą okrążającą pagórek, czołgał się pierścień – mniej więcej piętnastometrowej średnicy – z nierówną, poruszającą się obręczą. To jego powolnemu przemieszczaniu się towarzyszyło przeszywające szczekanie.

Kiedy pierścień przypełzł bliżej, zauważyłam, że składa się z mnóstwa psów. W centrum tego żywego kręgu wlókł się stary Chant – rozczochrany, w wyliniałym kaftanie, z długą pałką w ręce. Zsunięty kaptur odsłaniał siwy warkocz zakończony czerwonym, szmacianym węzłem, opadający na ramię zmierzwionym wężykiem.

Starzec zatrzymał się, krzyknął coś, stukając pałką o ziemię. Psy histerycznie pisnęły, odskoczyły i natychmiast, z podwójną zajadłością, rzuciły się do obszczekiwania. Ale ani jedna rozwścieczona kulka nie przecięła niewidocznej granicy. Staruszek, szurając nogami i wspierając się na sękatym kiju, ruszył dalej. Psy, zachowując prawie idealną formę kręgu, także ruszyły: te z przodu cofały się, z tyłu – nacierały. Ochrypły, ale ich wściekłość nie malała.

Starałam się potem dopytać kolegów, co to właściwie było, ale odpowiadali krótko: psożerca. Północne serca – obcym niełatwo je zmiękczyć.

 

***

Liczne chaty w osiedlu spały, przykrywszy okna okiennicami albo firankami czekały na gospodarzy. Dopóki Ob spławny, latem prawie wszyscy miejscowi wyjeżdżają za pracą. W przekrzywionej ruderze stojącej na uboczu, jakieś pięćdziesiąt metrów od domu nauczycielki, okna bez firanek szarzały wiekowym brudem. Ogrodzenia także nie było – tutejsi nie marnują drewna na płoty, to tylko przyjezdni się ogradzają. Doszłam do wniosku, że chantyjski domek już dawno został porzucony.

W domu fizyczki zalatywało stęchlizną. Na kuchennym stole leżała notatka. Pośpieszne gryzmoły z prośbą o odbieranie poczty i numer telefonu. Bezużyteczna informacja: ani prefiksu, ani nazwy miasta, do którego wyjechała Jekatierina Pietrowna nie było. W skrzynce żadnych gazet – nie ma sensu prenumerować na lato. Dwa listy bez adresu zwrotnego powędrowały na milczący telewizor. Radio też nie działało. I dobrze. Żadnych kompromisów ani pokus, by szukać cywilizacji w tundrze. W szkole do września nie było nic do roboty, więc zanurzyłam się w milczącą samotność.

Rozpakowując torbę, natknęłam się na pasterski rożek z kory brzozowej. Przypadkowy upominek wręczony w trakcie przelotnego spotkania – ofiarodawca stał jak raz obok straganu z pamiątkami. Powiodłam palcami po korze, przywołując w pamięci jego oczy – obojętne, puste. Po co wzięłam ten przedmiot? Tu nawet krów nie ma, tylko nieładne, krępe, podobne nierealnym stworzeniom jelenie.

 

***

 

Pod wieczór następnego dnia wyszłam złagodzić swoją bezczynność na ganek. Polarny dzień jest wspaniały, ale trwa zbyt długo. Gapienie się na zachód słońca, irytująco powoli opuszczającego się na daleki pasek Uralu, to atrakcja, która staje się nudna już na samym początku. Gitara została za Uralem, a jak bez niej śpiewać? Zresztą śpiewa się sercem, a ono zgubiło się tam, dokąd odchodzi słońce, skąd nie wracają ukochani i żaden pasterski rożek nie pomoże go odnaleźć.

Nigdy nie podejrzewałam, że kora brzozowa może wydać taki gwałtowny i równocześnie popiołowo-smutny dźwięk, współgrający z moim nastrojem i beznadziejną tęsknotą. Od takiego dźwięku powinny pękać i płakać kamienną lawiną ściany twierdzy. Ale w tym niedużym osiedlu na brzegu Obu nie było kamiennych ścian, a na Uralu, który zaznaczał horyzont na zachodzie, może i osunęło się parę brył, ale góry ani drgnęły.

Za to sąsiednia chata po pierwszym dźwięku ożyła. Coś zawyło i rzuciło się w moim kierunku. Trzy antracytowe cienie. Psy. Skoczyłam w otwarte drzwi za plecami, ale kudłate sylwetki stanęły jak wryte i wyły przed niewidzialną granicą, za którą prawdopodobnie zaczynało się już moje terytorium. Przypomniał mi się stary Chant w środku szczekającego kręgu. Ale ja przecież nie jem psów. Czyżby tajemnica kryła się w kiełbasie, kupionej na śniadanie w miejscowym sklepie?

 

***

 

Gospodarzy chaty nie widziałam ani razu, ale od tego wieczoru stale wałęsały się tam psy. Wszystkie czarne, bez ani jednej łaty, szczupłe i potężne. Piękne zwierzęta. Nie oddalały się od chałupy, nie kręciły po osiedlu jak inne kundle, chociaż nie były uwiązane. Każdego dnia musiałam przechodzić obok tych bestii, umierając ze strachu, że rzucą się na mnie ujadając wściekle.

Po drugim przejmującym solo na rożku uciekły. Tylko jedna psina została i teraz w milczeniu warowała przy granicznej kępie. Na moje nieme pozwolenie zbliżyła się ostrożnie i otrzymała w nagrodę kawałek chleba. Poczęstunek został grzecznie przyjęty. Razem z imieniem – Carmen.

Od tamtej pory przywoływałam ją dźwiękiem rożka, jak świętą krowę, i pewnego razu pozwoliła się pogłaskać. Chyba kiedyś ktoś ją głaskał – ten prosty, przyjacielski „uścisk dłoni” wywołał tyle zachwytu, że z kruczoczarnej, białokłej bestii migiem przekształciła się w koziołkującego, popiskującego malucha.

Jej porywcza miłość okazała się bezgraniczna. Szczeniaka podarowanego mi przez kolegów omal nie zagryzła, nie mógł nawet wysunąć nosa na ulicę. Trzeba było zwrócić prezent. Gdzie bym nie szła – do świecącej pustkami szkoły, sklepu albo na niedaleki spacer dzikimi brzegami Obu – Carmen była przy mnie. Kiedy zdarzało mi się na ulicy zamienić parę słów z którymkolwiek z nielicznych znajomych, czarna duenna wiernym cieniem kładła się przy nogach i bezgłośnie obnażała kły. Znajomi szybko się żegnali i nikt nie dotrzymywał obietnicy zajrzenia wieczorem na pogaduszki. Mnie także nie zapraszano.

Ich nie interesował mój wyblakły świat, świat muchy, która chowa się w szczelinie, by uniknąć męki brzęczenia o codziennych problemikach. Mnie nie pociągał ten ich, który obracał się w przeciwną stronę. Oświetlały nas różne słońca i nasze równoległe światy przecinały się jak cienie padające na piasek. Samotność stała się ogłuszająca.

Co wieczór na ganku Carmen układała głowę na moich stopach i łączyła swoje dzikie serce z moją, także dziką, nieodłączną, palącą żywym ogniem tęsknotą – to za domem, to za światem, za pozostawionymi przyjaciółmi, niezakończonymi dyskusjami, nieupolowaną kaczką, nieprzeczytanymi książkami, niedognanym jeleniem, dopalającą się świecą, zdradzoną miłością, zrujnowanym życiem, które zostało w dalekim mieście.

Ściągnij tekst:
Strony: 123456

Mogą Cię zainteresować

O romansach dla kucharek
Recenzja fantastyczna Fahrenheit Crew - 28 kwietnia 2012

Ju Honisch Obsydianowe serce, t. 1,2 Tłum.: Robert Kędzierski Fabryka Słów 2011…

Aniołowie na bezdrożach
Recenzja fantastyczna nimfa bagienna - 30 stycznia 2017

Co jest siłą, a co słabością twórczości Mai Lidii Kossakowskiej? Agnieszka Chodkowska-Gyurics dzieli…

8. Warszawskie Targi Książki
Aktualności Fahrenheit Crew - 15 maja 2017

W najbliższy czwartek (18 maja) o godzinie 10.00 na Stadionie Narodowym (PGE Narodowy, al. Księcia Józefa Poniatowskiego 1)…

Do NOT follow this link or you will be banned from the site!