Natalia Mietielewa „Wściekłość” (2)

Opowiadania Fahrenheit Crew - 22 listopada 2013

– Nie palę i bezbronny.

– Nazwisko, tytuł?

– Les Biełow, pasażer z trzeciego poziomu. Pokazać bilet, kontrolerze?

– Yhy – złośliwie burknął żywiczny bas – tylko włącz światło, bo numeru nie zobaczę.

– Co się stało? – mimo wszystko ciągle miałem nadzieję na banalny wypadek, ale kostniejące ze strachu wnętrzności wyczuwały – wpadliśmy, jak śliwka w kompot i nikt nie zaręczy, że wydostaniemy się żywi.

– Co się stało? Bal maskowy, kurczę – zaklął niewidoczny w ciemności posiadacz basu. – Odpełzać wzdłuż ściany w prawo. I cicho. Nie krzyczeć, nie szukać swoich. Za kwadrans będzie apel, wtedy się dowiesz.

Zrobiłem krok w nakazanym kierunku. Objęły mnie czyjeś ręce, gorący szept momentalnie ogrzał policzek:

– Les! Żywy! Jednak jest Bóg na świecie.

– Masz rację, Janka!

* * *

Nie zauważyliśmy, kiedy zatrzasnęła się pokrywka „puszki”. Po prostu, bas „kontrolera” nie odezwał się na apelu. Kapitan natychmiast rozkazał wszystkim odsunąć się od śluzy. Tłum zachwiał się i mnie z Janką wgniotło w ścianę, która dziwnie się ugięła. Okazało się, że już jej nie ma, zastąpiona została czymś śliskim, sprężystym.

– Witajcie w tyłku Boga! – dociął Wład. Gdybym mógł się pochwalić jego optymizmem!

Przejście do przedziału, gdzie była śluza, zniknęło. Ciemność, która je kryła, okazała się żarłoczna – łykała z cmokaniem.

I ani jeden piezorek nie działał.

I stało się światło…

* * *

Skazanemu nie można pomóc. Zawisa nad głowami – pogrzebowe ognisko z samego siebie. Świeci koszmarną lampą, a puszka wypełnia się powietrzem z zapachem ozonu. A dalej – różnie. Niech ktoś inny opowiada, jak niewidoczne ryby zaczynają dziobać robaka i jak go wsysają.

I znów – ciemność. Ciemność – to dobrze. To znaczy – nikt teraz nie umiera.

* * *

Zauważyliśmy: śpiących żraby nie brały. Wszyscy zaczęli spać do granic możliwości albo po prostu leżeć, gapiąc się w nicość, starając się nie ruszać. Każdy bał się uczynić to jako pierwszy.

W ciągu doby wzięto trzech. Manny było po kostki. Wład wysnuł przypuszczenie: karmią nas na silę – jesteśmy zbyt cherlawi.

* * *

Świetliki palą się prawie godzinę. Alena, żona Kapitana, kilka godzin wisiała nad nami. Dlaczego – wiedzą tylko żraby, ale ich nie spytasz. Hurmem trzymaliśmy jej męża, przyciskając do podłogi, żeby nie rzucił się zdychać razem z nią. Trzymaliśmy, póki nie wychrypiał z wypalającą się, nienawidzącą wściekłością:

– Słuchajcie skazańcy! Mamy zadanie! Dezerterom – wieża!

Myśleliśmy – Kapitan kaput, zbzikował chłop. Ale nie. Każdemu znalazł zajęcie, DOPÓKI JASNO. Sprawdzać, który sprzęt ocalał, remontować, co się da, naprawiać odzież. Sam rzucił się do zablokowanej śluzy w tym samym przedziale… i nic się nie stało. Okazało się, że jest dostęp do śluzy. Jest! Dłubał przy niej około trzech godzin, ledwie zdążyliśmy go oderwać, kiedy w świetlika Aleny wreszcie dziobnęło i światło zaczęło powoli blaknąć.

* * *

Janka ryczała – głucho, wtuliwszy się we mnie. Moje ręce błądziły po jej lepkich włosach, czyszcząc je ze skrzepów manny.

– Ciszej, dziecino.

– Nie mogę! To jeszcze gorzej, Les – nic nie ważący szept gorącem oblał ucho. – Już nie straszno – przykro! Jak wyobrażę sobie taką martwą żarówkę, a żywi na dole krzątają się rzeczowo, zaszywają kurtki… i cieszą się z takiego światła! Gorzej, niż zwierzęta!

– Gorzej padać łapkami do góry i czekać, kiedy rozdepczą.

– To nieludzkie! Człowiek zawsze szanował cudzą śmierć. Zawsze! A tu… cyniczna utylizacja wszystkiego!

– Śpij, dziecino. Niech martwi chowają swoich nieboszczyków…

Zaszlochała.

– Hej, z prawej burty, spać! – zawarczał Wład.

– To niemożliwe! – poruszyli się w ciemności pozostali.

Kapitan milczał. Gdzie on jest? Śluza nie zawsze mlaszcze, kiedy znikają tam ludzie.

– Dowódco!

– Nie wrzeszcz, nie jestem głuchy – odezwał się dowódczym głosem daleki kąt przy samej śluzie. – Komu sprzykrzyło się tu żyć?

Westchnienie ulgi, podobne do szumu wiatru w niewidocznym lesie. W spoconym, śmierdzącym lesie.

– Znaczy, tak, chłopy… i ty, lejdi! – Kapitan był jak zawsze złośliwy i skupiony. – Bunt odwołany. Korzystać będziemy z każdej sekundy światła, jakie by ono nie było. Rozumnie korzystać, debile! Sorry, lejdi! Nie drętwieć w modlitwie, w gównie albo w czymś tam jeszcze, w czym drętwiejecie. Jeśli ktoś jeszcze nie zrozumiał, wyjaśniam: żraby przestają obserwować nas od momentu, w którym wybrali robaka. Puszka jest w tym czasie bez nadzoru. Trzeba tylko rozbić pokrywkę.

Wład ożywił się, radośnie szturchnął mnie w bok niezajęty przez Jankę:

– I na pewno rozbijemy! Mam hipotezę, Kapitanie. Może oni ślepną?

– Idź, sprawdź, okulisto! – Trucizny w dowódczym głosie wystarczyłoby dla wszystkich mraży i żrabów, gdyby siedzieli w naszej puszce. – Najważniejsze w tym momencie, wypełznąć, póki jeszcze jest komu. Kto pragnie, może pozostać. Jasne? Wszyscy spać!

Sprzeciwów nie było, ale Janka sapała protestująco pod moją pachą.

Kiedy wszyscy się uspokoili, Wład przedostał się na jej stronę, omal nie rozgniatając nas przy tym przemieszczeniu swojej tuszy i opowiedział bajkę na dobranoc o wyrwanym sercu. Niech żyje aztecki stoicyzm!

– On sam tak zdecydował – upierała się Janka – a tu… ludożerstwo i… w ogóle zgroza.

– Wiesz, przyjaciółko…

– Hej, nawet nie myśl! – Wyszczerzyłem się z przyzwyczajenia.

– Hyy – zarżał Wład, ale natychmiast spoważniał. – Nie przerywaj, Les! Mam ważną wiadomość. Myślę, że świetliki zachowują świadomość do końca.

Kiedy do nas dotarło, CO on powiedział, Janka szarpnęła się niczym jaszczurka w stronę ściany. Chyba zwymiotowała. Inna sprawa, kiedy jest ci obojętne, co z tobą i dookoła ciebie się dzieje, kiedy jesteś martwy, bo – jesteś martwy. I wstydu nie masz. Ciebie – nie ma. Nigdzie. Ale umierać TAK i być świadomym WSZYSTKIEGO?! Zabić tego Włada. Natychmiast.

– Zamknij się, Wład! – zagrzmiał ze swojego kąta wszystkosłyszący Kapitan.

Rozbudzony naród zaburczał jeszcze głośniej: najgłówniejszy buhaj szedł do nas po głowach i brzuchach zależnych.

– Zamknij się! – powtórzył nad samym uchem już bardzo cicho, prawie czule. – Tak nie można, maluchu. Pomyśl dobrze, a potem… pomyśl jeszcze lepiej i zrozumiesz, dlaczego.

I nasz grubas zatkał się, co też było niemożliwe: jeśli Wład uważał, że ma rację, to nie ukrywał przed światem ciężkich przyczyn pewności. A jeśli nie uważał, to i nie paplał nigdy. Za to lubili go wszyscy, a Janka po prostu uwielbiała.

Ściągnij tekst:
Strony: 12345

Mogą Cię zainteresować

Wyniki konkursu PS: Memento Mori
Konkursy A.Mason - 18 kwietnia 2019

Przedstawiamy wyniki i najlepsze odpowiedzi w konkursie, w którym nagrodą była powieść…

Muzyka GamedecVerse do ściągnięcia
Aktualności Fahrenheit Crew - 20 stycznia 2011

Robert Letkiewicz, kompozytor zainspirowany sagą Gamedec Marcina Przybyłka, postanowił zilustrować ją muzycznie.…

„Gloom” – Gra Niepomyślnych Wydarzeń i Straszliwych Konsekwencji
Gry MAT - 30 marca 2018

Dzisiaj (30 marca) ma miejsce oficjalna premiera gry karcianej Gloom stworzonej przez Keitha Bakera…

Do NOT follow this link or you will be banned from the site!