Natalia Mietielewa „Wściekłość” (3)

Opowiadania Fahrenheit Crew - 22 listopada 2013

– Tak jest, dowódco! – potulnie wymamrotał „maluch”. – Pozwolicie odejść?

Puszka wypełniła się stłumionymi śmieszkami: wszyscy wyobrazili Włada „chodzącego leżąc”.

– Znikaj – zezwolił tyran. – Pozostali, którzy mają uszy, słuchajcie. Kiedy wzejdzie świetlik…

I długo przeżuwał, co kto ma robić. Jeszcze przez godzinę wszyscy obsysali instrukcje i grzecznie interesowali się – a po kiego? A Jaszka Osin truł anegdoty. Kapitan rżał najgłośniej, głośniej niż płakał za Aleną. Tylko Janka milczała. Cieszyłem się z ciemności, które pochłonęły jej spojrzenie bazyliszka. Jak wytłumaczyć, że nie jesteśmy wyrodkami? Jesteśmy chłopami, którzy nie potrafili nikogo uratować. Jesteśmy suchą nienawiścią, która nie ma czym płakać.

* * *

– Les, śpisz?

– Nie, Janko.

Delikatna dłoń dotyka czoła. Wargi łaskoczą ucho:

– Mój ty talizmanie!

Raczej odwrotnie. To mój piąty skok w nadprzestrzeń. Talizmanem przestałem być przy trzecim.

– Les, przecież to wszystko złudzenie? Tak naprawdę, wszyscy śpimy w anabiozie i ten koszmar nam się śni?

– Oczywiście, ukochana. Śpij.

Gdyby to było takie proste! Uwierzyć, że realność, przekazywana nam w odczuciach – subiektywna. Po prostu sen, jeden na wszystkich. Moje poprzednie cztery skoki są czterema snami jakiegoś zbzikowanego Kinga: katastrofa na żarłocznej planecie, zagarnięcie przez jakieś karaluchy, przy trzecim był chłopiec-paranoik, który wystrzelał wszystkich, oprócz mnie. Zabiłem go wtedy. W ostatnim skoku zabijano mnie. Sen. Wszystko to sen. Śpij, Janka.

Ale czasami z nadprzestrzeni wychodzą statki-cmentarzyska, pełne trupów albo całkiem puste, z pracującą aparaturą, ale bez ludzi, którzy zniknęli między wejściem i wyjściem. Ocalałe czarne skrzynki i dzienniki pokładowe pełne są realnego przerażenia. Za każdym razem różnego. Żraby się nie powtarzają. Nikt jeszcze nie odkrył prawidłowości. Nikt nie opracował sposobu, jak zapewnić całkowite bezpieczeństwo wyjścia w nadprzestrzeń, by obronić się przed mrażami, kryjącymi się w niebycie, i nie liczyć na łut szczęścia? Nam się powiedzie, ukochana. Śpij. Być może, obudzimy się żywi.

* * *

Obudziłem się od błysku światła i kapitańskiego wrzasku: – Poo-wstać! Wszyscy na stanowiska!

Poszperałem z prawej strony. Janeczki nie ma. Serce skurczyło się jak sprężyna. Zerwałem się i omal nie zderzyłem ze świetlikiem. Przed oczyma przepłynęły czerwono-rude półbuty. Z nimi, nigdy – za wyjątkiem wanny i pościeli – nie rozstawał się Jaszka Osin, programista, poeta i kobieciarz. Wyżej nie patrzę – przykro, za to Wład – nie odwodzi oczu i całkiem zapomniał, czym powinien się teraz, zgodnie z instrukcją zajmować. Kapitan… też tam się gapi. Spojrzałem kątem oka: z Osina już mało co zostało, a ręce nadal się szarpią i twarz tak dziwnie się wykrzywia. Świetliki zawsze tak mają.

Jankę znalazłem za plecami: przy ścianie, w pozycji lotosu, dłonie w łódeczkę, łzy i oczywiście, szept. Wsłuchałem się: „Przyjmij, Panie, duszę niewolnika Twego, Osina”.

Amen. Przebacz, Osa! Przebacz, że idę do diabelskiego przedziału – rozbijać śluzę młotem, dłubać śrubokrętem, paznokciami, zębami, czym się tylko da. Póki niewidoczne ryby jedzą obiad. Póki nie gaśnie światło. Póki pali się świetlik…

Kiedy ludzie oczyścili umysły ze śluzu strachu i zaczęli myśleć, po raz tysięczny zadali pytanie – co za dranie nas pożerają i jak przed nimi nie tylko się bronić, ale także ich dosięgnąć, i w ten sposób się uratować – Janka wypaliła:

– Ja wiem, kim oni są!

Wszyscy zamilkli. Każdy o czym innym. Ja milczałem o Dżossi. Janka też oniemiała – prawdopodobnie zrozumiała, o czym milczymy, pogubiła się. Tylko szaleniec zna absolutną prawdę.

* * *

– Postradałam zmysły, prawda? – szept Janeczki jak nocny wiatr w trzcinach.

Całuję jej delikatną dłoń:

– To nie grozi śmiercią.

– Nie żartuj!

– Już nie potrafię.

– A czytać z warg? …znajdując jej usta, czytając, czytając ponownie, zaczytując się… pod szelest:

– Les…

Otrzeźwiła mnie w najbardziej interesującym momencie:

– Poczekaj, Les! Osa…

– Co? Gdzie?!

– Ciszej! Jasza Osin. On… śpiewał. Tam – jej dłoń wzbija się dokądś w niebyt. – Do końca. Wład miał rację.

– Janeczka, ukochana…

Ciche moje cudo. Jana Wściekłość, tancerka, władająca językiem rozumnych pszczół Zisz. Interpretatorka, potrafiąca czytać z warg, palców, dotknięć, gestów i, po prostu, ze spojrzenia. Najlepsza w grupie astrolingwisty Włada. Uwierzyłem jej. Do końca, do ostateczności… I oszalałem. Zerwałem się, krzycząc – plując na wszystko!

– I co?! Co on takiego śpiewał? Śmiało podnieśmy sztandar nasz w górę? Płoń, świeć się, moja…

Ostry ból sięgnął brzucha, zapierając dech. Ciemność powaliła mnie pięścią, rzuciła na kolana i spokojnym głosem Kapitana wbijała jeszcze raz do głowy:

– Otrzyj smarki!

A Wład zaśmiał się:

– Powiedzieć ci, co śpiewał? Oto, co! – i zachrypiał półgłosem, nosowo i fałszując:

Puść go w pokoju, lecz powiedz dosadnie:

Żyj z tym przekleństwem, niech ból cię przybija,

Niech wszyscy się z tobą obchodzą nieładnie,

I śmierć ciebie kołem szerokim omija…1

Dlaczego nie mogę tego słuchać? Uderzyłem, kierując się dźwiękiem. Pięść z chrzęstem weszła w ciało – sprężyste, ciepłe, jak śluz manny. I ciemność, ukrywająca ludzi, oddała rykoszetem dziesiątki uderzeń. Ból zwalił się zewsząd, zmógł, wyżął ze mnie człowieka i zostało zwierzę, rwące ciemność na strzępy, do krwi, do krzyku.

– Zabiję gada!

– Nie trzeba! Przestańcie! Zwierzęta! – krzyczała Janka.

– Patrzcie!

Rozkleiłem obrzękłe powieki. Z trudem obróciłem głowę… Rozjaśniając nasze wściekłe, zakrwawione mordy, mętnie świeciły się ściany. Nie ściany. Świeciło i już przygasało powietrze… to, czym oddychaliśmy tu zamiast powietrza. Zapachniało ozonem, jak od świetlików.

– Cholela – wyszeptał Wład, wypluwając krwawy skrzep. – Co to było?

– Diabelstwo! – echem odezwał się Kapitan.

To była nienawiść, oto co. Drapieżna wściekłość, która nas spalała.

* * *

Przebiliśmy śluzę, kiedy zostało nas dziesięciu. Rozległ się cienki gwizd uchodzącego w próżnię powietrza. Na szczęście świetlik zgasł i oślizła błona na czas zaciągnęła wyrwę. Ale kto zatka dziurę, która pojawiła się teraz w miejscu duszy! Jeszcze długo nikt się nie odzywał. Leżeli bez sił, bez nadziei i myśleli, kto będzie tym ostatnim, który nigdy dla nikogo nie umrze, nikogo nie uratuje.

* * *

Jakich to hipotez nie natworzono na temat mraży. Wcielenie wszechogarniającej, bezmyślnej, pozaziemskiej mocy, archaniołowie, strażnicy Bytu, kosmici… chociaż ta ostatnia po prostu śmieszna, bo w nadprzestrzeni, zgodnie z teorią naukową, nie ma przestrzeni, a więc i planet. Zrozumieliśmy jedno: to nie sen, jeden dla wszystkich, ale szczególna forma realności. Przebieg wydarzeń można anulować i sprowadzić do snu. Realność może wrócić do punktu wyjścia, jeśli ktoś zdoła ją odwrócić. A jeśli nikt nie będzie mógł tego zrobić, staje się ostatecznością.

* * *

– Trzymaj. Znalazłam, kiedy Osin… się świecił.

Ściągnij tekst:
Strony: 12345

Mogą Cię zainteresować

Dlaczego żyjemy w świecie bez magii?
Recenzja fantastyczna nimfa bagienna - 19 października 2016

Hirka i jej podróż tropem zaginionej magii naszego świata, czyli Hanna Fronczak recenzuje…

Fahrenheit nr 55 – już w sieci!
Aktualności Fahrenheit Crew - 21 listopada 2006

Można już czytać najnowszy numer Fahrenheita. Najważniejsze w numerze: Literatura: Tomasz Duszyński, Stephen…

Natalia Garczyńska „Krocz ze mną”

Kaplica nie przypomina gotyckiego wnętrza z koszmaru, który prześladuje mnie od wielu dni, choć tu również…

Do NOT follow this link or you will be banned from the site!