Natalia Mietielewa „Wściekłość” (4)

Opowiadania Natalia Mietielewa - 22 listopada 2013

Włożyła mi w dłoń ziarenko kryształu trymerona.

– Ech, gdyby jeszcze gniazdko. I bateryjkę…

Wład, który prawdopodobnie nigdy nie śpi, wciął się bezmyślnie:

– Do tego wietrzyk! I okno z widokiem na morze!

– Zamknij pysk! Q…! – jak na komendę, krzyknęli wszyscy. Za jęzor go i na hak. Ziemia – temat zakazany. Tęsknota ściska, jak przeciążenie dwudziestu g – do krwawego potu. Rozmazuje duszę na przestrzeni tysiąca lat świetlnych – oby się doczekać powrotu i przebiec boso po trawie…

– Komu potrzebne gniazdko? – głos Kapitana gasi niewidoczne napięcie i przeciążenie, które ścisnęło serce do granic możliwości, zmienia się w nieważkość nagłego szczęścia.

Jednak jest Bóg na świecie. Jest! Są też Jego małe cuda. Prościuteńkie, jak gniazdko trymerona z działającą bateryjką.

Palce, śliskie od manny – jak nieswoje. Oby tylko nie upuścić ziarenka w śluz na podłodze – żadne świetliki nie pomogą w odzyskaniu… Mraże żrabiaste! A jednak Janka ma rację – przyzwyczaiłem się! Stałem się gorszy od ludożercy, jeśli jestem zdolny do takiego myślenia o śmierci przyjaciół. Obojętnie. Racjonalnie. I nie o śmierci. I nie o ludziach. I nie myśleć. Czy zawsze byłem taki?

Ktoś szył abażury ze skóry obozowych więźniów? My mamy żarówki. Dziesięć sztuk w opakowaniu.

* * *

Dziesięcioro Murzyniątek niewidocznych w mroku. Sześciu mężczyzn, trzy kobiety i Janka. Skupili się, objęli za ramiona. W moich rękach kawałeczek z innego życia. Ze świata, do którego możemy nie wrócić.

– Les, no, nie ociągaj się!

– Oddychaj potylicą, Wład, bo trymeronka zdmuchniesz! Dla kogo oni te abażury szyli? Calineczki żółtobrzuche! Dajcie mi łapkę pajęczą, do naciśnięcia przycisku.

Janka roześmiała się. Po raz pierwszy przez całą ponadczasowość. Przez całą ciemność zatrzymanej, czarnej chwili.

– Daj mi!

I oddałem. I nic we mnie nie drgnęło.

Prztyczek trymeronka. Fontanną wytrysnął kolor, załomotał dźwięk, porwał…

Więc zabierzcie moje oczy,

Więc zabierzcie moje oczy,

Więc zabierzcie moje oczy,

By was nigdy już nie oglądały…

…porwał Jankę, która wzbiła się naprzeciw czarnym ptakom.

Trymeronek natychmiast zaszlochał, zasyczał, jak piezorek: uszła energia, wsiąkła niczym w piasek w żrabią paszczę. Ale któryś z nas już wrzeszczał, a potem wszyscy, do utraty tchu. Też się darłem, rdzewiejącym od półszeptu gardłem, nosowo i fałszywie:

…Byliśmy już w oczach twoich i wzięliśmy wszystko, czego potrzebujemy.

I nagle, nasz locus, pięć na pięć, drgnął. Puszka podzieliła się, jak żywa klatka. Znaleźliśmy się w jamie, otoczonej wąską, szarawą szczeliną jak źrenicą.

A Janka nadal spadała świecącą śnieżynką w mrok. W ciemność, wychluśniętą w przestrzeń uchodzącymi duszami. W ciemność mojego łomoczącego krzykiem serca.

Iskrą przemierzała otchłań i tańczyła, jak przed rozumnymi pszczołami Zisz. Jedyną frazę, którą nauczyłem się rozumieć: „Kocham cię! Kocham! Kochaj!”

– Trzymaj się, Janeczko! – krzyknął Wład, rzucając się w szczelinę.

 

* * *

WYJŚCIE

* * *

Trzymamy ją ze wszystkich sił. Wczepiliśmy się sercami i duszami w śpiewającą iskrę. Trzymamy całą wściekłością, całą nienawiścią, całą miłością, całym życiem.

– Rrauuww! – jęczy ciemność, przeszyta pocałunkami światła.

– Kochaj! – tańczy Janka.

Widzę ją nawet z zamkniętymi oczyma: języczek płonącej świecy drży, wznosi się, pieści lepką pustkę ognistą dłonią. Cienka świeca, jak przed ikoną. Jedna-jedyna na całą świątynię. Na cały wszechświat.

I będzie to światło!

Będzie zawsze!

Będzie!

Płonący punkt wybucha, rozprzestrzenia się ognistym wichrem, wypełniając świat:

– KOCHAJ!

* * *

…słabo świecą „awaryjki”, brzęczy wibromasażer kapsuły, serce traci rytm, leniwie przeżuwając wstrzyknięte w żyły jakieś plugastwa…

Żyję. Żyję! Przeskoczyliśmy!

Czyjeś ręce podchwytują mnie, pomagając wydostać się z kapsuły. Klepią po ramieniu.

– Tarasujesz wyjście, staruszku! Kto ostatni, ten czyści locus do połysku!

Jaszka Osin, goły i w półbutach, wesoły, jak zawsze. Prawdopodobnie, do kapsuły też wlazł w butach. Głośniki coś melodyjnie nadają. Ubieram się, nie przysłuchując. I tak wszystko jasne – przeskoczyliśmy! Nadprzestrzeń została za nami. Nasz mały Sąd Ostateczny. Dalej jest przytulny kosmos, upstrzony igiełkami gwiazd.

Poklepujemy się, odsłaniamy zęby w uśmiechu… I ani słowa o tym, co przeżyliśmy w Przejściu. To wszystko potem, do ankiet i badań. Nie ma zwyczaju o tym wspominać, nawet przy butelce.

Wład też się wydostał, przeciąga się leniwie, jak kot. Rży radośnie:

– Parszywa sztuka, ten wasz hiper! Osa, gdybyś widział z boku, jak się z ciebie paprochy sypały. Cieszę się, że żyjesz, diabełku.

Uśmiech spełza z Jaszki, jak poszewka z poduszki. Unikając spojrzenia, mamrocze ze zmieszaną, poszarzałą twarzą:

– Wszystkiego najlepszego z okazji przejścia, Wład. Ja też się cieszę.

Nie chcę patrzeć na Włada. Wiem, że to pierwsze przejście astrolingwisty. Tylko nowicjusze próbują wylać na świat swoje pomyje. Mamroczę standardowe powitanie ożywających nieboszczyków: „Najlepszego, po przejściu!” Prześlizguję się obok.

Nagle gorąco uderza w piersi, stamtąd, z niebytu: „KOCHAJ!” Zatrzymuje mnie, niczym pocisk. Czy to wina Włada? Oglądam się – programista i astrolingwista ściskają sobie dłonie, a w oczach tańczy ta sama gorąca iskra. Nie wiem jak to jest, ale owładnęło mną przekonanie: odtąd będziemy podtrzymywać siebie, podobnie jak Jankę – całym życiem. Czyżby przybyło w świecie miłości bliźniego?

* * *

Przed przedziałem Janeczki coś za duży tłum… Niech to diabli! Biegnę, roztrącając napotkanych ludzi. Luk wślizguje się w ścianę. Pojawia się Kapitan.

– Biełow? – Hamuje mnie jego smutne spojrzenie. – Nie śpiesz się.

– Co z nią?

Zza ramienia Kapitana przypatruje mi się Dżossi:

– Wszystko w porządku, Les. Janka żyje.

Kłamią. Kłamią przecież! Jakie tam – w porządku? Rzucam się do przedziału, ale Kapitan chwyta mnie za ramię, omal nie wykręcając go ze stawu.

– Chodźmy, Les. Musimy porozmawiać.

Spoglądam w głąb przedziału, na delikatny cień Janeczki, ślizgający się po ścianie. Jej włosy łopoczą ciemnym obłokiem – czesze się, nie zwracając na nikogo uwagi. Już wiem, co mi powie Kapitan: „Ktoś płaci za wszystkich”.

Z zerowym przejściem zawsze tak. Punkt wejścia. Punkt wyjścia. Między nimi – nic. Żarłoczne zero i ktoś jeden za wszystkich opłaca przejazd przez niebyt, inaczej nikt nie wyjdzie. Dlaczego – to wiedzą tylko żraby. Ktoś jeden wychodzi nie takim, jakim był, zostawiając daninę – pamięć albo śmiech, sumienie albo dar boży. Nie chcecie ryzykować – siedźcie w kolebce planety zwiesiwszy nóżki, bo innej, krótszej drogi do gwiazd nie ma.

Kiedyś, zostawiłem w otchłani muzykę. A może muzyka zostawiła mnie? Od tamtej pory, po trzecim skoku, otchłań przesiedliła się we mnie i nie goi się, sączy nieskończoną tęsknotą. Gdzieś tam, w niebycie, na zawsze został poeta i muzyk, Les Biełow. Kosmos to diabeł, kupujący duszę za gwiazdy.

Ściągnij tekst:
Strony: 12345

Mogą Cię zainteresować

Scott Oden „Spiżowi wojownicy”
Ksiażki fantastyczne Fahrenheit Crew - 6 marca 2009

Rebis Jest 526 rok p.n.e. Państwo faraonów dogorywa. Wojska króla perskiego obserwują i……

Andriej Bielanin „Tajny wywiad cara Grocha”
Ksiażki fantastyczne Fahrenheit Crew - 12 lutego 2010

Fabryka Słów Król Artur miał rycerzy Okrągłego Stołu. Car Groch ma podporucznika…

Antropomorficzna personifikacja
Recenzja fantastyczna MAT - 26 marca 2018

Nie od dzisiaj wiadomo, że dobry redaktor (chyba należałoby napisać: Redaktor) jest…

Do NOT follow this link or you will be banned from the site!