Natalia Turczaninowa, Jelena Byczkowa „Śnieżny tygrys”

Opowiadania Fahrenheit Crew - 22 listopada 2013

Miękkie płatki śniegu, kręcąc się powoli w świetle ulicznych latarni, padały na jezdnię. Białe płatki, podobne do cichych, nocnych motyli… Śnieg zawsze był pożądanym dodatkiem do miejskiego krajobrazu i mojego romantycznego nastroju – czas śnieżnych ogrodów i cichych wieczorów.

Ale teraz wszystko jest zupełnie inaczej. Nie ma ażurowych śnieżynek, tańczących dookoła latarni. Nie ma niczego. Nawet nieba nie widać w tej szalonej zamieci. Śnieg i wiatr jakby zwariowały, współzawodnicząc w jednym jedynym dążeniu – zwalić mnie z nóg, ogłuszyć, oślepić, pogrzebać w białych zaspach.

 

Brnąłem na oślep.

Podtrzymywało mnie tylko instynktowne pragnienie – utrzymać się na nogach. Jeśli upadnę, to już się nie podniosę. Zmarzłem śmiertelnie, zmęczyłem się niemiłosiernie, ale śnieżyca, która zrzuciła w przepaść mój namiot, musiała dokończyć zaczętą pracę i bawiła się mną już kilka godzin. Najpierw tylko leciutko popychała w plecy, rzucając w twarz garści kłującego śniegu, potem zakurzyła po bezkresnych zaspach, zawyła mocniej, zbijając z nóg. A dalej ta gra jej się sprzykrzyła. Runął śnieg zwartą ścianą i w głuchej ciemności ostatecznie zgubiłem drogę. Wcześniej czy później… nie wystarczy mi sił do zrobienia jeszcze jednego kroku. Znów naszła zdradziecka myśl o słodkim spokoju i miękkości tych zasp. Trzeba tylko zamknąć oczy i pozwolić wiatrowi ostrożnie ułożyć się w głębokiej, śnieżnej pościeli. Nogi jak ołowiane, rękawiczki zniknęły razem z namiotem i już od dawna nie czuję rąk.

Śnieżne motyle krążą dokoła ulicznych latarni.

Wielka ulga, prawie błogość, spłynęła na mnie, kiedy zrozumiałem wreszcie, że nie ma sensu walczyć dalej i sił też już nie odzyskam. Kolana ugięły się i upadłem powoli w głęboki śnieg jak w puchowy piernat, żeby usnąć. Gdzieś daleko huczał wiatr, przed oczyma kręciły mi się nocne motyle, a pyłek z ich skrzydeł zasypywał moje zmęczone, zamarzające ciało.

 

Obudziłem się, od razu sobie uświadamiając, gdzie jestem i co się ze mną dzieje. Niski, groźny ryk jeszcze bulgotał mi w gardle, a ciało naprężyło się do skoku, który wyrzucił mnie ze świata snów. Po chwili ryk zamilkł samoistnie, a sierść, podnosząca się na dolnej części grzywy, opuściła się. Słoneczny promień, ślizgający się po dnie jaskini, podkradł się do samych łap i leżał na ziemi niebieskawym, cienkim pasem. Było ciemno i cicho, tylko delikatnie szeleściła sucha trawa pod moim ciałem.

Sen… Sen, który ostatnio śnił mi się zbyt często. Napinając i rozluźniając wszystkie mięśnie, leniwie przeciągnąłem się, a potem powoli skierowałem się do wyjścia. Przez noc znów je zasypało, ale śnieg z łatwością poddał się łapom i w oczy uderzył snop porannych promieni. Trudno było powstrzymać się od zachwyconego prychania. Potrząsałem głową, strząsając resztki puszystego śniegu z uszu, i wyskoczyłem na spotkanie poranka.

Stąd, z wąskiego gzymsu, otwierał się niesamowity widok na zaśnieżony świat. Ostre zęby skał wbijały się w olśniewająco błękitne niebo. Góry, śnieg i niebo były i są moim światem – i moim domem.

Zacząłem schodzić, ostrożnie stąpając po wąskiej, kamiennej ścieżce. Nocą przeszła zamieć i odciski moich łap miarowo pojawiały się na świeżym śniegu. Skacząc z kamienia na kamień, jak zwykle plątałem ślady, chociaż szczególnej konieczności w tym nie było – przyzwyczajenie.

Zrobiło się wyraźnie cieplej i zamarłem na sekundę, złapawszy w powietrzu ścieżkę zapachów z doliny. Pachniało karibu. Jelenie pasły się zupełnie blisko, wyrywając spod śniegu ubiegłoroczną trawę. W zamyśleniu oblizałem się, ale w tym momencie wiatr zmienił kierunek i nowy zapach znów nieprzyjemnie uderzył w nozdrza. Czułem go już od kilku dni i dziwnie mnie wzburzał, a czasem doprowadzał do wściekłości. Lekko gorzkawy, ostry zapach dymu.

Zboczyłem z codziennej ścieżki, skierowałem się w jego stronę i natychmiast, po sam brzuch, zapadłem się w śnieg. Trzeba było skakać – widowisko nie przysparzające mi dostojeństwa. Skok, lądowanie z wysoko uniesioną głową, żeby nie wbić się nosem w śnieg, i znowu skok. Porządnie się zmęczyłem, nim wydostałem się na twardą ziemię, a śnieżna równina z tyłu okazała się zryta, jakby przebiegło po niej stado karibu.

Dym nadal prowadził mnie i wkrótce zobaczyłem mały, osłonięty skałą plac. Krzątała się na nim ludzka figurka, obok niej puszyste kłębki na śniegu – psy – i jeszcze coś, ciemnego i nieruchomego, czego nazwy nie znałem. A w centrum obozu źródło dymu – ogień. To znaczy: jeszcze nie ruszyli dalej, i zamieć też ich nie przestraszyła.

Szorując brzuchem po śniegu i starając się trzymać strony zawietrznej, podkradłem się bliżej. Wyraźniej zapachniało psami, mokrą skórą, dymem i jeszcze czymś, od czego poczułem dziwne podniecenie i strach. Najlepsze, co teraz można było zrobić, to odejść stąd, ale ciekawość wzięła górę. Podpełzłem jeszcze bliżej, wiedząc, że biała sierść doskonale zlewa się ze śniegiem. Teraz plac znajdował się tuż obok.

Psy, nie wyczuwając mnie, gryzły się o miejsce przy ognisku. Człowiek w dziwnej odzieży (omal nie pomyliłem jej ze skórą!) z futra w skupieniu rozłupywał kawałki drewna. Podpełzłem jeszcze bliżej i zobaczyłem na śniegu okropny, znajomy przedmiot – strzelbę. Wydzielając odrażający zapach metalu, stała oparta o wiązkę drewna. Ledwie powstrzymałem podchodzący do gardła ryk, wspominając ostry ból, ogłuszający grzmot i błysk. Przypomniałem też sobie, jak haniebnie uciekałem, śmiertelnie przestraszony, zostawiając na śniegu plamy krwi. Jak bolała przednia łapa i jak długo się goiła.

Człowiek nagle wyprostował się, widząc drugiego, wychodzącego z namiotu. Ten coś powiedział, więc nadstawiłem uszu.

– Dzień dobry, Steve.

– Dobry. Nadal chcesz iść dzisiaj w góry? Nie rozmyśliłeś się? Mogą być lawiny.

– Nie – beztrosko odezwał się drugi, przysiadając się do ogniska. – Mimo wszystko chcę spróbować.

– Nie rozumiem cię, Paul. Czego szukasz w tych górach? Przecież nie jesteś myśliwym.

Człowiek nazwany Steve’em zawiesił nad ogniskiem kociołek napełniony śniegiem i przysiadł obok Paula. Ten zapytał z uśmiechem:

– A ty nadal nie pozbyłeś się nadziei pojmania swojego tygrysa?

– A ty nadal uważasz to za wymysł? Widziałem go na własne oczy, tak jak ciebie. Ogromne zwierzę czysto białego koloru.

– Z błękitnymi oczyma? – roześmiał się Paul.

Steve z rezygnacją wzruszył ramionami i zajął się plecakiem.

– Nie wierzysz, a przecież sam słyszałeś opowiadania o tym, jak obchodzi on pułapki i wykrada przynętę. I ani razu nie skusił się na zatrute mięso.

Teraz ramionami wzruszył Paul.

– Wydaje mi się, że to miejscowa legenda. Nie przeczę, bardzo piękna; o gospodarzu gór. W dżungli byłby lampartem, w morzu potworem. Tu tygrysem, do tego białym.

Ściągnij tekst:
Strony: 123456789

Mogą Cię zainteresować

Przyjechał, narozrabiał, odjechał
Recenzja fantastyczna Fahrenheit Crew - 3 kwietnia 2012

Robert Foryś Sztejer Fabryka Słów 2010 Stron: 312 Cena: 33,00 zł    …

Czy to podchwytliwe pytanie? Wywiad z Terrym Pratchettem
Wywiady Fahrenheit Crew - 9 kwietnia 2012

Z Terrym Pratchettem rozmawia Neil Gaiman Tłumaczył Marcin Zwierzchowski     Neil Gaiman:…

XVIII Międzynarodowy Turniej Rycerski na Zamku Królewskim w Łęczycy
Aktualności Fahrenheit Crew - 18 sierpnia 2016

W najbliższy weekend (20-21.08.2016) odbędzie się XVIII Międzynarodowy Turniej Rycerski na Zamku Królewskim w Łęczycy.…

Do NOT follow this link or you will be banned from the site!