Paweł Lach „Spłacony dług”

chata — 2Kochajmy się jak bracia… w tym z pozoru prostym stwierdzeniu można zawrzeć cały ocean gorzkiej ironii. Paweł Lach i jego opowiadanie „Spłacony dług”.

Podłużną dolinę porastały jedynie mchy i kępki zmarzniętej trawy. Mgła snuła się tutaj nisko, a szczyty wznoszących się dookoła wzgórz zakrywała płachta mlecznobiałych chmur. Panującą wokół ciszę zmącił stukot kopyt, który rozległ się głucho, gdy rumak niosący zbrojnego ruszył stępem po skalistym, nierównym podłożu. Bjarni Kruk wyprostował się w siodle, by przypatrzeć się ponurej okolicy i odnaleźć w szarzejącym krajobrazie cel podróży. W dali majaczyła niewielka wieś, która przylgnęła do stromego zbocza, ginąc w jego cieniu. Strzechy domostw, solidnych, wzniesionych z bali i pokrytych torfem, otulała biel szybko tającego śniegu. Wioskę otaczała niewysoka palisada, u której podnóża trwała gęsta zawiesina jasnych mgieł. W pomroce pochmurnego dnia niewiele więcej dało się dostrzec.

Gdy Bjarni przybliżał się do wsi, coraz wyraźniej słyszał głosy kruków, wron i kawek. Czarne ptactwo kłębiło się na tle szarego nieba, kołując w dół i przeganiając skrzydlatych towarzyszy, którzy zasiedli już do uczty. W pewnym momencie rumak przystanął i zaczął prychać niespokojnie, zadzierając przy tym łeb. Z końskich chrap unosiły się kłęby rozgrzanego powietrza.

Być może Bjarniemu wydawało się tylko, ale gdzieś z dali, zza wzgórz, dobiegł całkiem inny głos, jakieś ciche przyzwanie. Kobiece, pełne czaru i zwodniczego ciepła.

— Nie bój się — powiedział, poklepując rumaka po szyi i spoglądając na kotłujące się w pobliżu wsi ptactwo. — Nie po raz pierwszy napotykasz taki widok… I pewnie nie ostatni — szepnął, jakby do siebie.

Jednak i Bjarni poczuł uścisk niepokoju. Trzymając jedną dłonią wodze, drugą położył na rękojeści miecza. Wkrótce wypatrzył w półmroku coś, co zapowiedział mu krzyk i widok czyhających na padlinę ptaków.

*

Opodal bramy dyndał wisielec. Ciało, poszarpane przez ptactwo, z czarnymi, pustymi oczodołami, nosiło wyraźne oznaki rozkładu. Na ramieniu trupa zasiadały dwa kruki, które, trzepocząc skrzydłami, próbowały wzajemnie się przegonić. W powietrzu czuć było odór zgnilizny.

Bjarni, podjeżdżając do wrót wsi, zatrzymał niespokojnego rumaka i przyjrzał się zwłokom. Czy mógł to być człowiek, którego szukał? Sądząc po ubiorze, nieszczęśnik nie był ani niewolnikiem, ani wolnym chłopem. To raczej wojownik, ktoś, kto poznał za życia smak bitewnego szału. Musiał mieć też dość srebra, by ubrać się w strój godny szlachetnie urodzonego i zakryć ramiona kolczą osłoną.

— Drago… — powiedział Bjarni, jakby do siebie. — Albo jego brat. Tak czy inaczej, dobra nasza.

Ciało zakołysało się raz jeszcze na skrzypiącej linie, choć wiatr wcale się nie wzmógł, a potem korpus oderwał się od głowy. Jedno i drugie spadło z chrzęstem na ziemię. Głowa potoczyła się dalej i zatrzymała w wąskim rowie, tuż przy palisadzie. Czarnopióre ptaki wzleciały wyżej i zaczęły ponownie krążyć na niebie, by opaść chwilę później po swój nadgniły już posiłek.

Bjarni przejechał przez bramę i nie mógł oprzeć się wrażeniu, że ktoś za nim podąża. Nerwowo spojrzał w tył, ale w gęstniejącej mgle nie zobaczył nikogo. Tylko ten głos: daleki, nierzeczywisty, dobiegający niby ze snu i zsyłający wizje.

*

W palenisku żarzyły się drwa, a biały dym wypływał przez dziurę w dachu. Żółtawa poświata nieśmiało wyławiała z ciemności pokraczne kształty. Klepisko pokrywała słoma, niezbyt świeża, sądząc po zapachu. W głębi sporej izby widać było tylko niewyraźny zarys beczek i skrzyń. Z sąsiedniego pomieszczenia dobiegały pochrząkiwania świń i meczenie kóz. Na ścianie, którą miał za plecami Bjarni Kruk, zawieszono skóry, a na półce ustawiono glinianie naczynia.

Tutejszym widać żyło się dostatnio. Mieli dość, by radośnie żegnać każdy mijający dzień. Niemniej, w pomrukach, które docierały do uszu wojownika, nie było słychać wesołości, jedynie niepewność.
Bjarni zasiadał przy podłużnej ławie i jadł podaną mu wieczerzę. Wieśniacy nie śmieli się do niego zbliżyć. Człowiek okuty w stal, z mieczami przy boku, z tarczą na plecach, był dla tutejszych kimś żywcem wyjętym ze świata powtarzanych wieczorową porą opowieści.

— Nie dbacie o swoich zmarłych — powiedział Bjarni, gdy uraczył się już w milczeniu polewką. Po chwili podniósł ze stołu pękaty garniec z piwem i zaczął pić duszkiem. Mętny płyn skapywał po gęstej, czarnej brodzie.

— Wybacz, panie — odparł jeden z wieśniaków, który przybliżył się do Bjarniego na tyle, że kruczobrody mógł zobaczyć wyraźniej oblicze rozmówcy. Mężczyzna miał siwe włosy i pooraną zmarszczkami twarz. — Człowiek, o którym mówisz, nie pochodził stąd. W dodatku dręczył nas i… — Starzec zawahał się, nie wiedział przecież nic o przybyszu. Zastanawiał się teraz najpewniej, czy tłumaczyć się przed gościem, szukając wymówek, czy raczej mówić prawdę.

— Jak masz na imię? — zapytał Bjarni.

— Ulve.

— A zatem, Ulve, czy człowiek, którego ciało jeszcze niedawno wisiało u wrót waszej wsi, zwał się Drago?

— Tak kazał się zwać. A czy zwał się tak naprawdę? Jego trzeba by było wypytać.

— Racja. Chciałbym się jednak dowiedzieć, czy powiesił się sam, czy mu ktoś w tym pomógł?

Na obliczu starca pojawiła się niepewność.

— Zmogło go szaleństwo, panie — odparł Ulve. — Tak było. Słowo takiego człowieka jak ja niewiele pewnie dla ciebie znaczy. Jesteśmy prostymi ludźmi. Żaden z nas nie podniósłby jednak ręki na kogoś szlachetnie urodzonego. Drago sam wybrał swój los.

— Nie tłumacz się — powiedział Bjarni. — I nie musicie się mnie bać. Mnie wszystko jedno, widzieć go żywym, albo umarłym, nawet gdybyście przyłożyli rękę do jego śmierci. Nie był moim przyjacielem ani przyjacielem mego pana. Wrogiem może też nie… Przynajmniej, gdyby zechciał spłacić dług.

— Drago zjawił się tutaj nie wiadomo skąd i przez kilka tygodni ukrywał się w górach — wyjaśnił Ulve. — Brał od nas, co chciał, bez względu na to, czy chodziło o zapasy, czy kobiety. Jego śmierć przyjęliśmy jak wybawienie. Ale nikt z nas nie przyczynił się do niej.

— Jeśli człowiek ten mieszkał z wami przez pewien czas, pewnie pojawił się także jego brat? — zagadnął Bjarni, wspierając dłoń na boku.

Jakieś niespokojne szepty przebiegły wśród zabranych. Nie uszło to uwadze Bjarniego.

— Nie mylisz się — odparł Ulve. — Zjawił się u nas i Radogan, jeśli mówimy o tej samej osobie.

— Co z nim?

— Coś poróżniło braci.

— Srebro? Złoto?

— Raczej kobieta.

— Nic nowego. — Bjarni uśmiechnął się. — Gdzie mogę go teraz znaleźć? Ukrywa się tutaj, czy poszedł gdzieś wyżej w góry?

Ściągnij tekst: