Piotr Witold Lech „Ten z naprzeciwka”

Grafika: Adam Cebula

 

I

 

– Ratunku!

Zaspany André poderwał się na łóżku. Nasłuchiwał.

– Ratunku! – Rozpaczliwy krzyk wdzierał się do mieszkalni przez lufcik, jaki poprzedniego wieczoru na polecenie André pozostawiło termointeligentne okno.

– Ratunku!

– Znowu to samo. – Zrezygnowany André opadł z powrotem na łóżko. – Szczelność sto procent – powiedział głośniej w stronę okna.

Rozległ się cichy szczęk i w mieszkalni zapanowała błoga cisza.

André Grotkowski leżał przez chwilę, wpatrując się w sufit, i zastanawiając, czy nie spróbować jeszcze zasnąć. Niedziela, mógł się wyspać, ale tamten znów wszystko pochrzanił!

– Nie znam cię, nie wiem kim jesteś, współczuję ci, ale mam cię dość…– szepnął pod adresem wrzeszczącego codziennie człowieka z naprzeciwka.

Co mu dolegało? Może to jakaś choroba psychiczna? Może mózg codziennie projektuje mu jakieś piekło? A może to jednak inny ból? Bardziej fizyczny? Rak? Nie, na pewno wariat. Szaleństwo słychać było w opętańczym krzyku. Jedno słowo: „Ratunku!”. Codziennie. Obłęd! No dobra, tylko dlaczego, do diabła, wszyscy w koło mamy cierpieć razem ze świrem? No i gdzie są medsłużby? Gdzie orzecznicy ZUS-? Gdzie te ich zajebiste systemy? Gdzie Pielęgniarki?

Poczuł, że nadchodzi ból głowy. No jasne, jeszcze na dodatek szlag trafi niedzielę.

– Ekspres, kawa – polecił.

Zwlókł się z łóżka. Umył się i wykonał pięćdziesiąt pompek. Kiedy zasiadał z kawą przez holowizorem, był już w o wiele lepszym nastroju. Obejrzał wiadomość, potem jakiś program przyrodniczy o udanych introdukcjach pstrągów na Marsie i zadzwonił do Paris. Była w negliżu, a facet, z którym spędziła noc, jeszcze kręcił się po jej przedpokoju. André umówił się z Paris na obiad w Rynku. Potrzebował kilku informacji na temat najnowszych trendów w modzie i perfumach do gry dla kobiet Zakupoholiczka, w którą ostatnio wrobili go w firmie. Zdecydowanie nie był to szczyt jego zawodowych marzeń, gra miała jednak swoje plusy. Na przykład współpraca z Paris. Istniała realna szansa, że jutro to on, André, będzie na miejscu tamtego faceta. Ochoczo pobiegł pod prysznic. Dwie godziny później wydawał polecenie zamknięcia drzwiom wejściowym do mieszkalni.

Pożałował, że wybrał busa zamiast ruchomego chodnika. W stradobusach podkopułowych było pięćdziesiąt miejsc siedzących (pilotom MPK nie wolno było brać pasażerów stojących) i kiedy otwierały się pneumatyczne drzwi, na przystanku przy domu André prawie wszystkie były wolne. Ale ten śmierdzący niebaxtersonowy i dozorowany Pielęgniarką dziadek musiał usiąść obok niego! Na dodatek zamiast siedzieć spokojnie, wszczął jakaś bezsensowną awanturę.

Bus był monitorowany, nic więc dziwnego, że kiedy wylądowali w Rynku Głównym, na dziadka już czekał ambulans medsłuży. No proszę, jak się chce, to się da, pomyślał André. Naprawdę miał na dziś dość psychicznych.

Na szczęście przynajmniej co do Paris przeczucie go nie myliło. Po kilku godzinach spędzonych w mieście stwierdziła, że chętnie obejrzy, jak André mieszka, i doradzi mu kilka nowych elementów wystroju wnętrza. Tylko kretyn nie zrozumiałby tego prostego przekazu, i André pochwalił się w duchu za przezorność, że wychodząc, kazał mieszkalni się wysprzątać.

Pojechali systemem ruchowych chodników, a że byli po paru lampkach wina, świetnie reagowali na wzajemne żarty. Paris, śmiejąc się, wyglądała jeszcze bardziej zmysłowo. Chyba nie było faceta, który nie stwierdziłby, że jest seksy. Robiła się na znaną w początkach XXI wieku celebrytkę Paris Hilton, tyle że w tym przypadku kopia przewyższała oryginał. Zresztą zawód Paris – ekspert od wizerunku – wymagał odpowiedniego standardu.

Kiedy znaleźli się w mieszkalni, Paris nawet nie próbowała nadawać pozorów swojej wizycie. Suknia z bajońsko drogich kameleonów z saturiańskiego Tytana opadła tak szybko i naturalnie, jakby strzeliło zapięcie. Ale w rzeczywistości to żywy materiał posłuchał impulsu z mózgu posiadaczki sukni. Dzięki temu suknie z kameleonów saturiańskich (tak je nazywano, chociaż pochodziły z najbardziej znanego księżyca Saturna) można było kształtować, dostosowując do okoliczności bez powrotów do domu i mozolnego przebierania się. Wymagały jednak od swych właścicielek odpowiedniej wiedzy na temat krawiectwa i projektowania mody.

– Gorąco tu. – Paris owinęła ramiona wokół szyi André. – Otwórz okno, proszę.

– Okno trzy czwarte – zdążył powiedzieć, nim wsunęła mu język do ust.

Paris nie potrzebowała wiele, żeby doprowadzić mężczyznę do stanu naprawdę najwyższej gotowości. André, nie odrywając ust od ust Paris, pozbywał się spodni. Rzucili się na łóżko. Już czuł na prąciu jej wilgoć, kiedy rozległ się ten rozdzierający krzyk:

– Ratunku!

Paris zesztywniała.

– Co to było?

– Nic takiego, to tylko jakiś czubek z naprzeciwka. – André starał się rozsunąć nogi Paris.

– Ratunku!

– Nie, proszę, daj spokój! – Zerwała się z łóżka.

– Okno sto procent! – warknął André gniewnie.

Cisza.

– Paris, daj spokój, chodź tutaj. To tylko jakiś czubek. Już jest dobrze.

Paris podeszła do sukni, spojrzała na nią i uniosła ręce, a ta sama nasunęła się na jej zgrabne, opalone ciało.

– Przepraszam, André, ale w tym krzyku jest coś… coś… – Nie mogła znaleźć właściwego określenia. – Po prostu kiedy go usłyszałam, odeszła mi cała ochota. Nie wiem dlaczego. Przepraszam. – Wzięła torebkę i prawie wybiegła z mieszkalni.

André po raz drugi tego dnia opadł zrezygnowany na łóżko.

 

II

 

„Wariaci”, myślał André, spoglądając przez okienko PKS-busa, który kursował między Kopułą i odległymi osiedlami. „Nie znoszę wariatów, zawsze się ich bałem. Są nieobliczalni i nieprzewidywalni, a ja bardzo lubię mieć pewność co do kolejnych sekwencji swojego życia. Wariat zawsze coś pochrzani, zawsze skomplikuje, i w efekcie wszystko zepsuje.”

Niestety zdawało się, że ostatnio André przyciągał psycholi. Na przykład dzisiaj w pracy. Od dawna obserwował z kolegami dziwną kobietę chodząca na piechotę z Płaszowa do hipermarketu MacFerta w Wieliczce, usytuowanego tuż obok ich firmy. Nie uprawiała joggingu ani nordic walkingu, był to raczej codzienny, długi i monotonny spacer. Kobieta chodziła tą trasą nawet w deszcze i mrozy, a oni wyskakiwali do MacFerta w czasie lunchu, więc mogli jej się przyjrzeć. O dziwo, była ładna, ale nie na baxtersonie. To była uroda naturalna, już przebrzmiewająca, ale wciąż widoczna. Gdyby była zadbana, wciąż – pomimo niestosowania specyfiku czarodzieja z Oslo – mogłaby wzbudzać pożądanie. Niestety wystarczyło spojrzeć, żeby zauważyć rys choroby psychicznej. Schizofrenii? Psychozy? André nie wiedział. Do tego dochodziło zaniedbanie; długie i w gruncie rzeczy ładne włosy miała wiecznie przetłuszczone, twarz poszarzałą, dłonie brudne. Wciąż to samo ubranie. I ten smrodek… aż odrzucało. Nie odpowiadała na pozdrowienia, a ktoś z firmy, chyba Sabrina Wolczyńska-Szot z animacji, rzuciła sensacyjną plotkę, że to jakaś aktorka czy modelka, która oszalała z powodu nieszczęśliwej miłości. Chłopaki nieźle się ponabijali z Sabriny, która przez tydzień chodziła obrażona.

Ściągnij tekst: