Piotr Witold Lech „Ten z naprzeciwka”

Opowiadania Piotr Witold Lech - 19 czerwca 2017

Dzisiaj jednak André wpadł na Schizofreniczkę (tak zaczęli ją nazywać) przy drzwiach wyjściowych z hipermarketu. Gdyby dostrzegł ją wcześniej, wybrałby inna bramkę, niestety, zamyślony wpadł centralnie na nią.

– Przepraszam. – Chciał czym prędzej uciec od tego duszącego i przyprawiającego o mdłości zapachu, ale kobieta spojrzała mu w oczy i nagle chwyciła go za rękę.

– Masz problem z sąsiadem – powiedziała spokojnie. Miała przyjemny głos.

André drgnął.

– Proszę?

– Pamiętaj: to, co realne, nie zawsze jest rzeczywiste. – Puściła jego rękę, wyminęła go i ruszyła w stronę hali głównej.

Bus zatrzymał się przy śluzie. Kilku facetów z antyterrorystycznej ze znudzonymi minami przeszło między siedzeniami. Jeden stanął przy André i przyjrzał mu się spod czarnych przeciwsłonecznych okularów. Wybiło go to z rozmyślań.

„Spadaj”, pomyślał rozdrażniony André, żałując, że nie może tego powiedzieć na głos.

„Sam spadaj, łebku”, usłyszał w sobie. Nieruchomą dotąd i obrzydliwie staranie ogoloną gębę w okularach wykrzywił ironiczny uśmieszek. „No jasne, on ma CWM”, pomyślał André.

– Inteligent – odezwał się na głos policjant, roześmiał i poszedł dalej. Kogoś jednak złapali, bo z tyłu rozległy się podniesione głosy i trzask wyładowania elektrycznego. Policjanci wynieśli jakąś dziewczynę z zielonymi dredami w ciuchach z iluzjonu. Modna tkanina, nieotrzymująca obecnie żadnych impulsów z mózgu właścicielki, przybrała formę startową – stała się kawałkiem przeźroczystej folii. Pozwoliło to André stwierdzić, że dziewczyna jest zgrabna. Ciekawe, do czego się przywalili? Pewnie miała bidulka działkę anka na miły wieczór. „Fiuty”, podsumował w myślach policjantów. Ten sam, który wcześniej stanął przy nim, teraz odwrócił się i pogroził mu palcem. Wyszli. André pokazał drzwiom środkowy palec.

Z wysokości stu metrów granica pomiędzy światami była wyraźna. Za plecami zostawiali szary świat blokowisk ciągnących się pod same Dobczyce, gdzie dopiero w dolinie Raby zaczynały się pierwsze oznaki natury. Świat ten miał do zaoferowania megamarkety, galerie handlowe, multikina, salony gier, holo i virtual reality, przedszkola, szkoły, place zabaw dla dzieci z karuzelami i sztucznymi miękkimi trawnikami, no i w końcu zakłady przemysłowe, warsztaty i biurowce dumnie wznoszące się ponad modernistycznie skomponowanymi osiedlami z wielkiej płyty pomalowanej w różne mniej lub bardziej udane kolorystyczne patchworki.

Po drugiej stronie rozpościerał się idylliczny pejzaż zabytków, zieleni i łagodnego ciepłego klimatu. Pod Kopułą, zaczynającą się od wschodniej strony na wysokości starego dworca kolejowego w Płaszowie, stworzono przytulną enklawę. Gruntownie odrestaurowano zabytki, które teraz, nienarażone na kwaśne deszcze i wiszące w krakowskiej kotlinie zanieczyszczenia, przez wiele lat nie traciły blasku. Większość dawnych ulic splantowano, tworząc pasy zieleni, przy czym na wzór ogrodu botanicznego zieleń sadzono tematycznie. Były więc ulice palmowe, paprociowe, brzozowe, świerkowe, dębowe, klonowe, kasztanowe i wiele innych. Pomiędzy drzewami, kwietnymi klombami, sadzawkami i fontannami z cichym szumem przesuwały się subtelnie ukryte ruchome chodniki, połyskiwały ścieżki rowerowe z gładkiej, twardej metapianki, suche nawet podczas największej ulewy. Podobnie ukryto platformy przystanków busów i parkingi dla stradolotów. Z fauny pozostawiono tylko kilka gatunków ptaków, w tym słowiki, skowronki i kolorowe papużki faliste. Ruch, z wyjątkiem pieszego i rowerowego, odbywał się tylko drogą powietrzną na obowiązującej wysokości stu metrów. Stamtąd, z góry – ale wciąż o wiele niżej, aniżeli sklepienie Kopuły – spływały ku zieleni pojazdy. Pogodę generowano sztucznie, ale zazwyczaj było to łagodne lato, dwadzieścia sześć, czasem dwadzieścia osiem stopni Celsjusza; dwa razy dziennie dla spłukania kurzu i podlania roślin generowano chmury i ciepły, piętnastominutowy deszcz. A ponad wszystkim, pod samym sklepieniem kopuły, przesuwały się raz za razem ogromne holograficzne reklamy. Był to świat przytulnych kawiarni, teatrów, opery i filharmonii, a także najbardziej ekskluzywnych biur bogatych kompanii biznesowych. Mieszkań prawie nie było, z jednym wyjątkiem – osiedla Podkopułowego. Zostało stworzone na terenie dawnego osiedla Podwawelskiego. Archaiczne i brzydkie bloki z szarej wielkiej płyty wyburzono i stworzono nowe, niemal całkowicie oszklone domy nawiązujące architektonicznie do najnowocześniejszych trendów. Większość z kilkunastu tysięcy mieszkań była własnością firm i korporacji, które w nagrodę lokowały tutaj swoich najlepszych ludzi z kadry kierowniczej albo tych, których chcieli zachęcić i zatrzymać w firmie. Na takich właśnie zasadach André wszedł w posiadanie obszernej garsoniery wewnątrz osiedla. Myślał, że znajdzie tutaj z jednej strony spokój, a z drugiej będzie w centrum życia towarzyskiego (kawiarnie z VIP-ami ) i kulturalnego. I wszystko byłoby super, gdyby nie ten cholerny krzykacz z naprzeciwka – myślał teraz ponuro.

Bus wylądował na platformie w środku oszklonego i całkowicie zatopionego w tropikalnej zieleni osiedla. Kiedy ruchomy chodnik dowiózł mieszkańców pod dom, André natychmiast pobiegł do moderatorki kwartałów, dokładnie tak, jak to sobie obiecywał przez cały dzień w pracy. Koledzy z firmy, a szczególnie ta świnia Wiszniewsky, docinali mu za Paris. Skąd wiedzieli? Cholera ich wie. Pewnie Paris coś chlapnęła na portalu społecznościowym, na którym przesiadywała całymi dniami z przerwami na kolejnych facetów. To naprawdę wkurzyło André. Postanowił, że coś musi zrobić z tym pieprzonym czubkiem z naprzeciwka. Zadzwonił do drzwi moderatorki. Otworzyła mu zdziwiona (dawno nikt z lokatorów na nic się nie skarżył). Wyglądała staro, na dobrą sześćdziesiątkę. Pewnie nie zdążyła wziąć baxtersona, co dodatkowo wprawiło ją w zły humor.

– O co chodzi?

– Chciałem złożyć skargę – wypalił sucho André, chociaż obiecywał sobie, że zacznie polubownie.

– Skargę?

– Czy pani nie słyszy, co się dzieje?

– A co się dzieje?

– Ten głos z pod trzynastki. Tam ktoś strasznie się drze, codziennie, nie da się otworzyć okien.

– A z którego piętra?

To pytanie trochę zaskoczyło André. Na dobra sprawę nigdy nie określił dokładnie piętra i kwartału mieszkalnego krzyczącego delikwenta.

– Wydaję mi się, że z pierwszego

– Wydaje się panu?

– Staram się szybko zamykać okno, gdy to się zaczyna. Ja, proszę pani, ciężko pracuję całymi dniami, i potrzebuję chwili spokoju po pracy. To skandal, że tutaj, na ekskluzywnym osiedlu, dzieją się takie rzeczy.

Moderatorka popatrzyła mu w oczy i André miał wrażenie, jakby lekki, ironiczny uśmieszek na sekundę przemknął po jej twarzy.

– Tutaj mieszkają sami ciężko pracujący – powiedziała. – Ale wiem, o czym pan mówi. Najprawdopodobniej chodzi o panią Starowiejską z kwartału ósmego na pierwszym piętrze.

– To kobieta?

– Tak, trzystuletnia staruszka. Baxterson już nie pomaga,  a ona jest cały czas w fazie rozkładu, umiera na raka, może nawet niejednego, ma choroby krążenia, układu pokarmowego, i Bóg jeden raczy wiedzieć, co jeszcze. Czasem nie wytrzymuje i zaczyna krzyczeć. Ale to już nie potrwa długo. Lekarze mówią o dniach.

Ściągnij tekst:
Strony: 123456

Powiązane wpisy

Nie znaleźliśmy żadnych powiązań.

Do NOT follow this link or you will be banned from the site!