Piotr Witold Lech „Ten z naprzeciwka”

Opowiadania Piotr Witold Lech - 19 czerwca 2017

Na palcach podszedł do drzwi balkonowych. Przyłożył ucho. Cisza.

– Kurwa, dość tego! – wrzasnął i pobiegł do szafy. Wyrzucił z niej kilka pudeł i z ostatniego, ukrytego na samym spodzie, wyciągnął laserowego browninga, prezent od chłopaków z pracy ( „…to do obrony przed natrętnymi laskami, hahaha!”) na któreś urodziny.

– Balkon sto procent plus! – rozkazał i z dzikim okrzykiem wybiegł w ciemność, gotów wypalić do każdego, kogo spotka na balkonie.

Nikogo nie było.

Spojrzał w okna naprzeciwko. Mógł przysiąc, że w głębi tamtej mieszkalni poprzez otwarte na oścież okno widzi stojącą nieruchomo postać. Jednak mrok panujący wewnątrz mamił oczy; nie widać było twarzy.

Chwilę stali, wpatrując się w siebie.

– Ratunku!

André mógł przysiąc, że dostrzega otwarte usta.

Nie czekając, rzucił się do drzwi wejściowych. „Dorwę cię, sukinsynu!”, myślał, biegnąc po dwa stopnie w dół.

 

V

 

Wbiegł na klatkę schodową domu numer trzynaście. Przez chwilę otoczyły go ciemności, ale krzyknął:

– Światło! – I rozbłysły ukryte w suficie reflektorki.

W pięć sekund znalazł się na pierwszym piętrze. Załomotał kolbą browninga.

– Otwieraj! No otwieraj, czubku!

Cisza.

– Co? Boisz się? – nakręcał się André. – Otwieraj, bo rozwalę ci te pierdolone drzwi!

Już miał strzelić w zamek, kiedy rozległ się trzask zwalnianej zasuwy.

Drzwi uchyliły się, ale nikt nie wyszedł.

André przystopował. Może tamten chce mnie zwabić w pułapkę? Nie wiadomo, z kim mam do czynienia. Może jednak wezwać policję? Cofnął się dwa kroki.

Światło na klatce zgasło.

To dodatkowo przestraszyło André, do chwili, kiedy uświadomił sobie, że to tylko czujnik czasowy wyłączył oświetlenie.

– Światło! – Ponowił komendę

Kiedy ponownie rozbłysło chłodne białe światło, André zauważył jakiś ruch za drzwiami. Potem usłyszał stłumiony śmiech.

– Co jest, do cholery! – Ponownie wściekłość przyćmiła rozsądek, i z impetem ruszył na drzwi.

Wpadł do przedpokoju. Znów ciemność.

– Światło sto procent! – Włącznik musiał być zaprogramowany jedynie na głos właściciela, ponieważ nie błysnęła żadna lampa.

André przycisnął się do ściany z pistoletem gotowym do strzału. Oczywiście właśnie teraz przypomniały mu się wszystkie, nawet te najgłupsze i całkowicie pozbawione sensu horrory.

W pokoju zaszurało przestawiane krzesło. Wziął głęboki wdech.

Przesunął się wzdłuż ściany. Wyjrzał zza rogu. W poświacie bladego światła tysięcy gwiazd migających na rozgwieżdżonym niebie Kopuły i padającego teraz poprzez otwarte okno mieszkalni zobaczył postać wyraźnie odcinającą się od tła.

– Nie ruszaj się, bo strzelam! – krzyknął i wsunął się do pokoju.

Usłyszał śmiech, ale gdzieś z boku. Spojrzał i zobaczył w ciemnościach kolejną postać, tym razem na fotelu. Obejrzał się. Za nim, w przedpokoju, też ktoś był. Został osaczony.

– Co to ma znaczyć!? – krzyknął. – Zapalcie te cholerne światła! – Trząsł się ze strachu.

Ktoś chwycił go za prawą rękę z pistoletem, a ktoś inny unieruchomił lewą. André zaczął się szamotać.

– Budzimy się, kochanie. – Usłyszał znajomy kobiecy głos i poczuł na ramieniu ukłucie igły.

Wydawało mu się, że coś eksplodowało mu pod czaszką. Nagły, oślepiający błysk, po którym jednak już nie powróciła ciemność.

Otworzył oczy.

Zobaczył uśmiechniętą od ucha do ucha gębę Wiszniewskiego.

– Ale odlot, stary!

Gwar, śmiechy.

André powiódł nieprzytomnym jeszcze spojrzeniem po twarzach przyjaciół i kolegów z pracy: Anne MacFert, córka królowej hipermarketów, przyjaźnili się od dziecka, zawsze świetnie gotowała; Sabrina Wolczyńska-Szot, plastyczka i animatorka z ich firmy (jak mógł jej nie poznać po tych czerwonych włosach i  kiecce z iluzjonu!?); Damian Zalas z gębą nadającą się albo dla mordercy, albo dla policjanta (ale tylko z brygady specjalnej ), Alek Dudek, brunecik, zawsze miał zacięcie aktorskie, ale żeby tak świetnie zagrać kobietę! I ona… Paris. Jego Paris, śliczna, szykowna, modna i pachnąca, i z tym ironicznym, cholernie złośliwym poczuciem humoru!

– Smakował torcik? – zapytała słodko Paris, krztusząc się ze śmiechu.

Spojrzał na talerzyk stojący przed nim na ławie. Wokół pełno było innych talerzyków z kawałkami tortu, sałatkami, śledziami, wędlinami i roztopionymi lodami. A pomiędzy nimi butelki wina. Dużo butelek.

– Co wyście mi zrobili? – wychrypiał.

Ponownie roześmiali się, jakby nic się nie stało.

– Chciałeś dostać na imieniny coś ekstra, no to dostałeś – wołał dobrze już wstawiony Wiszniewski. – Paris to wymyśliła!

– Musisz od razu wszystko wypaplać – prychnęła na niego Paris. – Normalnie subtelność nosorożca!

– Od dzisiaj będziesz miał ksywkę Aniołek – zapiszczała Sabrina

– Aniołek? – jęknął André i chciał wstać, ale zakręciło mu się w głowie. Czuł jakiegoś dziwnego i jednocześnie straszliwego kaca.

– Od anka, stary, od anka! – wrzeszczał Wiszniewski

– O Boże, co za prymityw! – Wzniosła wzrok Paris.

– Wiszniewski, od teraz pijesz po pół – stwierdził Dudek.

– Bezapelacyjnie – zgodził się Zalas.

– Ale o co wam chodzi?– obruszył się Wiszniewski.

– Spokojnie, tylko nie zacznijcie się kłócić – odezwała się Anne MacFert. Ona jedna się nie śmiała.

– A ty co taka sieriozna? – Zaczepiła ją Paris.

– A z czego tu się śmiać? Nafaszerowaliśmy go narkotykiem i to ma być zabawne?

– Jakoś wcześniej nie protestowałaś.

– Myślałam, że inaczej będzie to wyglądało.

– No nie, Anne, chyba nie chcesz wszystkim znowu popsuć zabawy?

– Okej, ja się już nie odzywam.

Do André powoli docierało. Miał urodziny. Na podłodze leżał futerał od browninga, gwarancja, instrukcja obsługi i kabura. Ostatnią rzeczą, jaką sobie przypominał, był tort. Zdmuchiwał świeczki, kroił, i rozlewał wino. Potem odleciał. A teraz już wiedział, dlaczego. Nafaszerowali tort ankiem, narkotykiem przenoszącym najnowszej generacji. Wystarczyło tylko w pokoju robić psychodramę, żeby osoba pod wpływem anka ( nazywanego też przez młodzież pieszczotliwie aniołkiem) realnie przeżywała zasugerowane sceny. Od otoczenia więc zależało „w kogo się bawimy”. Na szczęście na działanie anka istniało antidotum. Wystarczył prosty podskórny zastrzyk, żeby odurzony powrócił do realnego świata.

Dopiero teraz, kiedy wszystko zrozumiał, André poczuł ulgę. Zaserwowali mu po prostu takie reality show. To samo można było już osiągnąć w virtual reality, ale trzeba było iść do salonu gier, podpisać papiery i w ogóle się przygotować, więc o zaskoczeniu raczej nie mogło być mowy. Z ankiem sprawa była prostsza. I zabawniejsza. Wprawdzie była to substancja całkowicie zabroniona, podobnie zresztą  jak wszystkie narkotyki przenoszące, ale dla Paris, która kręciła się blisko światka artystycznego, zdobycie paru gramów nie stanowiło problemu.

Ściągnij tekst:
Strony: 123456

Powiązane wpisy

Nie znaleźliśmy żadnych powiązań.

Do NOT follow this link or you will be banned from the site!