Póki śmierć nas nie rozłączy

Opowiadania Cintryjka - 26 maja 2014

Fragment wstępu do biografii Rufusa i Anny Eisenbergów, Póki śmierć nas nie rozłączy, autorstwa Daniela Coté (Berlin, Bruno Gmünder Verlag, rok 2099):

Odłóżmy na bok encyklopedyczne definicje i zastanówmy się przez moment nad istotą słowa wirus. Czy mówiąc „wirusy”, mamy dziś na myśli takich masowych morderców ludzkości, jak grypa, HIV czy CLEV? A może chodzi nam o złośliwe oprogramowanie, zdolne niszczyć sprzęt i wprowadzać informatyczny zamęt? Czy obecnie – w chwili, gdy zarówno znane ludzkości choroby, jak i próby elektronicznego sabotażu nie stanowią już dla nas większego zagrożenia – słowo wirus nie stanie się archaizmem, przeżytkiem?

Jest to niebezpieczna pokusa i historię Rufusa oraz Anny Eisenbergów powinniśmy potraktować jako ostrzeżenie. Pamiętajmy, że wirus, według łacińskiego źródłosłowu, to jad, trucizna. A trucizny mogą przybierać wiele form. Nie oszukujmy się – nie wygraliśmy wojny z wirusami, bowiem jest to wojna z naturą, z ewolucją i z nami samymi.

 

Środa, 03 września 2098, godzina 21:00.

 

Kochaliśmy się na podłodze, na włochatym dywaniku, w świetle trzech stojących na stoliku świec. W pokoju wciąż czuć było zapach spaghetti po bolońsku, a usta Anny miały cierpko-słodki posmak czerwonego wina.

– Tak – wymruczała mi do ucha, kiedy ścisnąłem ją za biodra. – Nie przestawaj.

Płakała, ja zresztą też. Chciwie syciliśmy się swoimi ciałami, całowaliśmy niecierpliwie, niemal rozpaczliwie. Dreszcze, które towarzyszyły pieszczotom, były równie silne, jak wtedy, gdy robiliśmy to po raz pierwszy, w niedużym pensjonacie, w którymś z tych polskich nadmorskich miasteczek: Rewalu, Pobierowie czy Dziwnowie.

– Kocham cię – wykrztusiłem. – Kocham cię, kocham cię, kocham cię…

Deszcz, tłukący rytmicznie o parapet, odgradzał nas od całego świata. Liczył się tylko ten pokój, smak skóry, zapach potu, gorąca rozkosz zbliżenia, jej jęki – znajdujące drogę prosto do moich uszu – i czysta fizyczność splecionych ciał. I myśl, przerażająca, obezwładniająca, ale i podniecająca myśl, że to nasz ostatni raz.

– Nie przestawaj – poprosiła, obejmując moją szyję ramionami. Po policzkach ciekły jej łzy, oddychała głośno i szybko. – Nie przestawaj, kochany.

Poczułem, jak pręży się pode mną, jak jej plecy wyginają się w łuk. Krzyknęła głośno, rozdzierająco, paznokciami rozdrapując mi plecy do krwi, po czym wpiła się ustami w moją szyję, całowała mokre policzki, gładziła moje ramiona jak parę ukochanych pupili.

Musiałem przysnąć w jej objęciach. Obudził mnie szum wody wlewanej do wanny.

– Już czas – Anna przykucnęła obok, pocałowała mnie w ramię.

Próbowała się uśmiechać, ale widziałem po jej oczach, że jest przerażona. Przytuliłem ją i z całych sił próbowałem się nie rozryczeć.

– Będzie dobrze – wyszeptała. – Wszystko będzie dobrze.

Poszliśmy do łazienki. Na taborecie czekała już butelka wina i dwa kieliszki, wanna była pełna. Taflę wody pokrywała gruba warstwa piany, a jaśminowa sól do kąpieli skutecznie zabiła zapaszek detergentów i chemicznych podgrzewaczy.

Dłoń mi się trzęsła, gdy napełniałem kieliszki, trochę wina pociekło na podłogę. W końcu wszedłem do wanny i oparłem się plecami o akrylową ściankę. Anna poszła moim śladem i moment później siedzieliśmy w ciepłej wodzie, z kieliszkami czerwonego wina w dłoniach. Czułem gładką skórę jej pleców na moim torsie; pocałowałem ją w kark i wsadziłem nos we włosy pachnące brzoskwiniami.

– Kocham cię – powiedziałem. – Zawsze będę cię kochał.

Później sięgnąłem po leżącą na taborecie żyletkę.

– Spokojnie, kochany – wyszeptała. Jej głos brzmiał równie słodko, co tego dnia, gdy się poznaliśmy, sześćdziesiąt lat wcześniej. – Nie bój się. Wszystko będzie dobrze.

Nie pamiętam samego cięcia. Pamiętam natomiast krew, cieknącą jej po przedramieniu i barwiącą pianę na czerwono. Pamiętam smak wina i ciepło jej ciała, i jej cichnący głos, którym nuciła naszą piosenkę, do której tyle razy tańczyliśmy przez te wszystkie lata.

Oh, it’s such a perfect day, I’m glad I spend it with you

Oh, such a perfect day, You just keep me hanging on

You just keep me hanging on

Pamiętam moment, gdy przestała śpiewać, i gdy powiedziałem, że jest dla mnie wszystkim, a ona już nie odpowiedziała.

 

Z ulotki reklamowej projektu Everlast (Hope Inc., wydrukowano 03 czerwca 2038):

Marzy Ci się życie wieczne? Projekt Everlast to szansa właśnie dla Ciebie! Ten innowacyjny program odnowy komórkowej w oparciu o reprodukcję komórek macierzystych to Twoja szansa na życie bez strachu o jutro! Bądź jednym z szesnastu tysięcy ludzi, którzy wejdą na nowy szczebel ewolucji naszego gatunku! Nie czekaj, zgłoś się już dziś, za pomocą formularza dostępnego na stronie Hope Inc. (Uwaga! Wnioskujący muszą być w wieku 25-35 lat, bez nałogów i posiadać aktualne badania medyczne kategorii A lub A+).

 

Czwartek, 14 sierpnia 2098, godzina 17:40.

 

Telefon odezwał się w połowie zebrania zespołu badawczego. Schliemann odczytywał właśnie sprawozdanie z ostatniego eksperymentu, nie bez satysfakcji zresztą – jego pomysł zaowocował zwiększoną o 37% odpornością na promieniowanie Spitzera. U szczurów, fakt, ale to lepsze niż nic. Dwie z dwunastu laboratoryjnych samic były w ciąży, a tego nikomu wcześniej nie udało się osiągnąć.

Spojrzałem na wyświetlacz. Anna. Odszedłem od stołu i odebrałem połączenie.

– Przyjedź. – Jej głos przypominał skamlenie skatowanego psa. – Proszę, przyjedź.

Minutę później wybiegłem z budynku uniwersyteckiego, wskoczyłem do samochodu i ruszyłem z piskiem opon. Jechałem jak automat, cisnąc ile wlezie pedał gazu, droga rozlewała się w szarą wstęgę i uciekała spod kół. Na przedmieścia Berlina dotarłem w dwadzieścia minut.

W domu powitała mnie cisza; mimo nieba zasnutego chmurami wewnątrz nie paliły się żadne światła.

– Anna? – zapytałem. – Anno, jesteś tu?

Nie odpowiedziała. Szybkim krokiem przeszedłem do salonu, stamtąd do kuchni. Telewizor był włączony, ale ściszony. W wiadomościach – tak samo jak rano – trąbili o szczęśliwych narodzinach dziewczynki gdzieś w Okręgu Moskiewskim. Wiedziałem, że przez najbliższy dzień lub dwa nie będzie się mówiło o niczym innym.

– Anno? – powtórzyłem głośniej, ruszając po schodach na piętro.

Znalazłem ją w sypialni. Leżała na łóżku, z podkurczonymi nogami, przyciskając do brzucha poduszkę. Na podłodze rozsypane były zdjęcia, które trzymaliśmy w metalowej puszce po herbatnikach: fotografie naszych dziadków i rodziców, rodzeństwa, przyjaciół z młodości. Przez lata kolory zdążyły wyblaknąć, a papier pomarszczył się i zaczął kruszyć na rogach.

– Anno, kochanie? – Usiadłem za nią i delikatnie położyłem dłoń na ramieniu. – Wszystko w porządku?

Ściągnij tekst:
Strony: 123456

Mogą Cię zainteresować

Festiwal Fantastyki Falkon 2018
Aktualności - 4 października 2018

Zbliża się Festiwal Fantastyki Falkon 2018.

Michael John Harrison „Viriconium”
Ksiażki fantastyczne - 28 marca 2009

MAG W Viriconium młodzi mężczyźni, zaprzątnięci nocami swymi morderczymi gierkami, porozumiewają się za pomocą…

„Gra o Tron” po raz siódmy
Film i muzyka - 17 lipca 2017

Dzień do światowej premierze w Polsce zostanie oficjalnie pokazany pierwszy odcinek siódmego sezonu Gry…

Do NOT follow this link or you will be banned from the site!