ISSN: 2658-2740

Radomir Darmiła „Chłopiec do umierania”

grafika: A.Mason

Tego ranka Chłopiec umierał w wyjątkowo parszywym nastroju. Klient był niezdarny, na dodatek strasznie sapał, nawet jeszcze zanim zabrał się do rzeczy. Dłonie miał zimne i spocone, nieprzyjemnie śliskie, o krótkich, tłustych paluchach. Chłopiec chętnie by go w te palce ugryzł, ale tego nie było w scenariuszu, a każde odstępstwo od scenariusza mogło skutkować utratą pięćdziesięciu patyków (po potrąceniu podatku). Szarpał się więc tylko i szamotał, lecz gdy nieomal udało mu się wyrwać, uznał, że i z szarpaniem nie może przesadzać. To właśnie wtedy ją dostrzegł — w ciągu krótkiej jak mgnienie oka chwili, kiedy prawie wolny przypadkiem obrócił głowę. Stała wśród widzów po prawej stronie Macaulaya, młoda, wysoka, niesamowicie piękna. Zdążył zauważyć tylko tyle, zanim klient znowu przycisnął go do materaców.

Męka była straszna jak zawsze. Potem nadeszła chwila, gdy już nie czuł własnego ciała, ale jeszcze nie utracił świadomości, krótka chwila uniesienia, niemal rozkoszy, tuż przed zapadnięciem w ciemność. Jak zawsze nie było żadnego światła, w stronę którego mógłby podążać. Żadnego ojcowsko łagodnego głosu przyzywającego go do siebie. Tylko cisza, pustka, ciemność; nirwana, cudowny sen, brutalnie przerwany tańcem wymiotno-białych świateł i szarpiącym mięśnie cierpieniem, gdy jego ekipa przystąpiła do reanimacji.

Później godziny tępego bólu. Bólu, którego odurzony środkami znieczulającymi nie powinien był czuć, jak autorytatywnie stwierdzał Macaulay. I ten nieznośny bezruch, w którym niezdolny do wymówienia choćby słowa mógł tylko wpatrywać się w sufit i czekać bezczynnie, podczas gdy szprycowano go kolejnymi substancjami mającymi przyśpieszać gojenie. Drugiego dnia odwiedzili go adwokaci grubasa. Wykrzywiał się do nich w bezbarwnym uśmiechu, gdy oglądali go z pełną profesjonalnej obojętności dokładnością. Wyglądali na zadowolonych: wracał do zdrowia zgodnie z planem, a uszkodzenia ciała były w zakresie wyszczególnionym w umowie. Gdy wyszli, Macaulay podniósł do góry kciuk. Potem wyjął z kieszeni kartkę z nabazgraną na niej sumą i przytrzymał ją w powietrzu na tyle długo, by dało się jej dokładnie przyjrzeć. Wyszczerzył zęby i wyszedł. Jeszcze w drzwiach wpadł na kogoś, przeprosił, i już go nie było.

Pięćdziesiąt tysięcy: dwadzieścia pięć na lekarzy, pięć dla Macaulaya, dziesięć dla reszty ekipy, pięć na te wszystkie niby-legalne leki, na-wpół-narkotyki, pięć pozostałe koszta. Pozostaje okrągłe zero, a nawet mniej niż zero, bo przecież trzeba będzie jeszcze zapłacić za rekonwalescencję. Chłopiec westchnąłby, gdyby mógł. Miał nadzieję, że Macaulayowi następnym razem uda się wytargować większe honorarium z telewizji.

Zaraz – tylko mu się zdawało, czy naprawdę Macaulay zderzył się z kimś w drzwiach? Zmrużył oczy, wytężając wzrok, i rzeczywiście kogoś – coś – dojrzał. Wysoki, smukły, niebieski cień. Chłopiec chciał krzyknąć, aparatura obok jego łóżka zapiszczała; chwilę później do pokoju wpadła zaalarmowana pielęgniarka.  Gdy zaczęły działać środki uspokajające, Chłopiec uświadomił sobie, że widziany cień był do kogoś podobny; nie potrafił jednak zdecydować, do kogo.

Tydzień później mógł już chodzić o własnych siłach, wolał jednak dalej leżeć w łóżku. W sali miał telewizor z dostępem do trzystu kanałów. Lubił wyłączać dźwięk i skakać między programami, z krótkich fragmentów filmów składać zupełnie nowe opowieści. Samotny mężczyzna wyciąga pistolet — następny kanał — dziewczyna patrzy na niego przerażona — klik — do pokoju wpada pajac przebrany za tabletkę i wyciąga dłoń z kolorowym pudełkiem — klik — pijany podrabiany ksiądz udziela ślubu całującej się parze.

— Dziękuję, że uratowałeś mnie przed tym dilerem narkotyków, John — powiedział Chłopiec falsetem. Mlasnął, naśladując dźwięki obleśnych pocałunków. — Gdyby nie ty, ten facet by mnie zastrzelił.

Roześmiał się i odłożył pilota. Czuł się już całkiem dobrze. Sięgnął dłonią po asystronika i przejrzał ostatnio otrzymane wiadomości. Macaulay przysłał listę ofert od potencjalnych klientów, ale Chłopiec nie miał jeszcze ochoty ich analizować. Cudak z wydawnictwa zawiadamiał, że biografia słabo się sprzedaje i zostanie wycofana z oferty. Jakiś cwaniak oferował mu interes życia, przekonując przy tym do kontaktów koniecznie bezpośrednich, bez pomocy agentów.

Na samym końcu był pusty list, bez tematu, zawierający tylko jedno zdjęcie. Chłopiec zmarszczył brwi — asystronik powinien wyłapać ten list jako spam i automatycznie skasować. Wahał się chwilkę, wreszcie otworzył załącznik i zamarł. Jakość była bardzo kiepska, zdjęcie było rozmazane, zawierało tylko niewyraźny dziewczęcy profil. A jednak był pewien, że tę dziewczynę ze zdjęcia zna.

Zaintrygowany, uruchomił wyszukiwarkę; program wyrzucił kilka tysięcy wyników: ludzkich twarzy, nazwisk, a nawet jakiś łańcuch górski o z grubsza zbliżonym kształcie. Do tego kilka samouczków dla artystów oraz mnóstwo porno. Żadne z odnalezionych nazwisk nic mu nie mówiło. Zamknął wyszukiwarkę, marszcząc brwi. Doszedł do wniosku, że odpoczywał już wystarczająco długo. Kazał asystronikowi zadzwonić do Macaulaya.

Strony: 1234567891011

Mogą Cię zainteresować

Radomir Darmiła „Czarbrończyni”
Opowiadania Radomir Darmiła - 18 sierpnia 2017

Przekaz był tak silny, tak gwałtowny i nagły, że Armelia zatoczyła się…

Daniel Hermanowicz „Idolatria”
Opowiadania Daniel Hermanowicz - 11 listopada 2020

Długo by opowiadać. Dla pana najistotniejsze jest to, że jesteśmy jedynymi bóstwami,…

Łukasz Sikora „Centralne Biuro Śledzenia Autorów”
Opowiadania Łukasz Sikora - 20 czerwca 2014

Pan Mietek uważał się za wzorowego pracownika, w takim przekonaniu utwierdzały go…

Fahrenheit