Radomir Darmiła „Chłopiec do umierania”

Opowiadania Radomir Darmiła - 21 maja 2018

— Nie przewidziałaś tego? — zdziwił się fałszywie. — Przecież na tym polega twoja praca.

Tak naprawdę nie chciał tutaj przychodzić. Nawet wychodząc z hotelu i miętosząc w spotniałej dłoni karteczkę z wypisanym adresem, wciąż się zastanawiał, czy nie lepiej byłoby po prostu wyjechać.

— Przewidziałam — odpowiedziała i zachichotała, zupełnie jakby tylko czekała na pretekst do śmiechu. — Widzisz? Jeszcze niczego nie zamówiłam.

— Pierwszy raz tutaj jestem — powiedział Chłopiec, rozglądając się dokoła. — Kto by pomyślał, że w Clairmont jest tego rodzaju kawiarenka.

— Niedawno ją otwarli — powiedziała dziewczyna. — Wyobraź sobie, jakaś zblazowana milionerka ubzdurała sobie, że nieźle może na tym zarobić.

Chłopiec nie mógł powstrzymać uśmiechu. Kawiarenka była cała różowiutka i świeżutka, pasująca do Clairmont jak polukrowana truskawka do befsztyka wołowego.

— Myślę, że twoją bogaczkę czeka spore rozczarowanie — powiedział, bawiąc się przyniesioną przez kelnerkę kartą dań.

— Dlaczego? — zdziwiła się dziewczyna. — Zakochani są wszędzie. Zresztą coś mi mówi, że Clairmont może wkrótce znacznie zyskać na popularności.

Wzruszył ramionami.

— Mam coś na twarzy? — powiedziała, wyciągając lusterko. — Strasznie się na mnie gapisz.

Nie zdążył odpowiedzieć. Natrętny dzwonek powiadomił go, że Macaulay znowu chce z nim porozmawiać. Polecił asystronikowi, by od tej chwili aż do odwołania odrzucał wszystkie połączenia z jego agentem. Po namyśle wysłał mu wiadomość: „jestem na urlopie, nie przeszkadzaj”.

— Chciałaś się ze mną spotkać — powiedział, kiedy skończył.

— Być może — odparła, jakby czekała na to pytanie. — Mogłam też zauważyć, jak bardzo ty chcesz się ze mną spotkać i po prostu się zlitowałam.

Kelnerka postawiła przed nim kubek z gorącą czekoladą.

— Hej, ja tego nie zamawiałem.

— Ja ci to zamówiłam.

— Wolałbym piwo.

— Ach, no tak. Musisz przecież wszystkim pokazać, że jesteś dorosły.

— Nie. Po prostu lubię piwo — Chłopiec podniósł kubek i obrócił go w palcach. — Ty, jak widzę, zamówiłaś sobie coś z alkoholem.

— Ja jestem pełnoletnia — zachichotała dziewczyna. — I nie muszę nikogo pytać o zdanie.

Myślę, że powinienem się oburzyć, pomyślał Chłopiec. Może nawet zrobić awanturę z wywracaniem krzeseł i całym tym teatrem. Potem wróciłby do hotelu, albo nawet lepiej — do swojego ukochanego baru. Zamiast tego upił łyk czekolady. Smakowała nadspodziewanie dobrze.

— Pytaj — powiedział.

— O co?

— O co chcesz. W zamian za gorącą czekoladę dostajesz prawo do uzyskania odpowiedzi na dowolne pytanie.

— Dobrze — uśmiechnęła się dziewczyna. — Więc… interesuje mnie prawna podstawa twojej pracy.

— Żartujesz — zdziwił się Chłopiec. — Europejskie prawa człowieka i obywatela. Każdy ma prawo do eutanazji w dowolnie wybrany przez siebie sposób, z pomocą dowolnie wybranych przez siebie osób.

— Joao, ja to wiem. Prawo mam w małym paluszku. Wiem dokładnie, co jest napisane w kodeksach. Każdy ma prawo do godnej śmierci, i tak dalej, ale w praktyce przecież trzeba spełnić całkiem sporo warunków, by wszystko było legalne.

Chłopiec skinął głową. Rzeczywiście, prawo do eutanazji obwarowano licznymi zastrzeżeniami, wszystko w celu zapobieżenia ewentualnym nadużyciom. Najsampierw uznano, że tylko osoby o wykształceniu medycznym mogą udzielać pomocy w godnej śmierci. Wydawało się, że lekarze, osoby bądź co bądź poświęcające się ratowaniu życia, będą w stanie właściwie ocenić, kiedy należy pomóc chorym udać się na tamten świat. Wszystko wydawało się w porządku do czasu, gdy mafia zaczęła masowo wysyłać swoich zabójców na zaoczne studia medyczne. Po kilku szczególnie głośnych przypadkach, w których lekarze Cosa Nostry udzielili pomocy medycznej nadgorliwemu sędziemu, kilku dziennikarzom i szefowi brygady antyterrorystycznej — nie wspominając o całej rzeszy drobniejszych rzezimieszków — uznano, że przepisy należy zmienić. Zastrzeżono więc, że eutanazji można dokonywać tylko w obecności przedstawiciela prawa, w kilku dokładnie określonych ośrodkach, po wyrażeniu wyraźnej, kilkakrotnie powtórzonej prośby pacjenta. Na pewien czas załatwiło to sprawę — do czasu przypadku starszego małżeństwa z Gandawy. Mężowi odmówiono eutanazji, ponieważ jego choroba była uleczalna; problem polegał na tym, że koszt kuracji był niebotycznie wysoki i przekraczał możliwości dwójki holenderskich emerytów. Zrozpaczona małżonka ostatecznie uległa prośbom cierpiącego męża i zastrzeliła go przy pomocy zakupionej od afrykańskich imigrantów spluwy. Prokurator próbował dowieść, że w rzeczywistości chodziło o spadek i zwyczajną niechęć małżonki do zajmowania się cierpiącym mężem, ale sąd uległ naciskowi opinii publicznej. Specjalna sesja parlamentu europejskiego dokonała kilku poprawek ustawy eutanazyjnej. Prawo ewoluowało jeszcze przez kilka lat, na zmianę zaostrzano je i łagodzono w zależności od kaprysów aktualnej większości parlamentarnej. Ostatecznie jednak ustalono ogólne zasady, które okazały się na tyle proste, że już nikomu nie chciało się ich zmieniać.

Po pierwsze, eutanazji musiał zażądać sam pacjent, przy czym ustawa wyliczała dokładnie, w jaki sposób prośba może być sformułowana, uwzględniając eutanazyjne potrzeby niemów, bezrękich, dyslektyków i tak dalej.  Pacjent musiał cierpieć na poważne schorzenie, które było albo nieuleczalne, albo o zbyt drogich kosztach kuracji, i to był jedyny punkt, który jeszcze później uległ niewielkiemu uściśleniu. Po trzecie, eutanazji mogła dokonać tylko osoba po odpowiednim kursie. To ograniczenie okazało się czysto formalne, ponieważ certyfikat ukończenia kursu „pomocy przy godnej śmierci”, jak to nazywano, można było zdobyć nawet nie ruszając się z domu, korzystając z systemu edukacji internetowej. Po czwarte, zarówno przy udzieleniu zgody, jak i potem przy samej eutanazji, musiał uczestniczyć wyznaczony przez państwo pełnomocnik, a sam proces musiał być filmowany. Co do reszty, panowała czysta dowolność — pacjent mógł sam wyznaczyć sobie metodę, przy pomocy której chciał umrzeć, mógł zaprosić na tę okazję rodzinę i tak dalej.

Najważniejsze w całej sprawie było to, że skoro eutanazja nie była zbrodnią, to tym bardziej nie mogło nią być usiłowanie dokonania eutanazji.

W ten sposób otwarto drogę do powstania zupełnie nowej gałęzi rozrywki. Osoby pragnące śmierci wystawiały się na aukcji. Kto chciał, mógł zakupić prawo do wykonania na nich eutanazji. Nieuleczalną chorobę, jak się okazało, można było znaleźć niemal u każdego, jeżeli miało się tylko odpowiednią motywację i środki pieniężne. Co pewien czas ustawodawcy brali się za rozpaczliwe próby ograniczenia powstałego rynku oraz łatanie kolejnych dziur, z których korzystali mafijni zakapiorzy, by całkiem legalnie kogoś sprzątnąć.

Problem został rozwiązany nie przez prawo, a przez postęp medycyny. Nieuleczalnych schorzeń było coraz mniej, nawet kiedy z przyczyn ekonomicznych nie opłacało się szukać lekarstw, zawsze trafiał się jakiś naukowiec trafiający na właściwą substancję chemiczną podczas poszukiwań wystarczająco ciekawego tematu na doktorat. Ostatecznie ustalono corocznie aktualizowaną listę chorób, których pacjenci kwalifikowali się do eutanazji. Na liście tej największą grupę stanowiły różnorakie schorzenia i skazy genetyczne; tym można było tylko zapobiegać, natomiast z oczywistych przyczyn często nie dało się ich w żaden sposób wyleczyć.

Ściągnij tekst:
Strony: 12345678

Powiązane wpisy

Emil Gieras „Piękny dzień”
Opowiadania - 14 stycznia 2019

Czy wierzycie w istnienie przełomowego momentu w życiu człowieka? Chwili, w której…

Hanna Karwowska „Chłopiec z XXI wieku”
Opowiadania - 1 czerwca 2014

Od redakcji: Dziś, z okazji Dnia dziecka, mamy dla Was ciekawostkę, rarytas. Tekst został…

Jakub Bogucki „Żeglarz”
Opowiadania - 1 października 2018

Niech mi pan na chwilę uwierzy. Zróbmy z tego taką grę… Jest…

Do NOT follow this link or you will be banned from the site!