Radomir Darmiła „Czarbrończyni”

Grafika: Adam Cebula

Przekaz był tak silny, tak gwałtowny i nagły, że Armelia zatoczyła się i nieomal upadła. Dostrzegła polanę wypełnioną po brzegi czarną, włochatą masą. Chwilę później biegła przez las, otoczona braćmi z tego samego miotu, nie zważając na ból mięśni. Dowódca kazał się śpieszyć, więc śpieszyła się, zaciskając szczęki, niesiona głodem i nienawiścią. Teraz była ptakiem — z zawrotną prędkością przemknęła nad rzeką, nad lasem kłębiącym się setką żyć i śmierci, aż wreszcie runęła w dół niczym kamień.

— Jak wielu? — zapytała, próbując powstrzymać ogarniające ją mdłości. — Jak daleko? Jak szybko?

Oto stała na wieży, zaciskając dłoń dyżurnego żołnierza. Wiatr rozwiewał jej włosy, niosąc zapachy dymu i krwi. Jeszcze raz uniosła się pod chmury; w jednej chwili ogarnęła wzrokiem puszczę pod drugiej stronie Aradawary aż po góry majaczące gdzieś na zachodzie. Z trudem powstrzymała chęć, by pomknąć w ich stronę — przekaz znowu tracił zwartość, stawał się ciągiem chaotycznych obrazów i wrażeń. Płonąca wieś, rozszarpana krowa, tłum wieśniaków tratujących się w panice, żołnierze szyjący z kuszy do uciekinierów. „Na promie nie ma już miejsca, nie ma miejsca”, krzyczeli, i ona krzyczała razem z nimi.

Upadła, tym razem naprawdę. Była znowu sobą. Drżała na całym ciele. Musiała natychmiast wstać i biec do fortu, natychmiast, ale nogi nie chciały jej słuchać.

— Szlachetna, czy potrzebujecie pomocy?

Podniosła głowę. Wokół niej zebrała się grupka zalęknionych mieszkańców. Splunęła na ziemię, otarła twarz i wstała.

— Pobiegniesz do fortu — powiedziała, pokazując na tego, który przed chwilą odważył się zadać jej pytanie. — Powiesz, że mają ogłosić alarm. Zaraz tam będę. A jeżeli chodzi o źródło…

Obróciła się całą sobą do ciała leżącego w kurzu drogi. Kobieta. Armelia przypomniała sobie, że tuż przed otrzymaniem przekazu chciała od niej kupić nową chustę.

Odetchnęła.

— Pomóżcie jej — poleciła. — Ty! Z czarną brodą! Stój i pilnuj, by nikt niczego nie zabrał. Znacie ją?

— To Maranna od Opolachy, szlachetna — odezwała się drobna dziewczynka stojąca trochę z boku.

— Dobrze. Pójdziesz i powiadomisz jej bliskich, co się stało.

Wydała jeszcze kilka poleceń i pochyliła się nad Maranną. Dotknęła jej czoła, zbadała puls. Tamta już odzyskiwała przytomność. Czarbrończyni nie miała czasu, by obejrzeć ją dokładniej, ale wyglądało na to, że w ciągu dnia, góra dwóch dni, źródło wróci do zdrowia. Obiecała sobie, że wróci tutaj za kilka dni. Wróci, kupi chustę, może nawet dwie chusty — jedną z nich ofiaruje sprzedawczyni jako dar. Armelia westchnęła, składając niski, ceremonialny ukłon przed kobietą będącej jej źródłem podczas przekazu.

W forcie żołnierze krzątali się gorączkowo. Widząc czarbrończynię, dotykali dwoma palcami serca i czoła, okazując szacunek. To dziwne, ale mimo tylu spędzonych wśród nich miesięcy, wciąż czuła się tutaj obca. Na samym początku, wbrew radom starszych koleżanek, siadywała obok innych w czasie posiłków, wypytywała o ich strony rodzinne, o plany po zakończeniu służby wojskowej. Zawsze odpowiadali na pytania. Sami nigdy o nic ją nie pytali, nie opowiadali przy niej dowcipów, jedli niewiele i szybko odchodzili od stołu. Wreszcie uznała, że nie powinna im się narzucać, że kiedyś sami ją zaproszą, w naturalny sposób zaakceptują. Mijały kolejne miesiące, a oni wciąż traktowali ją tak samo, z pełnym lęku szacunkiem, zresztą być może było to coś innego niż sam tylko szacunek.

Kapitan Sztarmach czekał na nią w swoim pokoju. Przerzucał kartki jakiegoś dokumentu, jednakże gdy tylko weszła, odsunął papiery na bok niecierpliwym ruchem ręki i wstał.

— Czar-rodzicielko, kazałyście ogłosić alarm.

— Dwa dni drogi stąd na północ — odparła. — Jakieś trzysta sztuk.

Kapitan zacisnął szczęki.

— Strasztury?

— Nie. Nie sądzę. — Zastanowiła się przez chwilę. — W większości młode osobniki.

— Gdzie idą?

— Obserwatorka nie była pewna. Zdaje się, że ich celem są klucze koło Szarbergu. W wizji widziałam ludzi uciekających promem przez rzekę.

Kapitan ze stojącej obok szafy wyciągnął zwiniętą mapę i rzucił ją na stół. Armelia zastanowiła się chwilę.

— Tutaj — powiedziała wreszcie, zdecydowanie. — Tutaj obserwatorka dostrzegła ich pierwszy raz, sześć godzin temu. Teraz są tutaj i idą… w tym kierunku.

— Mają niezłe tempo — mruknął kapitan. — Dobrze. Przechwycimy ich tutaj, przed ruinami Murawy. Jest tam dobre miejsce do obrony. Byłyście pod Murawą, czar-rodzicielko?

— Nie.

— Jak będzie po wszystkim, będziecie mogli obejrzeć ruiny świątyni. I ogrody miejskie. Nieważne. Pójdźcie się przygotować. Ruszamy za dwadzieścia uderzeń.

Skinęła głową i odwróciła się do drzwi.

— Cieszę się, że jesteście z nami — powstrzymał ją głos kapitana. — Wy, a nie jakaś nowicjuszka świeżo po szkoleniu. Damy sobie radę. I jeszcze jedno…

Czekała spokojnie, ale kapitan milczał.

— Nie mówcie nikomu, że jest ich trzystu — powiedział wreszcie. Spojrzała mu prosto w oczy.

— Czy mam wykonać przekaz do Szarbergu? — zapytała.

— Po co? — żachnął się Sztarmach. Nie zdejmowała z niego spojrzenia i wreszcie ugiął się, krzywiąc usta. — Nie. Oszczędzajcie siły. Wyślę tam zwykłego gońca. — Skinął jej głową i machnął dłonią w kierunku drzwi. — Idźcie już.

Niespełna trzydzieści uderzeń serca później kolumna wojsk opuszczała Kaluzar. Czterdziestu dragonów, kusznicy, pięć setek włóczników — niemal cały garnizon fortu. Mieszkańcy osiedla wylegli na pobocza drogi, w milczeniu obserwując żołnierzy. W małych osadach wszyscy szybko dowiadują się o wszystkim. Przekaz łapiący czarbrończynię w środku dnia, w czasie zakupów; nagły alarm, a teraz rozmiar oddziału opuszczającego fort. To wystarczało aż nadto, by osadnicy zrozumieli, że sytuacja jest poważna.

Po trzech godzinach Sztarmach zarządził postój.

— Kapitanie, czy mam już zarządzić losowanie? — zapytał jeden z poruczników.

— Jeszcze nie. — Sztarmach uśmiechnął się i pokazał na włóczników przerzucających się żartami. — Nie ma co psuć chłopcom humoru. Mamy czas.

Porucznik chyba domyślał się, dlaczego Sztarmach nie chciał tak szybko wybierać źródeł. Armelia poznała to po sposobie, w jaki najpierw obrzucił ją spojrzeniem, a potem szybko odwrócił wzrok. Trzysta szarbestii; będzie potrzeba co najmniej dwudziestu źródeł. Lepiej, żeby żołnierze nie widzieli od razu, jak wiele czarnych kamieni zostanie wrzuconych do worka z losami. Lepiej, żeby nie mieli czasu na zastanawianie się. Lepiej, żeby dwudziestu wybrańców nie zdążyło się porozumieć i wpaść na jakiś głupi pomysł.

Do ruin Murawy dotarli trzy godziny przed zmrokiem. Sztarmach natychmiast przydzielił ludzi do kopania rowów i przygotowywania zasieków. Potem wezwał do siebie Armelię.

Ściągnij tekst: