Radomir Darmiła „Czarbrończyni” (2)

Opowiadania Radomir Darmiła - 18 sierpnia 2017

— Jak szybko dacie radę ich tutaj sprowadzić?

— Nie wiem. Musiałabym najpierw wyśledzić, jak daleko już dotarła horda.

— Wolałbym, byśmy nie musieli walczyć w nocy.

— Spróbuję ich zatrzymać na noc — kiwnęła głową Armelia.

Kapitan obejrzał się na swoich ludzi. Twarz miał nieprzeniknioną.

— Krauc! Czar-rodzicielka potrzebuje źródła. Dajcie jakiegoś ochotnika!

Zgłosiło się kilku chętnych. Sami weterani. Mogli liczyć na to, że zostaną zwolnieni z losowania przed walką; w najgorszym razie mogli zostać wykluczeni z walki. Armelia wybrała dwóch i złapała ich za ręce. Zamknęła oczy i czekała na przypływ energii. Dwa strumienie wypychające ją z własnego ciała niczym dwa strumienie wody, na których mogła unosić się jak liść pchany prądem rzeki. Patrzyła coraz dalej, coraz dalej, przeszukując puszczę, tropiąc myśli okrutne i krwiożercze. Wreszcie znalazła, znacznie bliżej, niż sądziła. Przebiegła od umysłu do umysłu, w każdym zostawiając nieco zmęczenia. Podążaliśmy już tak długo, tak długo. Czas odpocząć, szepnęła do ucha dowódcy. Jeżeli odpoczniemy i jutro ruszymy dwie godziny przed świtem, trafimy do ludzkich chat równo z pierwszymi promieniami słońca. Sączyła tę myśl delikatnie, ostrożnie, bojąc się, że jeśli będzie zbyt bezpośrednia, dowódca zablokuje przed nią swój umysł. Wreszcie stwór zaryczał i zatrzymał się. Był zmęczony i widział, że jego wojownicy też pragnęli odpoczynku. Trzeba dać im nieco oddechu, inaczej będą do niczego w czasie walki, pomyślał. Zadowolona Armelia jeszcze raz przeleciała między członkami hordy i otworzyła oczy. Obaj weterani byli wyczerpani. Gdy puściła ich dłonie, starszy upadł na kolana i zwymiotował.  Drugi trzymał się na nogach, chociaż z nosa ciekła mu krew.

— Dziękuję wam za waszą siłę — powiedziała, składając tradycyjny ukłon. — Proszę, połóżcie się i odpocznijcie.

Weterani kiwnęli głowami i oddalili się chwiejnym krokiem. Ich koledzy podbiegli, podtykając im bukłaki z piwem. Armelia patrzyła z zazdrością. Ona też czuła się zmęczona, chociaż to było niczym w porównaniu z jutrzejszą walką. Obróciła głowę w stronę Sztarmacha. Kapitan czekał z nieruchomą twarzą.

— Zatrzymałam ich — powiedziała. — Co jakiś czas będę musiała sprawdzać, czy ruszyły.

— Oczywiście, czar-rodzicielko. Czy już ich naprowadzacie?

— Nie. Za wcześnie. Zacznę, kiedy znowu zaczną biec. Kapitanie, spokojnie. Sprowadzić ich do nas jest łatwo. O wiele łatwiej, niż zatrzymać.

Sztarmach skinął głową.

— Za godzinę przyślę wam źródło — powiedział. — Jedno wystarczy?

— Wystarczy. Teraz muszę odpocząć.

Nie czekała na odpowiedź, zamknęła oczy. Oddychała głęboko i rytmicznie, wsłuchując się w szum własnej krwi. Usłyszała jeszcze kapitana wydającego spokojnym, silnym głosem rozkazy, jego głos dudnił w rytmie jej serca.

Godzinę później obudziła się w namiocie, przykryta kocami. Jak zawsze po wybudzeniu z transu w pierwszej chwili nie pamiętała, gdzie jest i dlaczego.

Zawołała. Żołnierz czekający przy wejściu natychmiast przyskoczył, pochylając głowę i wyciągając dłoń. Uchwyciła go i natychmiast uniosła się w górę, wysoko, ponad ruiny. Szarbestie znalazła znacznie szybciej niż uprzednio, leżały pokotem między drzewami, śniąc o krwi, świeżym mięsie, płonących chatach. Nie było powodu do niepokoju. Nie należało wyczerpywać zanadto sił własnych i źródła, wróciła więc natychmiast. Zdążyła jeszcze powiedzieć żołnierzowi, by obudził ją za dwie godziny, i że do tego czasu może spróbować się przespać. Zasnęła niemal natychmiast po wypuszczeniu dłoni źródła.

Budziła się cztery razy i cztery razy pokonywała tę samą drogę. Za czwartym razem bestie już nie spały; gryzły się między sobą, zderzając się opancerzonymi łbami bardziej dla rozgrzewki niż z potrzeby walki. Ich dowódca węszył w powietrzu. Ruszamy, ruszamy, brzmiało w jego głowie. Armelia uznała, że nie ma sensu zatrzymywać tej myśli. Umocnienia powinny już być gotowe, zanim szarbestie dotrą do Murawy.

Tutaj, wyszeptała w ucho dowódcy. Ciepłe, świeże mięso. Wyobraziła sobie chaty pełne roześmianych dzieci. Kobiety karmiące piersią niemowlaki, zapach niemowlaków — cudowny, obiecujący delikatne mięso. Nozdrza dowódcy drgnęły, postawił uszy na baczność. Tam? W jego umyśle zalęgła się niepewność. Na pewno tam? Armelia delikatnie odpędziła wątpliwości. Nowa osada, koloniści, łatwe łupy. Przeleciała między członkami stada, wszystkim podsuwając pod nos ten sam zapach niosący tę samą obietnicę. Dowódca zaryczał. I nagle stado runęło naprzód, zupełnie jakby ktoś w bibliotece przewrócił szafę wypełnioną księgami.

Armelia odetchnęła głęboko i znowu była sobą, znowu siedziała na rozrzuconych kocach wśród ruin Murawy. Teraz będzie już łatwo; niedługo szarbestie przestaną reagować na jej sugestie, ale wtedy będą gnały tutaj z własnej woli. Wtedy nie da się już ich zawrócić z wybranej drogi i wszystko się rozstrzygnie.

Zasłona przy wejściu uchyliła się. Do środka zajrzał jakiś młody porucznik.

— Czar-rodzicielko, kapitan chciałby wiedzieć, kiedy dotrą szarbestie.

— Najwcześniej dwie godziny po świcie — powiedziała bez wahania. — Najprawdopodobniej później. Przekaż kapitanowi, żeby przygotował mi już miejsce.

Żołnierz siedzący obok niej był bardzo blady. Armelia dotknęła go delikatnie dłonią.

— Będę musiała jeszcze raz skorzystać z waszej siły — oznajmiła. — Wytrzymacie?

— Dam radę — odparł. — Nie jestem jakimś paniczykiem z wielkiego miasta, czarbrończyni.

Wyszła z namiotu. Powitały ją blade twarze żołnierzy, majaczące niewyraźnie w szarocie przedświtu. Pewnie się zastanawiają, dlaczego kapitan jeszcze nie zarządził losowania, pomyślała. Niektórzy pewnie zaczynają się już modlić do swoich bogów. Młody porucznik, ten sam, który przed chwilą zaglądał do namiotu, przybiegł pokazać jej drogę do przygotowanego podwyższenia.

Czekał tam na nią już kapitan.

— Musimy już zacząć losowanie — powiedział, zupełnie jakby musiał się jej tłumaczyć. — Wiem, że jeszcze jest czas, ale chłopcy już zaczynają szeptać. Przynajmniej zajmą czymś umysły.

Nic nie odpowiedziała. To nie była jej odpowiedzialność, to nie były jej decyzje. Kapitan mruknął coś pod nosem, zupełnie jakby sam sobie przytakiwał, a potem wezwał poruczników.

Kiedy starszy, wąsaty sierżant zaczął wrzucać do worka czarne kamienie, między żołnierzami zaczęły się szepty. Za każdym kamieniem tłum żołnierzy falował niby jedno ciało poruszone potężnym westchnieniem.

— Dwadzieścia — westchnął ktoś z tłumu.

— Damy radę — powiedział kapitan. — Damy radę, bo jest z nami doświadczona czar-rodzicielka Armelia. Większość z was widziała już ją w akcji. Ci, którzy są nowi, niech zapytają starszych towarzyszy. Musimy tylko zasłonić ją na tyle długo, by wykonała swoją pracę. I pamiętajcie — dopóki żaden z was nie zawiedzie towarzyszy, damy radę.

Kapitan uniósł pięść. Żołnierze wpatrywali się w niego bez słowa. Żaden nie powtórzył jego gestu.

Ściągnij tekst:
Strony: 1234567

Mogą Cię zainteresować

Nowy numer magazynu „Silmaris”. To już trzeci!
Aktualności Fahrenheit Crew - 16 listopada 2016

Na rynku pojawił się trzeci numer magazynu Silmaris, z wysokoenergetyczną porcją prozy, wywiadów i publicystyki.…

Radomir Darmiła „Smutna historia o miłości ze szczęśliwym zakończeniem”
Opowiadania Radomir Darmiła - 22 grudnia 2014

— Jak mogłeś! — Faery cudownie wyglądała, kiedy się złościła. — Jak mogłeś go tak okłamać!…

Radomir Darmiła „Chłopiec do umierania”

Tego ranka Chłopiec umierał w wyjątkowo parszywym nastroju. Klient był niezdarny, na…

Do NOT follow this link or you will be banned from the site!