Radomir Darmiła „Czarbrończyni” (3)

Opowiadania Radomir Darmiła - 18 sierpnia 2017

— Zaczynajcie — nakazał po chwili Sztarmach. Nagle, jakby kierowany impulsem, wyciągnął dłoń i włożył ją do worka. Wyciągnął kamień i uniósł go do góry. Biały.

Podchodzili po kolei. Jedni sięgali szybkim, zdecydowanym ruchem, inni gmerali długo, jakby mogli wyczuć opuszkami palców kolor kamieni. Ci, którzy wyciągali czarne, odchodzili na bok. Jeden z poruczników, niedawno awansowany kapral… ostatni czarny kamień wyciągnął całkiem niedorosły chłopiec.

— Nie martw się — szepnął mu sierżant trzymający worek. — Wszystko będzie dobrze. Większość źródeł nie umiera.

Chłopiec podniósł na niego zdumione spojrzenie. Najwidoczniej nie docierało do niego jeszcze, co się stało, i co oznacza kamień spoczywający w jego dłoni.

Armelia wzięła głęboki oddech i złapała za dłoń stojącego obok niej żołnierza. Chwilę później znowu biegła obok przywódcy stada. To nie tam mieliśmy gnać, pomyślała, czując, jak rozsadza ją wściekłość. Ktoś mnie oszukał. To ty, przywitał ją. Tak, to ja. Gdzie jesteś, wiedźmo? Rozszarpię najpierw ciebie, a potem wszystkich ludzi między dwoma rzekami. Gdzie jesteś? Armelia zaśmiała się, a przywódca aż zadrżał z wściekłości. Tutaj jestem, tutaj, wołała, drażniąc go do szybszego biegu, do zapierającego dech w piersiach sprintu, do odbierającej rozum furii.

Otworzyła oczy. Całe pole przed nimi zryte było dołami i pośpiesznie ustawionymi zasiekami ze ściętych drzew i krzaków. Przed nią w dwóch liniach za rowami i płotami stali włócznicy, wbijając w ziemię długie włócznie. Za nimi gotowali się kusznicy. Dragoni czekali przy jej stanowisku, trzymając za uzdy niespokojne konie. Jeżeli coś pójdzie nie tak, zabiorą ją stąd, przytomną lub nie, i pognają do Kaluzaru lub Szarbergu — i zawsze istniała szansa, że dotrą na miejsce, przynajmniej niektórzy z nich.

Jeden z żołnierzy zaczął śpiewać. Inni podchwycili pieśń. Armelia znała słowa i chociaż korciło ją, by się roześmiać, zachowała kamienną twarz. To była typowa pijacka przyśpiewka o zaletach i wadach kobiet z różnych stron królestwa, wybitnie niepasująca do sytuacji. Powinni śpiewać o bohaterstwie, o braterstwie broni, odwadze; najwidoczniej jednak strofy opiewające grube tyłki chłopek z Kandiaru bardziej uspakajały żołnierzy przed bitwą.

Najpierw dobiegło ją dudnienie, zupełnie jakby gdzieś daleko ktoś uderzał w wielki bęben. Potem usłyszała ryk, najpierw słaby, stłumiony odległością, potem coraz głośniejszy, ogłuszający ryk trzystu gardeł. Złapała za ręce pierwsze ze źródeł. Nie mogła zacząć zbyt wcześnie, nie mogła zbyt szybko roztrwonić sił.

Zupełnie jakby las rzygnął czarną falą; linia drzew zatarła się. Żołnierze wciąż śpiewali, a raczej krzyczeli, w ogłuszającym hałasie nie dało się już rozróżnić słów. Wtedy ruszyła naprzeciw szarbestiom: była wielkim, szarym tumanem mgły, zamieniającym ziemię w lepkie błoto czepiające się łap i wysysające życie z ciał zmęczonych kilkugodzinnym biegiem. Szaleńcza szarża bestii załamała się i zamieniła w powolne pełzanie, stwory pędzące z tyłu wpadały na te, które zdołała już powalić, przewracały się, wyjąc z wściekłości i bólu.

Czuła tę wściekłość. Czuła ten ból, dziesiątki bełtów przebijających jej pancerną skórę, czuła pękające płyty czołowych osłon. Niedający się znieść ciągły ból przepływał przez nią, wstrząsając jej ciałem ciągłymi spazmami. Nie mogła wytrzymać, płonęła. Obok było źródło pełne ożywczej, chłodnej energii. Nurzała się w nim, gasząc ogarniające ją płomienie. A potem znowu była mgłą, była błotem, była kąsaną bełtami umierającą szarbestią.

Ból wrócił tak intensywnie, że upadła. Klęczała, nic nie widziała mimo otwartych oczu. Źródło się wyczerpało. Podniosła się pośpiesznie i wpiła palce w bark kolejnego żołnierza. Nie przejdziecie, krzyczała, odpychając szarą, plamistą falę obrzydliwych gigantycznych stworów, próbujących dopełznąć do linii włóczników. Teraz była burzą, była nawałnicą uderzającą na oślep piorunami, powalającą na ziemię najpotężniejsze dęby. Weszła w umysł kolejnego monstrum, sięgnęła w głąb splątanych węzłów jego umysłu, chwyciła jeden z nich, szarpnęła, rozrywając skórę na palcach.

W krótkich chwilach przytomności, gdy kolejne źródło docierało do granic wytrzymałości, patrzyła na pole, próbując ocenić, co się dzieje. Bestie dotarły już do linii włóczników i niemrawo, jakby grzęznąc w mule, próbowały ją rozerwać powolnymi, potężnymi ciosami kolczastych łap. Jedna z nich skoczyła, przerywając linię włóczników. Na polu leżało mnóstwo wielkich ciał, część z nich nieruchomych, część wstrząsanych drgawkami. Znacznie więcej wciąż parło naprzód, powoli, nie zważając na nic. Kusznicy słali w tą zbitą masę kolejne bełty. Bestie walczące z przodu wyglądały jak jeże.

Nie dam rady, pomyślała zrozpaczona. Jest ich zbyt wiele. Traciła oddech, nie miała już sił, ale przecież musiała wciąż przebiegać to pole, szarpać boki napastników, zamieniać ziemię pod ich łapami w bagno. Jeszcze chwilę, a potem jeszcze chwilę — a później nagle stała z powrotem na podwyższeniu, ogłuszona wrzaskiem żołnierzy, jękiem umierających. Zatoczyła się, machając na oślep dłońmi, łapiąc tylko pustkę, klęcząc i próbując się podnieść. Nie od razu zrozumiała, co się stało — ból i zmęczenie odbierały jej jasność umysłu — a potem ogarnęła ją rozpacz. Ostatnie źródło się wyczerpało. Z pola dobiegł tryumfalny ryk: szarbestie nagle poczuły pod łapami twardy grunt  i ruszyły do szarży niczym obruszona przez wiatr lawina.

Ktoś do niej podbiegł, szarpnięciem poderwał na nogi. Krzyczał, ale nie rozumiała słów. Dotknęła go dłonią i ból nagle zginął, a ona znów miała siłę. Ktoś krzyczał i ona krzyczała także, była teraz burzą gnającą przez pole. Sięgała w głąb umysłów nacierających bestii i szarpała je, rwała na strzępy. Nie wiedziała już, kim jest i gdzie się znajduje. Ważne było tylko zabijać potwory, powalać je i czerpać ze źródeł, których tak wiele było koło niej, a potem gnać za uciekającym niedobitkami, wyszukiwać ich między drzewami, i zabijać, zabijać, zabijać…

Ból po zakończeniu transu był nie do zniesienia.

Bitwa dobiegła końca. Słychać już było tylko zachrypłe głosy oficerów i pojedyncze jęki rannych żołnierzy. Armelia stała wciąż na wzgórzu, ignorując przechodzących obok ludzi. Zdaje się, że jakiś porucznik przyniósł wodę; nie doczekawszy się reakcji, wzruszył ramionami i postawił bukłak koło jej stóp.

Ocknęła się, leżąc już w swoim namiocie. Ktoś ją musiał tam zaprowadzić, pamiętała przecież, że szła. Podniosła się i syknęła z bólu. Czuła się bardzo brudna i bardzo zmęczona.

— Czar-rodzicielko, czy można wam przeszkodzić?

— Wejdźcie, kapitanie — powiedziała, dotykając ostrożnie czoła. Sztarmach odchylił zasłonę i wszedł, niosąc miskę z wodą.

— Wybaczcie — powiedział, podając jej zamoczoną szmatkę — zostanie wam pamiątka po mnie.

— Po was? — powtórzyła.

— Musiałem was powstrzymać — wyjaśnił Sztarmach. — Chociaż szarbestie odstąpiły, wyście nie przerwali. Aż strach było patrzeć, kiedyście tak tam stali. Braliście kolejnych żołnierzy, chociaż było już po bitwie. I dlatego…

Ściągnij tekst:
Strony: 1234567

Powiązane wpisy

Nowy numer magazynu „Silmaris”. To już trzeci!
Aktualności - 16 listopada 2016

Na rynku pojawił się trzeci numer magazynu Silmaris, z wysokoenergetyczną porcją prozy, wywiadów i publicystyki.…

Radomir Darmiła „Smutna historia o miłości ze szczęśliwym zakończeniem”
Opowiadania - 22 grudnia 2014

*** — Wojna o kobietę? — wróżka klasnęła w małe dłonie i roześmiała się. — Ach, jakie to bajkowe!…

Radomir Darmiła „Chłopiec do umierania”
Opowiadania - 21 maja 2018

Tego ranka Chłopiec umierał w wyjątkowo parszywym nastroju. Klient był niezdarny, na…

Do NOT follow this link or you will be banned from the site!