Radomir Darmiła „Czarbrończyni” (4)

Opowiadania Radomir Darmiła - 18 sierpnia 2017

Jeszcze raz dotknęła czoła, a potem przesunęła dłońmi po całej twarzy, lepkiej i obolałej. Pod palcami wyraźnie wyczuwała opuchliznę.

— Nie każdy by się odważył — powiedziała wreszcie. — Dziękuję.

Sztarmach wzruszył ramionami i podał szmatkę. Armelia starannie namoczyła ją w wodzie i przystąpiła do wycierania twarzy.

— Źródła… Jak poszło tym razem?

— Nie martwcie się o nich.

— Ilu?

— Siedmiu nie żyje, pięciu wciąż nieprzytomnych. Dziewięciu trzeba będzie odesłać do domów, bo nic już po nich w armii. Reszta do jutra dojdzie do siebie.

— Reszta? Przecież było dwadzieścia czarnych kamieni…

— Najwidoczniej za mało. Braliście potem siłę od ludzi na oślep.

Armelia odłożyła szmatkę do miski ruchem starannym i powolnym.

— Przepraszam — powiedziała.

— Za co? Przecież to zwykła rzecz.

— Powiedzieliście, że mogłam szybciej odstąpić od transu. Gdybym to zrobiła…

— Zwykła rzecz, mówię. Mogliście też wskoczyć na konia i uciec w chwili, gdy skończyły się źródła. Słyszałem, że niektóre czarbrończynie załamują się natychmiast, gdy obok nich nie stoi gotowe źródło i nie potrafią potem wejść znowu w trans. Wyście dali radę walczyć dalej. Gdybyście się załamali, nikt z nas by nie uszedł żywy.

Sztarmach wstał, podnosząc miskę.

— W życiu nie byłem w głębszej dupie — mruknął po chwili milczenia. — Siedem tuzinów zabitych… jak dotąd, bo kilku może jeszcze skonać w nocy. Więcej niż drugie tyle nie może się ruszać o własnych siłach.

Armelia kiwnęła głową. Kiedyś Sztarmach nie kląłby w jej towarzystwie. Kiedyś podziękowałby jej formalnie i wyszedł, nie mówiąc nic ponad kilka okrągłych, uprzejmych i sztywnych zdań. To śmieszne: cieszyć się z tego, że ktoś nie waha się przy tobie kląć. To śmieszne przyjmować to za wyraz uznania.

— Przyślę wam kogoś z posiłkiem — powiedział kapitan, wychodząc. — Jeżeli wam czegoś trzeba, powiedzcie mu.

Znowu została sama. Było oczywiste, że nie będzie jadła z żołnierzami. Zresztą nie była pewna, czy tego by chciała. Milczeć przy jedzeniu mogła równie dobrze tutaj, siedząc w namiocie. Tutaj przynajmniej, gdy dobrze się wsłuchała, mogła usłyszeć rozmowy na placu.

Zostali pod Murawą jeszcze dwa dni, kopiąc groby. Trzeciego dnia kapitan uszykował żołnierzy w kolumnę marszową. W obozie zostawił najciężej rannych i kilku włóczników do ochrony i opieki.

— Zostanę — powiedziała, kiedy przyszedł powiadomić ją o wymarszu. — Znam się na leczeniu. Przydam się tutaj.

— Oczywiście. — Kapitan ukłonił się z szacunkiem. — Zostawię w takim razie dwóch dragonów i luzaka, tak na wszelki wypadek. W lesie mogą być niedobitki.

— Wracają na południe — odpowiedziała szybko. — Okolica jest bezpieczna.

Kapitan kiwnął głową.

— Będzie z wami sierżant Krauc. To stary wiarus, można mu całkowicie zaufać. Za kilka dni przyjadą po was wozy.

Chwilę później kolumna włóczników opuściła obóz. Nikt z odchodzących nie pozdrawiał tych, co pozostali. Większość z tych, co pozostali, również nie była w nastroju do machania rękoma.

Kolejnych kilka dni Armelia starała się jak najlepiej wykorzystać wszystko, co wiedziała o sztuce leczenia. Nie było tego dużo, to nie była jej specjalizacja. Żołnierze bez słowa wykonywali wszystkie jej polecenia. Nie pokładali większych nadziei w jej umiejętnościach, widziała to w ich spojrzeniach. Nie robili jej też wyrzutów, gdy umierali kolejni ranni.

Najgorzej się czuła przy wyschniętych źródłach. Było ich pięć. Leżeli bezwładnie, nie skarżąc się i nie wydając żadnego dźwięku. Wolała tych, co krzyczeli z bólu; mogła przynajmniej próbować im pomóc. Wyschniętym nie można było pomóc w żaden sposób. Często klękała przy nich, wyczekując na jakikolwiek znak powrotu do zdrowia.

Dzień przed powrotem wozów zdarzył się cud — jeden z wyschniętych jęknął nagle i drgnął. Potem zaczął krzyczeć. Chciała go uspokoić, ale gdy położyła mu na głowie dłoń, zamachał rękoma i trafił ja w twarz.

— Spokojnie, chłopcy, już to widziałem! — krzyknął sierżant Krauc, powstrzymując nadbiegających żołnierzy. — To normalne. Ma facet szczęście. Kilka dni i zacznie mówić.

Zacznie mówić… może nawet z sensem. Rusza kończynami, czyli nie będzie sparaliżowany, może będzie chodził, pomyślała Armelia. Ten wypadek na nowo obudził w niej nadzieję i coraz częściej przesiadywała przy pozostałych wyschniętych. Stan żadnego z nich nie uległ już poprawie.

Ostatniej nocy w obozie pod Murawą przyśniła jej się bitwa. Znowu całą sobą powstrzymywała napór opancerzonych potworów. Ponownie czuła całą rozpacz i ból jak wtedy, gdy uświadomiła sobie, że obok niej nie ma już żadnego źródła. Upadła jak wtedy, i tak jak wtedy ktoś do niej podbiegł. Obudziła się ze łzami w oczach. Później wstała i cicho, by nie budzić innych śpiących, podpełzła do wyschniętych.

Czterej byli zwykłymi włócznikami, typowymi chłopami wziętymi do armii prosto od pługa. Piąty, najmłodszy, miał na sobie elegancko skrojoną kurtkę z naszytymi symbolami dwunastego pułku dragonów.

Ten żołnierz, ten chłopiec… Pamiętała wyraźnie, co się stało. Skończyły się źródła i wypadła z transu. Jak zwykle w takich przypadkach wracał do niej cały spowodowany ból, i nie miała jak się przed nim zasłonić. Zdarzało się, że ból był tak wielki, że potrafił okaleczyć czarbrończynię na całe miesiące, w skrajnych przypadkach mógł uczynić ją trwale niezdolną do odbierania i wysyłania przekazów. Upadła, linia włóczników zaczęła się łamać, klęska była nieunikniona — wtedy podbiegł do niej ten chłopak, dragon. Pamiętała, co krzyczał.

— Już po wszystkim! — wołał, próbując podnieść ją na kolana. — Bitwa jest przegrana! Muszę was ochronić!

Takie miał rozkazy — w razie katastrofy, za wszelką cenę chronić czar-rodzicielkę i wywieźć ją w bezpieczne miejsce. Musiał ją chronić. Wtedy go dotknęła.

Więcej nie podchodziła do wyschniętych. Gdy przybyły wozy przysłane przez Sztarmacha, usiadła na pierwszym z nich, jak najdalej od młodego dragona i jego pustych oczu.

***

Po powrocie do garnizonu początkowo codziennie odwiedzała rannych. Pomagała uzdrowicielkom w miarę możliwości, chociaż czasem sprowadzało się to tylko do zanoszeniu brudnych szmat do przeprania lub spalenia. Często siadała koło rannych, mając nadzieję, że chociaż uśmiechem doda im otuchy. Któregoś dnia jedna z uzdrowicielek zabrała ją na stronę, a potem czerwieniąc się i jąkając, poprosiła, by nie przychodziła więcej.

— Dlaczego?

— Chłopcy czują się przy was skrępowani — brzmiała odpowiedź. —  Boją się nawet w karty zagrać, by was nie urazić.

— Ależ mnie nie urażą. Sama mogę z nimi zagrać, jeśli trzeba.

Ściągnij tekst:
Strony: 1234567

Mogą Cię zainteresować

Radomir Darmiła „Chłopiec do umierania”

Tego ranka Chłopiec umierał w wyjątkowo parszywym nastroju. Klient był niezdarny, na…

Radomir Darmiła „Smutna historia o miłości ze szczęśliwym zakończeniem”
Opowiadania Radomir Darmiła - 22 grudnia 2014

*** Noc spędziłem pracowicie, usypiając miejscowe dzieci. Chodząc między cieniami, zaglądając w szpary…

Nowy numer magazynu „Silmaris”. To już trzeci!
Aktualności Fahrenheit Crew - 16 listopada 2016

Na rynku pojawił się trzeci numer magazynu Silmaris, z wysokoenergetyczną porcją prozy, wywiadów i publicystyki.…

Do NOT follow this link or you will be banned from the site!