Radomir Darmiła „Czarbrończyni”

Opowiadania Radomir Darmiła - 18 sierpnia 2017

Uzdrowicielka pokręciła głową.

— Rozumiem, że macie dobre chęci, ale naprawdę nie trzeba.

Armelia nie próbowała jej przekonywać. Wędrowała bez celu po koszarach, wspięła się na strażnicę, a potem odwiedziła stajnię. Wreszcie, sama nawet nie wiedząc kiedy, trafiła do pomieszczenia, gdzie złożono czterech wyschniętych. Za kilka dni mieli odjechać na północ razem z najbliższym transportem.

Wyschnięci zajmowali cztery z szesnastu łóżek wstawionych do pokoju. Każde osłonięte było zasłonami. Zwykle sala wykorzystywana była dla rekonwalescentów i lżej rannych, teraz jednak nikt nie chciał być w tym samym pomieszczeniu co wyschnięci.

Usiadła przy młodym dragonie, wpatrując się w jego twarz. Chłopiec kiedyś musiał być całkiem przystojny. W końcu westchnęła, odeszła od łóżka  i przykucnęła przy oknie. Nie wiedziała, co ma z sobą zrobić. Na pewno nie miała ochoty znowu krążyć po garnizonie, brak jej też było chęci do spacerów po osadzie.

Wreszcie położyła się na jednym z pustych łóżek i zasunęła zasłony. Leżała bez ruchu, wpatrując się w sufit i nasłuchując przytłumionych odgłosów z podwórza. Nawet nie zauważyła, kiedy zasnęła. Obudziły ją dwa męskie głosy. Ktoś poza nią odwiedził wyschniętych.

— Cześć, Ruddi. — Pierwszy głos musiał należeć do mężczyzny niskiego i grubego; tak głębokim basem nie mógłby mówić wysoki chudzielec. — I Hreibert, i Matios. I… cholera. Tego nie znam.

— Niedawno trafił do garnizonu — powiedział drugi głos. — Laruzyjczyk. Straszny z niego był cwaniak. Zawsze się od każdej roboty wykręcał, nawet zmawialiśmy się, żeby mu dać kocówę… oczywiście na gadaniu się skończyło, wiesz przecież, że my nie tacy.

— Jasne, wiem. Ja o wszystkim wiem. No, od własnego losu nikt się nie wykręci.  —  Pierwszy głos brzmiał zdecydowanie znajomo, Armelia nie potrafiła jednak dopasować go do żadnego z żołnierzy. — Dalej, polejmy po kielichu.

— Dla nich też?

— Nie wygłupiaj się.

Brzdęknęła butelka uderzająca o brzegi metalowych kubków.

— Wasze zdrowie, chłopcy.

— No nie wiem. Patrz tylko na nich. Na co im teraz dobre zdrowie…

— Mogło być gorzej — filozoficznie zauważył pierwszy głos. — Przynajmniej żyją.

— Też mi coś. Ja tam wolałbym śmierć niż takie życie — wyraził opinię drugi głos. — W mojej wsi był taki jeden, Walus go wołali. Dzieciaki najpierw się bały, do czasu gdy się okazało, że Walus w portki sika. Od tej pory wymyśliły sobie zabawę, w Walusa kamieniami rzucać. A ten nic, raz tylko jęknął, gdy w głowę trafiły. Krew się polała, awantura była we wsi, kto rzucał, aleć się okazało, że nikt nie rzucał, że Walus sam się w łeb puknął. Mówię: do dupy takie życie. Nawet much sam odgonić nie umiał. Gdyby umarł, rodzina by rentę dostała przynajmniej.

— Na opiekę też dają rentę, i to wyższą — sprzeciwił się pierwszy głos. Armelia rozpoznała w nim sierżanta Krauca.

— Też mi wyższą, jak z niej trzeba za żarcie zapłacić. A jeszcze przecież trzeba takiego umyć, przebrać, to już lepiej dostać mniej i mieć z głowy.

Sierżant nie odezwał się już, widać argumenty drugiego głosu go przekonały. Armelia nie czekała na dalszy ciąg rozmowy. Podniosła się i odsunęła zasłonę. Na jej widok obaj żołnierze poderwali głowy i cofnęli się. Czarbrończyni uśmiechnęła się z wysiłkiem. Przeszła obok, a oni pośpiesznie rozstąpili się, by zrobić jej drogę. Lub żeby nie musieć jej dotykać.

Na korytarzu oparła się o ścianę i odetchnęła głęboko. Później ruszyła szybkim, zdeterminowanym krokiem prosto do gabinetu kapitana. Załomotała pięścią w ciężkie, dębowe drzwi i stała spokojnie, czekając na zaproszenie.

— Proszę wejść!

Sztarmach na jej widok wstał i chwycił jedno z eleganckich, obitych materiałem krzeseł stojących przy ścianie. W całym garnizonie — a może i w całej osadzie — były tylko cztery takie krzesła, na jednym siedział zwykle kapitan, pozostałe były zarezerwowane dla specjalnych gości. Zwykli żołnierze siadali na stołkach, o ile oczywiście kapitan pozwolił im usiąść.

— Siadajcie, czar-rodzicielko — powiedział, samemu sadowiąc się za stołem. — Co was do mnie sprowadza? Przekaz? Widzenie?

— Chcę odejść z garnizonu.

— Odejść? — zdziwił się kapitan. — Dlaczego? Chłopcy wam dokuczają?

— Nie. Po prostu… mam dosyć.

— Mnie? — Sztarmach zmarszczył twarz w namiastce uśmiechu. — Zawsze starałem się was traktować z szacunkiem, czar-rodzicielko. A może jedzenie wam nie smakuje? Brakuje wygód?

— Mam dosyć zabijania ludzi. — Gdy już zaczęła mówić, nie mogła przestać, zupełnie jakby pierwsze słowa otwarły od dawna zamknięte drzwi. Kolejne zdania tłoczyły się teraz w jej głowie, jedno za drugim próbując wydostać się przez usta. — Okaleczenia ich. Jak tego młodego dragona, który teraz tylko ślini się i bełkocze. Wszyscy się mnie boją. W mieście ludzie unikają mojego wzroku. I jeszcze…

— Wystarczy. Już wszystko rozumiem.

Sztarmach odwrócił się do skrzyni stojącej za jego plecami. Chwilę w niej grzebał, wreszcie wyciągnął butelkę o długiej szyjce. Postawił flaszkę, zabębnił palcami o stół, wstał i otworzył mniejsze drzwiczki prowadzące do jego prywatnej izby. Po chwili wrócił, niosąc dwa porcelanowe kubki.

— Dostałem je od jednego z kupców dwa lata temu — zakomunikował, wycierając naczynia chustką wyjętą z szuflady. — Głupio pić w samotności, a nie wypada mi spoufalać się z podwładnymi. Chyba że wypadnie jakaś specjalna okazja…

— Nie lubię wina — powiedziała Armelia sztywno. Czuła, że kapitan nie traktuje jej wystarczająco poważnie. — I nie przyszłam tutaj, by dotrzymać panu towarzystwa przy butelce.

— Nie szkodzi. — Sztarmach wzruszył ramionami i nalał jej do kubka. — Tym razem wypijecie. Chciałem wam coś opowiedzieć. Lepiej się będzie wam słuchało, a mi mówiło, jeżeli będziemy pić.

— Nie rozumiecie mnie, kapitanie. Chcę odejść z wojska.

— Bardzo dobrze was rozumiem. A teraz wyświadczcie mi zaszczyt, szlachetna czar-rodzicielko, i pozwólcie, by stary człowiek coś z siebie wyrzucił. To było dziesięć lat temu. Pijcie, proszę was. Pijcież to wino.

Sztarmach odchylił głowę i przymknął oczy. Mówił potem powoli, starannie układając słowa, często robiąc przerwy.

— Dziesięć lat temu. Przybyli nowi osadnicy. Dostałem rozkaz, by ich dostarczyć na północ; jest tam miejsce, gdzie żelazo zalega bardzo płytko pod ziemią, miejsce uznano za dobre do obrony, blisko wzgórza z trzech stron otoczone rzeką. Zresztą nie pierwszy raz próbowano tam zbudować osadę. Była z nami czarbrończyni, a jakże, może o niej słyszeliście, Jarmuga, niezbyt już młoda. Wyglądała dosyć strasznie, nie dbała o włosy i ubiór, mówiąc wprost, cuchnęła. Nie lubiłem jej. Nikt jej nie lubił, ona też za nikim nie przepadała. Ale wykonywała, co do niej należało, chociaż wtedy nie potrafiłem tego docenić.

Ściągnij tekst:
Strony: 1234567

Powiązane wpisy

Radomir Darmiła „Smutna historia o miłości ze szczęśliwym zakończeniem”
Opowiadania - 22 grudnia 2014

W pierwszej chwili nie mogłem pojąć, co robi stado wilków wokół rosnącej na polanie, otoczonej…

Nowy numer magazynu „Silmaris”. To już trzeci!
Aktualności - 16 listopada 2016

Na rynku pojawił się trzeci numer magazynu Silmaris, z wysokoenergetyczną porcją prozy, wywiadów i publicystyki.…

Radomir Darmiła „Chłopiec do umierania”
Opowiadania - 21 maja 2018

Tego ranka Chłopiec umierał w wyjątkowo parszywym nastroju. Klient był niezdarny, na…

Do NOT follow this link or you will be banned from the site!