Radomir Darmiła „Czarbrończyni” (6)

Opowiadania Radomir Darmiła - 18 sierpnia 2017

— To była moja pierwsza poważniejsza misja po awansie na kapitana. Starałem się więc, by wszystko było jak należy, i na bogów, wszystko było jak należy. Postawiliśmy palisadę jak się patrzy, pogłębiliśmy rzekę, a osadnicy przystąpili do wytopu żelaza. Kazałem więc Jarmudze, by przekazała raport do garnizonu w Szarbergu. Słyszałem wcześniej, że z waszą pracą związane jest ryzyko, że stawiacie na szalę własne zdrowie nawet przy prostym przekazie, ale wtedy po raz pierwszy na własne oczy zobaczyłem, na czym to polega. Jarmuga zatraciła się w przekazie, nie mogła wyjść z transu, wreszcie padła kompletnie nieprzytomna. Leciała jej krew z nosa i uszu, miała gorączkę i bredziła. Jej źródłem był stary weteran, jeden z moich ulubionych żołnierzy. Zmarł tego samego dnia. A następnego dnia uderzyły na nas szarbestie.

— Nie było ich wiele, nawet nie tuzin wygłodniałych samców. Palisada pomogła przetrwać do wieczora, ale było pewne, że następnego dnia będzie po nas. Jarmuga odzyskała przytomność, ale była zbyt słaba, by nam pomóc w walce. Miałem tylko jedno wyjście — próbować ucieczki. Kazałem czar-rodzicielkę załadować na wóz, a potem…  Musiałem wymyślić jakiś sposób odwrócenia od nas uwagi szarbestii. Wreszcie wysłałem tuzin chłopców z pochodniami do lasu. Mieli rozpalić ognisko i narobić hałasu, a potem uciekać, jak długo się da. Wszystkim oczywiście dałem dokładne instrukcje, jak mają potem do nas dołączyć. Każdy udawał, że te instrukcje do czegoś im się przydadzą.

Kapitan umilkł. Przyłożył kubek do ust; zorientowawszy się, że nic w nim już nie ma, napełnił go ponownie i westchnął.

— Powiedz mi, czar-rodzicielko, kto zabił tych dzielnych chłopaków? Kto jest winien ich śmierci? A kto uratował ponad setkę osadników i czterdziestu żołnierzy?

— Wiem, co chcecie mi powiedzieć kapitanie. Powinnam być z siebie dumna, bo uratowałam życie wielu ludzi, a cała reszta to po prostu nieszczęśliwe wypadki, konieczne poświęcenia. Gdzie drwa rąbią, tam wióry lecą. Wcześniej tego nie rozumiałam, ale teraz już rozumiem, i dzięki waszej opowieści zaraz poderwę się na nogi, podziękuję za dodanie otuchy, i płacząc ze szczęścia, wrócę do swoich obowiązków.

— To ironia? — zapytał po chwili milczenia Sztarmach. — Przepraszam, że pytam, ale brakuje mi doświadczenia w takich sprawach.

— Kapitanie, ja to wszystko wiem i wiedziałam już wcześniej. Po prostu nie jestem w stanie już dokonywać tych wszystkich koniecznych wyborów.

— Ale ktoś tych wyborów dokonywać będzie musiał. Więc wszystko sprowadza się tylko do tego, że chcecie zrzucić brzemię na kogoś innego. Ale mniejsza o to. Załóżmy, że odejdziecie z wojska i wrócicie do tej waszej…  Mihiry? Dobrze pamiętałem, z Mihiry jesteście? A więc załóżmy, że nikt wam nie będzie robił problemów; tak zwyczajnie, po prostu przestaniecie być czarbrończynią. I myślicie, że będziecie żyć potem długo, beztrosko i szczęśliwie, zgadza się?

— Nie wiem. Może tak. Ale nie o to chodzi.

— Nieprawda. Może i chodzi wam o te trudne wybory, ale zbyt wiele znałem czarbrończyń, by nie wiedzieć, co wam jeszcze przeszkadza. Ludzkie spojrzenia. I to, że żołnierze milkną, gdy siadacie przy ich ogniskach.  Coś wam powiem, czar-rodzicielko:  nic się nie zmieni. Przed tym już nigdy nie uciekniecie. Wszędzie będą szeptać za waszymi plecami, chronić przed wami dzieci. Nie będziecie mieć męża, bo przecież kto raz pocałuje czar-rodzicielkę, na zawsze traci męskość. Nie można przestać być czar-rodzicielką. Nie możecie postanowić, że już nie wpadacie w trans. Może będziecie właśnie przytulać jakiegoś noworodka i opowiadać dzieciom wesołą historyjkę, gdy dotrze do was przypadkowy przekaz. Myślicie, że teraz dokonujecie wyborów? Nieprawda. Wybór polega tylko na tym, czy krzywdzić ludzi będziecie tam, nikomu przy tym nie pomagając, czy tutaj, ratując życie.

Kapitan dopił wino i machnął dłonią w kierunku drzwi.

— To wszystko. Wracajcie do swoich kwater i zastanówcie się, kim chcecie być. Jeżeli postanowicie stąd odejść, wyślijcie mi wiadomość przez umyślnego, bo wtedy nie będę już chciał was nigdy w życiu widzieć.

Armelia odstawiła kubek na stół. Złożyła sztywny, przesadny ukłon i wyszła bez słowa.

Sierżant Krauc i drugi żołnierz wciąż jeszcze pili w sali z wyschniętymi. Na jej widok znowu się poderwali, znacznie mniej energicznie niż wcześniej.

— Siedźcie. Ja nie do was.

Odsunęła zasłonę nad młodym dragonem. Usiadła obok niego.

— Znacie go? — rzuciła, nie odwracając się.

— Nie, czar-rodzicielko. Dragoni trzymają się razem, gdzie im do takich jak my wieśniaków…

— Szkoda. A wiecie skąd jest?

— Mihirczyk — wyraził opinię sierżant. — Gęba ciemna, jak to u Mihirczyków… Nie, żeby to coś złego, wiemy, że wyście też z Mihiru…

— Mihir… Dobre i to.

— Co chcecie zrobić, czar-rodzicielko? — zaniepokoił się sierżant.

— Odsyłam go do domu — odparła. Pochyliła się nad chłopcem i pogłaskała go po włosach. Dragon wzdrygnął się i zakwilił. Na ustach pojawił mu się nowy bąbelek śliny. Przymknęła oczy i wciągnęła powietrze do płuc.

Stała na polu pełnym kiełkującej pszenicy. Była wysoka i silna, rozpierała ją radość z poczucia własnej siły. Dalej widziała łąkę, pasące się krowy, i dom. Znała ten dom, te drewniane okiennice pomalowane kiedyś przez ojca na czerwono. Wyciągnęła rękę do drzwi i po chwili stała już przy nich, w mgnieniu oka przelatując nad pastwiskiem i spokojnymi krowami. W środku, na ławie, przykryta wełnianym kocem, drzemała starsza kobieta. Dotknęła delikatnie dłonią jej twarzy. Kobieta otworzyła oczy i zapytała o coś zaspanym, niewyraźnym głosem. Armelia usłyszała wtedy obcy męski głos, dobywający się z jej własnych ust. Mówiła coś ważnego, bo kobieta nagle rozbudziła się i poderwała na równe nogi.

Potem przytuliła kobietę, a tamta płakała. Obraz się zmienił — teraz stała obok i obserwowała młodego, przystojnego mężczyznę przyciskającego do piersi siwowłosą kobietę. Oboje płakali. Mężczyzna milczał, kobieta cały czas coś mówiła.

Nie mogła tutaj zostać. Mężczyzna nie mógł tutaj zostać. Musiał się pożegnać i odejść. Patrzyła prosto w oczy kobiety; chyba coś jej powiedziała, bo kobieta umilkła i zasłoniła dłońmi usta jakby nagle coś sobie uświadomiła. W jej oczach zajaśniały łzy. Ostatni raz uścisnęła siwowłosą i nagle już nie trzymała kobiety w ramionach, widziała tylko jej twarz rozmazaną przez łzy, tylko jej oczy, dwa światła w pochłaniającej wszystko ciemności.

A potem tylko to zapierające dech w piersi uczucie, zupełnie jakby była rybą wyszarpniętą przez wędkarza z głębin jeziora i rzuconą na brzeg.

Ściągnij tekst:
Strony: 1234567

Mogą Cię zainteresować

Radomir Darmiła „Smutna historia o miłości ze szczęśliwym zakończeniem”
Opowiadania Radomir Darmiła - 22 grudnia 2014

*** Z pozostałych kwiatów Faery postanowiła zrobić bukiet, jako prezent ślubny od jej rodziny…

Radomir Darmiła „Chłopiec do umierania”

Tego ranka Chłopiec umierał w wyjątkowo parszywym nastroju. Klient był niezdarny, na…

Nowy numer magazynu „Silmaris”. To już trzeci!
Aktualności Fahrenheit Crew - 16 listopada 2016

Na rynku pojawił się trzeci numer magazynu Silmaris, z wysokoenergetyczną porcją prozy, wywiadów i publicystyki.…

Do NOT follow this link or you will be banned from the site!