Radomir Darmiła „Smutna historia o miłości ze szczęśliwym zakończeniem” (2)

Opowiadania Radomir Darmiła - 22 grudnia 2014

— Jak mogłeś! — Faery cudownie wyglądała, kiedy się złościła. — Jak mogłeś go tak okłamać!
Zdążyłem już poznać całą rodzinę wróżów… wróżków… to znaczy, całą rodzinę Faery. Było ich ośmioro, nie licząc uratowanej przeze mnie bohatersko dziewczyny. Bo jakoś tak wyszło, że zostałem bohaterem, przynajmniej tak mnie traktowali wujkowie i ciotki Faery. Przywitałem się z jej ojcem, życząc mu uprzejmie szybkiego powrotu do zdrowia oraz wysłuchując długiej litanii podziękowań.
Rzecz jasna przedstawiłem się również właścicielowi folwarku, Riazańskiemu. To był rześki, pełen energii grubasek, nie mający cierpliwości do słuchania długich, tradycyjnych powitań. Z tego powodu od razu go polubiłem. Faery dogoniła mnie w chwili, w której zapoznawałem się z psami dworskimi, pozwalając każdemu dokładnie obwąchać moją czuprynę i próbując przy tym uniknąć polizania.
— Nie okłamałem go — odpowiedziałem, nie zwracając uwagi na blondwłose zjawisko i kierując się w stronę obory. — A teraz wybacz, obowiązki wzywają. Słyszałem, że mają tutaj dobrochota. Muszę mu złożyć wyrazy uszanowania, nie wiesz, gdzie go znaleźć?
— Nie zmieniaj tematu!
— Oj, nie złość się tak. Powiedziałem też, że to może zająć nieco czasu — podkreśliłem. — Stało się coś wielkiego? Przyjdzie wiosna, pójdziesz na łąkę, narwiesz mu co bardziej kolorowych chwastów i zmartwienie z głowy. Wielkie rzeczy, trochę sobie poczeka.
— Wiesz dobrze, że to oszustwo! — Wróżce zadrgała dolna warga. — A wyglądałeś na takiego uczciwego skrzata! I jeszcze na dodatek, kląłeś się na brodę dziadka. Nie będzie ci teraz wstyd, jak dziadek wyłysieje?
— Jaki dziadek, dziewczyno, o czym ty mówisz? — zdenerwowałem się. — Nie wyłysieje, bo, po pierwsze, skrzaty bród nie noszą, a po drugie, nie mam dziadka.
— Nie masz? — Wróżka zmarszczyła brwi. — A ojca?
— Ani ojca, ani matki.
— Sierota! — Wróżka załamała rączki. O tym, że jest na mnie zła, chyba już zapomniała.
— Żaden tam sierota. Nigdy nie miałem matki. Skrzaty się nie rodzą. — Zastanowiłem się chwilę. No, w pewnym sensie można by powiedzieć, że miałem ojca i matkę; to znaczy, nie łatwo rozstrzygnąć… — A teraz przepraszam, ale muszę do obory. A potem do stodoły, porozmawiać sobie z pewnym panem milusińskim.
Wróżka nie dała mi jednak spokoju i poszła za mną, litując się nad moim losem sieroty. W innych okolicznościach byłoby to nawet przyjemne i chętnie bym się zgodził na jej towarzystwo, zwłaszcza że głos miała tak piękny, że z ochotą bym jej słuchał, nawet gdyby mi obwieszczała wyrok śmierci. Nie chciałem jednak, by była świadkiem mojej rozmowy z gumiennikiem. Nie wiem dlaczego, ale czułem, że mogłaby źle o mnie pomyśleć, a jakoś tak wydawało mi się bardzo ważne, żeby myślała o mnie dobrze.
Ostatecznie poddałem jej pomysł, żeby popytała panią Riazańską o ziarna kwiatów i spróbowała znaleźć sposób na wyhodowanie pięknych, kolorowych kwiatów dla leszego. Wróżce zabłysły oczy i natychmiast mnie zostawiła, aż zrobiło mi się trochę przykro. Potem westchnąłem, obciągnąłem na sobie ubranie i wkroczyłem do stodoły.
— Gumienniku! — wrzasnąłem, nie bawiąc się w żadne „dzień dobry”. I tak mnie znielubi, więc po co się starać. — Wyłaź, bo za brodę wyciągnę!
W kącie zamajaczyło coś wrednego i kurduplowatego. Przypadłem tam w kilku skokach.
— My się znamy? — ostrożnie zapytał gumiennik. Obrzuciłem go wyniosłym spojrzeniem. Był niski, brzuchaty, porośnięty czarnymi kudłami.
— Słyszałem, żeś się zabawił kosztem gości z obcego kraju — powiedziałem. — Nie podoba mi się to, panie gumiennik. Oj, nie podoba mi się.
— Ja? — zdziwił się fałszywie. — Ja ze stodoły nie wyłażę.
— Jasne. A powiesz mi, dlaczego ojciec małej wróżki Faery słabuje?
— A, mała wróżka Faery — zmrużył wąskie oczka i uśmiechnął się, niby to przyjaźnie. — No co ja poradzę, że obcy u nas cosik często chorują.
— Zwłaszcza jak im w tym pomogą spolegliwi tubylcy, nie? A kto, powiedz mi — podparłem się pod boki i spojrzałem na brzuchacza z całej wysokości moich pięciu cali. — Kto poddał małej, kochanej wróżce Faery, by poszła do lasu po gałązkę świętego drzewa?
— Coś się stało biedaczce? — zainteresował się kudłacz, niby to troskliwie.
— Nic się nie stało, bo ja przy niej byłem. Ale mogło się stać. Zapomniałeś jej powiedzieć, że macie tutaj dwóch drących koty leszych.
— To oni się biją? — udał zaskoczenie się brzuchacz. Nie wytrzymałem i złapałem go za brodę. Skrzat umie dźwignąć kamień dwa razy od siebie cięższy i przerzucić go ponad chałupą. Podniesienie gumiennika, choćby nie wiem jak grubego, to dla skrzata fraszka.
— Zostaw! Zostaw! — zaskrzeczał, próbując się uwolnić. — Ja ci dam! Ty mnie jeszcze nie znasz!
— Zostawię, jak przestaniesz tutaj wystawiać przedstawienie pod tytułem „niewinny, nie wiedzący, co się poza stodołą dzieje, prosty kmiotek”. Po pierwsze…
— Ty jeszcze nie wiesz, na co mnie stać! — gumiennik odskoczył i sprawdzał, czy dużo mu zostało z brody. — Ja się umiem zamienić w kota!
— Szczekający kot, to dopiero będzie widok — palnąłem bez zastanowienia. Gumiennik zrobił się cały czerwony. — Oj, nie męcz się tak, bo ci w środku coś pęknie. A teraz słuchaj… stój! — dopadłem go jednym skokiem i przytrzymałem za kołnierz. — Po pierwsze, zaraz tu ma być odtrutka dla słabującego duszka. Po drugie, jeszcze raz urządzisz coś takiego, to ogolę cię na łyso moim mieczem…
— Jakim mieczem? — jęknął przerażony gumiennik, a ja zdębiałem. Faktycznie, zapomniałem o mieczu. Zastanowiłem się przez chwilę i przypomniałem sobie, że ostatni raz widziałem swoją broń leżącą na polanie w lesie, gdzieś w śniegu, między kłębiącymi się wilkami. Skląłem szpetnie własną głupotę, trzepnąłem w ucho gumiennika, żeby się nie wyrywał, i myślałem, jak to możliwe, że dopiero teraz przypomniałem sobie o mieczyku?
Postaraj się teraz, skrzacie, zastanowić nad sobą. Bez emocji, logicznie, jakbyś stał z boku i obserwował kogoś innego. Zgubiłem mieczyk i nawet tego nie zauważyłem, a teraz robię sobie śmiertelnego wroga z gumiennika. Nie ma innego wytłumaczenia, doszedłem do wniosku, policzkując wyrywającego się brzuchacza. Trudno w to uwierzyć, przecież ja swoje lata już mam, ale najwidoczniej zgłupiałem jak zwykły szczeniak.
— Posłuchaj, mały — powiedziałem łagodnie i puściłem go, pomagając mu poprawić potarganą odzież. — Nie wstyd ci? Przecież to goście. Niczym ci nie zawadzają, do stodoły nie wchodzą. A gdyby któremuś krzywda się stała, nie boisz się, że reszta by ci gnaty poprzetrącała? Ja wiem, że duszki wyglądają niewinnie, ale to tylko pozór. Spójrz na mnie, ja też wyglądam niewinnie, prawda?
— Nie — zaprzeczył gumiennik gwałtownie.
— Prawda, prawda. Taki na oko nieszkodliwy, miły skrzat, a krzywdę może zrobić, jak ktoś mu na odcisk nadepnie. Zwróć przy tym uwagę, ja jestem jeden, a ich jest cała gromada. Nie lepiej żyć z nimi w zgodzie? Dobrze, na koniec jeszcze jedna sprawa, która nie daje mi spokoju…
A sprawa była taka: o tym, bym nie wplątał się w kłótnię między leszymi, uprzedzano mnie już we wsi, którą odwiedziłem dzień wcześniej. Przyjąłem to wtedy po prostu do wiadomości i nie dopytywałem się dalej. Ot, biją się dzikusy z lasu, wielka mi nowina. Teraz jednak chciałem wiedzieć więcej.
Wszystko zaczęło się trzy lata temu, powiedział ponuro gumiennik. Wcześniej w lesie panował spokój i błoga cisza, przynajmniej w porównaniu do tego, co się dzieje teraz. A teraz dzieje się tak, że ludziom strach do puszczy chodzić. Drwale idą tylko całą gromadą, a i to wracają czasami pokaleczeni. Jak złożą ofiarę jednemu leszemu, drugi się obrazi i zrobi wszystko, żeby spłatać im psikusa. Złożą ofiarę obu, jeszcze gorzej, bo wtedy obrażają się obaj. Zwierzyna wypłoszona, drogi co chwila zawalają drzewa, nawet na grzyby pójść się nie da, bo wszystkie robaczywe.
Nie chciało mi się wierzyć, żeby to ciągnęło się już trzy lata, ale gumiennik zapewniał, że nie kłamie. Trzy lata! Tak długo trwająca wojna między leszymi dała mi do myślenia. Zazwyczaj żyją oni w jednym lesie w zgodzie. Rządzą nim wspólnie, czasami dzieląc go na dwie części i nie wchodząc sobie w drogę. Jeżeli już dochodzi do walki, to rozstrzygają ją szybko. Kilka wyrwanych drzew, jedna czy dwie bitwy między wilczymi gwardiami pretendentów do władzy – i po wszystkim. Oczywiście, tak było gdzie indziej, ale przecież tutejsi leszy nie mogli być aż tak różni od tych, których znałem. Nawet jeżeli w innych stronach zwano ich raczej laskowikami, borowymi albo borutami. Powiedziałem to gumiennikowi.
— Och, skrzacie, to ty nie wiesz? — gumiennik wybałuszył oczy. — Leszych mamy dwóch, ale kikimorę tylko jedną.
— I co z tego?
— To z tego, że porządny leszy powinien mieć żonę jak się patrzy, a jaka lepsza żona dla leszego, niż kikimora?
— Co ja, na głupiego ci wyglądam? — zdenerwowałem się porządnie. — Widziałem kikimory kilka razy w życiu i żadna by się nie nadawała na żonę dla leszego. Są, po pierwsze, za małe, a po drugie, każdy głupi wie, że jak już się z kimś wiążą, to z domowikami.
— „Każdy głupi” toś ty jest, skrzacie. — Gumiennik spojrzał na mnie z wyraźną pogardą. — Toż nawet dziecko wie, że są dwa rodzaje kikimor. Te z lasu, jak mówisz, są małe i wolą mały ludek. A te z błot, dla odmiany, są rozmiarem w sam raz dla leszego i upodobaniami też do niego pasują. Tak więc w lesie mamy dwóch kandydatów na męża i jedną kandydatkę na żonę. A co z tego wynika?
— Wojna — mruknąłem niespokojnie. — Wojna na całego.

Ściągnij tekst:
Strony: 1234567

Mogą Cię zainteresować

Nowy numer magazynu „Silmaris”. To już trzeci!
Aktualności Fahrenheit Crew - 16 listopada 2016

Na rynku pojawił się trzeci numer magazynu Silmaris, z wysokoenergetyczną porcją prozy, wywiadów i publicystyki.…

Radomir Darmiła „Chłopiec do umierania”

Tego ranka Chłopiec umierał w wyjątkowo parszywym nastroju. Klient był niezdarny, na…

Radomir Darmiła „Czarbrończyni”
Opowiadania Radomir Darmiła - 18 sierpnia 2017

Przekaz był tak silny, tak gwałtowny i nagły, że Armelia zatoczyła się…

Do NOT follow this link or you will be banned from the site!